Выбрать главу

— To niedorzeczność — rzucił chmurnie Rand. — Przepuśćcie mnie i udajcie się na wyznaczone wam stanowiska.

Sulin nie ustąpiła.

— W rękach Far Dareis Mai spoczywa honor Car’a’carna — rzekła spokojnie, a pozostałe to podjęły. Nie głośniej od niej, ale w takiej liczbie kobiece głosy zabrzmiały niby grzmot. — Far Dareis Mai dzierżą honor Car’a’carna. Far Dareis Mai dzierżą honor Car’a’carna.

— Powiedziałem, przepuśćcie mnie — zażądał w tym samym momencie, w którym dźwięk zamarł.

Na co one zaczęły znowu swoje, jakby im kazał.

— Far Dareis Mai niosą honor Car’a’carna. Far Dareis Mai niosą honor Car’a’carna. Far Dareis Mai niosą honor Car’a’carna.

Sulin stała tylko nieruchomo i patrzyła na niego.

Po jakiejś chwili Lan nachylił się, by oschłym tonem szepnąć:

— Kobieta w najmniejszym stopniu nie przestaje być kobietą, nawet gdy nosi włócznie. Czyś ty spotkał kiedykolwiek taką, którą udało się odwieść od czegoś, czego naprawdę chciała? Poddaj się, albo będziemy tu stali cały dzień. ty będziesz się kłócił, a one będą skandować. — Strażnik zawahał się, po czym dodał: — A poza tym to rzeczywiście ma sens.

Egwene otwarła usta, kiedy litania ponownie ucichła, ale Aviendha położyła dłoń na jej ramieniu, szepnęła kilka słów i ostatecznie tamta nic nie powiedziała. Wiedział jednak, co zamierzała powiedzieć. Ze jest upartym, wełnianogłowym durniem albo coś w tym stylu.

Kłopot polegał na tym, że powoli dochodził do wniosku, że być może istotnie nim jest. To rzeczywiście miało sens, udać się do wieży. Nie miał nic do roboty gdzie indziej — przebieg bitwy spoczywał teraz w rękach wodzów i losu — i bardziej się przyda, przenosząc, niż jeżdżąc konno po okolicy w nadziei, że spotka Couladina. Jeśli dzięki temu, że był ta’veren, mógł przyciągnąć Couladina, to w takim razie przyciągnie go do wieży równie łatwo jak gdzie indziej. Co wcale nie znaczyło, że miał w tym przypadku większe szanse zobaczyć tego człowieka, nie po tym, jak wydał Pannom, wszystkim co do jednej, rozkaz, że mają bronić wieży.

Tylko jak się teraz wycofać i jednocześnie zachować ostatni strzępek godności po tym, kiedy tyle się miotał, we wszystkie strony?

— Zdecydowałem, że na wieży będzie ze mnie więcej pożytku — powiedział, czując, jak pała mu twarz.

— Jak Car’a’carn rozkaże — odparła Sulin bez cienia szyderstwa w głosie, jakby od samego początku był to jego pomysł. Lan przytaknął, po czym wyniósł się cichaczem, wąskim przejściem, które zrobiły mu Panny w swych szeregach.

Niemniej jednak ta przestrzeń natychmiast zamknęła się za Strażnikiem, a kiedy ruszyły, Rand nie miał innego wyboru, jak tylko pójść z nimi, mimo że ciągnęło go w inną stronę. Mógł oczywiście przenieść Moc, śmignąć dookoła Ogniem albo powalić je wszystkie na ziemię za pomocą Powietrza, ale takie zachowanie raczej nie uchodziło wobec tych, którzy stanęli po jego stronie, pominąwszy nawet to, że były to same kobiety. A poza tym nie był pewien, czy dałby radę zmusić je do odejścia tak, by ich nie pozabijać, a może nie zmusiłby ich nawet wtedy. Sam przecież oświadczył, że mimo wszystko najbardziej przyda się na wieży.

Podczas marszu Egwene i Aviendha milczały, podobnie Sulin, za co był im wszystkim wdzięczny. Rzecz jasna, przynajmniej część ich milczenia wiązała się z faktem, że musiały w tych ciemnościach torować sobie drogę to w górę, to w dół zbocza. uważając jednocześnie, by nie połamać karków. Aviendha pomrukiwała nawet co jakiś czas, coś gniewnego, ledwie to słyszał, chyba na temat spódnic. Żadna jednak nie żartowała z faktu, że tak ewidentnie ustąpił. Aczkolwiek to mogło przyjść później. Kobiety lubiły wsadzać człowiekowi szpilki, kiedy myślał, że niebezpieczeństwo już minęło.

Niebo zaczęło szarzeć i kiedy nad wierzchołkami drzew pojawiła się wieża z bali, sam przerwał milczenie.

— Nie spodziewałem się, że będziesz w tym uczestniczyć, Aviendha. Twierdziłaś, jak mi się zdaje, że Mądre nie biorą udziału w bitwach. — Był przekonany, że to powiedziała. Mądra mogła przejść przez sam środek bitwy nietknięta albo wejść. do dowolnej siedziby czy stanicy klanu, która miała waśń krwi z jej klanem, ale sama nie brała udziału w walkach i z pewnością nie przenosiła Mocy. Dopóki on nie przybył do Pustkowia, nawet większość Aielów nie wiedziała tak naprawdę, że Mądre potrafią przenosić, aczkolwiek krążyły pogłoski o ich dziwacznych umiejętnościach i czasami o czymś, co wedle opowieści Aielów przypominało przenoszenie.

— Nie jestem jeszcze Mądrą — odparła uprzejmie, poprawiając szal. — Skoro wolno to robić Egwene, która jest Aes Sedai, to i ja mogę. Ja to wszystko zorganizowałam dziś rano, kiedy jeszcze spałeś, ale myślałam o tym od samego początku, kiedy poprosiłeś Egwene.

Zrobiło się już dostatecznie jasno, by mógł zauważyć, że Egwene się czerwieni. Gdy spostrzegła, że on na nią zerka, potknęła się nie wiadomo o co, a on musiał podtrzymać ją za ramię, żeby nie upadła. Wyrwała się, unikając jego wzroku. Może jednak nie musiał się obawiać szpilek z jej strony. Szli już w górę zbocza w stronę wieży, przedzierając się przez rzadki las.

— Nie próbowały ci zabronić? To znaczy Amys, Bair albo Melaine? — Wiedział, że nie. Aviendhy nie byłoby tu teraz.

Aviendha potrząsnęła głową, po czym, wyraźnie się namyślając, uniosła brwi.

— Długo debatowały z Sorileą, a potem powiedziały mi, żebym zrobiła to, co moim zdaniem powinnam. Zazwyczaj mówią mi, żebym robiła to, co ich zdaniem powinnam. — Zerknąwszy na niego z ukosa, dodała: — Słyszałam, jak Melaine mówiła, że ty wszystka zmieniasz.

— Robię to — potwierdził, stawiając nogę na dolnym szczeblu pierwszej drabiny. — Światłości dopomóż, robię to.

Widok z platformy był okazały nawet dla nieuzbrojonego oka, patrzącego na okolicę rozprzestrzeniającą się za zalesionymi wzgórzami. Grube pnie drzew kryły Aielów sunących w stronę Cairhien — większość dotarła już na swoje stanowiska — ale świt rzucał na miasto swoje złote światło. Szybki rzut oka przez jedno ze szkieł powiększających ukazał nagie wzgórza nad rzeką; panował na nich spokój i pozorny brak życia. Ale to się niebawem zmieni. Byli tam Shaido, nawet jeśli na razie ukryci. Nie pozostaną w ukryciu, kiedy on zacznie posyłać... Co? Na pewno nie ogień stosu. Nieważne, co zrobi, ale będzie tym musiał postraszyć Shaido tak mocno, jak się da, zanim jego Aielowie przystąpią do ataku.

Dotąd Egwene i Aviendha na zmianę popatrywały przez drugą długą tubę, co jakiś czas odrywając się od niej po to, by odbyć krótką dyskusję, ale teraz zwyczajnie cicho gadały. Na koniec wymieniły skinienia głowy, podeszły bliżej do balustrady i stanęły tam, wsparte dłońmi o z grubsza ociosane drewna, zwrócone twarzami w stronę Cairhien. Nagle poczuł gęsią skórkę. Jedna z nich przenosiła, może obydwie.

Najpierw zauważył wiatr, wiał w stronę miasta. Nie lekki wietrzyk; pierwszy prawdziwy wiatr, który poczuł w tym kraju. A nad Cairhien zaczynały formować się chmury, cięższe na południu, im dłużej patrzył, stawały się coraz gęstsze i coraz czarniejsze; kłębiły się także coraz gwałtowniej. Tylko tam, nad Cairhien i nad Shaido. Wszędzie, gdzie nie sięgnął okiem, niebo miało barwę czystego błękitu, przetykane najwyżej nielicznymi cienkimi, białymi smugami. A mimo to rozległ się grzmot, długi i głośny. Nagle w dół spadła błyskawica, poszarpana, srebrna smuga, która rozdarła szczyt wzgórza pod miastem. Nim pęknięcie pierwszego pioruna dotarło do wieży, jeszcze dwie pomknęły ku ziemi. Po niebie pląsały dzikie widły, ale te pojedyncze lance jaskrawej bieli uderzały z regularnością bijącego serca. Nagle ziemia eksplodowała tam, gdzie nie padła żadna błyskawica, wzbijając fontannę na wysokość pięćdziesięciu stóp, a potem jeszcze w innym miejscu i znowu.