Spiął piętami Oczko, by pogalopować w dół zbocza, jednocześnie jakby doznając szoku.
„Co ja, na Światłość, wyprawiam?”
Cóż, nie mógł tak sobie zwyczajnie stać z boku i pozwolić, by tamci poszli na śmierć niczym gęsi pod nóż. Ostrzeże ich. To wszystko. Powie im, co ich tam w przodzie czeka, a potem zniknie.
Cairhieniańska forpoczta oczywiście zauważyła go, zanim dotarł do samego podnóża zbocza, usłyszeli tętent kopyt biegnącego na łeb, na szyj Oczka. Dwóch, może trzech, opuściło lance. Mat niespecjalnie lubił, jak celowano weń kawałkiem stali długości półtorej stopy, a jeszcze mniej, gdy owej stali było po trzykroć więcej, ale najwyraźniej jeden człowiek nie stanowił zagrożenia, nawet jeśli jechał jak szaleniec. Pozwolili mu przejechać, a on skręcił w pobliżu cairhieniańskich lordów, w takiej odległości, by usłyszeli, gdy krzyknął:
— Zatrzymajcie się tutaj! Natychmiast! Z rozkazu Lorda Smoka! Bo inaczej wbije wam Mocą głowy do brzuchów i nakarmi was własnymi nogami na śniadanie!
Wbił pięty w boki Oczka i koń skoczył naprzód. Obejrzał się tylko raz, by się upewnić, że usłuchali rozkazu — usłuchali, aczkolwiek towarzyszyło temu niejakie zamieszanie, ale na całe szczęście wzgórza nadal kryły ich przed Aielami; jak kurz opadnie, Aielowie nie będą wiedzieli, gdzie oni się podziali — po czym przywarł do karku wałacha, okładając go kapeluszem i pogalopował w górę zbocza obok szeregów piechoty.
„Będzie za późno, jeśli zaczekam na rozkazy Weiramona. To wszystko”.
Przekaże ostrzeżenie i odjedzie..
Piechurzy maszerowali w blokach liczących z grubsza dwustu pikinierów, z jednym oficerem na koniu na czele i mniej więcej pięćdziesięcioma łucznikami albo kusznikami zamykającymi tył. Większość przyglądała mu się z ciekawością, kiedy mknął obok, w tumanach kurzu wzniecanych przez kopyta Oczka, ale żaden nie zgubił kroku. Niektóre z koni oficerów płoszyły się, gdy ich jeźdźcy próbowali sprawdzić, co go przymusza do takiego pośpiechu, żaden jednak nie porzucił stanowiska. Znakomita dyscyplina. Przyda im się.
Tył taireniańskiej procesji zamykali Obrońcy Kamienia, w napierśnikach i bufiastych koszulach w czarne i złote paski, z pióropuszami różnych barw przy hełmach z szerokim okapem, które wyróżniały oficerów i podoficerów. Pozostali mieli podobne zbroje, tyle że nosili barwy różnych lordów na rękawach. Sami lordowie w jedwabnych kaftanach jechali na ich czele w zdobnych napierśnikach i z wielkimi, białymi pióropuszami, ich chorągwie powiewały za nimi na coraz silniejszym wietrze wiejącym w stronę miasta.
Ściągnąwszy przed nimi wodze tak szybko, że Oczko aż wierzgnął, Mat krzyknął:
— Stójcie, w imię Lorda Smoka!
Wydawało się, że to najszybszy sposób, by ich zatrzymać, a mimo to przez chwilę bał się, że go stratują. Niemalże w ostatnim momencie jakiś młody lord, którego zapamiętał sprzed namiotu Randa, zamachał ręką i wtedy wszyscy jęli ściągać wodze, czyniąc przy tym spore zamieszanie rozkazami, które podawano krzykiem wzdłuż kolumny. Weiramona Mat nie zauważył; ani jeden lord nie był odeń starszy niż dziesięć lat.
— O co chodzi? — spytał jegomość, który podał sygnał. Ciemne oczy spoglądały arogancko z wyżyn ostrego nosa, znad brody uniesionej tak wysoko, jakby ta spiczasta bródka lada chwila miała go ugodzić. Strugi potu spływające po twarzy zniszczyły ją tylko nieznacznie. — Sam Lord Smok wydał mi ten rozkaz. kim jesteś, że...?
Urwał, kiedy inny. którego Mat również znał, złapał go za rękaw, szepcząc coś z przejęciem. Wyzierające spod hełmu kluchowate oblicze Esteana wyglądało nie tylko na rozgrzane upałem, lecz również wynędzniałe — Mat słyszał, że ponoć Aielowie wydusili zeń wszystkie dane odnośnie do sytuacji w mieście — ale to on właśnie grał z Matem na pieniądze w Łzie. Wiedział dokładnie, kim jest Mat. Tylko z napierśnika Esteana poodpryskiwały zdobne złocenia; żaden z pozostałych dotychczas nie uczynił nic więcej, jedynie jeździł i pięknie wyglądał. Na razie.
Podbródek właściciela ostrego nosa opadł; kiedy Estean odsunął się, mężczyzna przemówił nieco łagodniejszym tonem.
— Nie chciałem urazić... ach... lordzie Mat. Jestem Melanril, z domu Asegora. Jak mógłbym służyć Lordowi Smokowi? — Spokój ustąpił miejsca wahaniu przy tym ostatnim i Estean wtrącił się niespokojnie.
— Dlaczego mamy się zatrzymać? Wiem, że Lord Smok kazał nam pozostać z tyłu, Mat, ale, oby ma dusza sczezła, to żaden honor siedzieć i pozwalać, by tylko Aielowie brali udział w boju. Czemu to nas obarczono zadaniem ich ścigania, kiedy już zostaną rozbici? Poza tym mój ojciec jest w mieście i... — Zawiesił głos pod wpływem spojrzenia Mata.
Mat potrząsnął głową, wachlując się kapeluszem. Ci durnie nawet nie znajdują się tam, gdzie powinni. I nie ma nadziei, że uda się ich zawrócić. Nawet jeśli Melanril to zrobi — a patrząc na niego, Mat wcale nie był tego pewien, czy usłucha rzekomego rozkazu Lorda Smoka — szansa na zatrzymanie ich pozostaje znikoma. Ustawił się ze swym koniem tak, że był doskonale widoczny dla czatowników Aielów. Gdyby kolumna zaczęła zawracać, tamci zorientują się, że zostali odkryci i najprawdopodobniej zaatakują w momencie, gdy taireniańskie i cairhieniańskie piki splątają się z sobą. Ani chybi dojdzie do takiej samej rzezi, jakby zdążali dalej w niewiedzy.
— Gdzie jest Weiramon?
— Lord Smok odesłał go do Łzy — wolno odparł Melanril. — Ma zająć się illiańskimi piratami oraz bandytami na Równinach Maredo. Nie chciał jechać, rzecz jasna, nawet mimo tak wielkiej odpowiedzialności, ale... Wybacz, lordzie Mat, ale jeśli przysłał cię Lord Smok, to jak to możliwe, że nie wiesz...
Mat wszedł mu w słowo.
— Nie jestem żadnym lordem. I jeśli cię interesuje to, o czym informuje Rand swoich ludzi, to spytaj jego.
To osadziło młodego lorda; nie zamierzał wypytywać przeklętego Lorda Smoka o cokolwiek. Weiramon był durniem, ale przynajmniej przeżył dość lat, żeby mieć za sobą udział w jakiejś bitwie. Z wyjątkiem Esteana, który na koniu wyglądał jak worek rzep, to towarzystwo widziało wyłącznie jedną, może dwie bójki w tawernie. I może jakieś pojedynki. Bardzo im się teraz przydadzą takie doświadczenia.
— A teraz wy mnie posłuchajcie. Kiedy będziecie przejeżdżali przez wąwóz między dwoma następnymi wzgórzami, Aielowie spadną na was niczym lawina.
Równie dobrze mógł im powiedzieć, że niebawem odbędzie się bal, z udziałem kobiet, które wzdychają z pragnienia, by poznać jakiego taireniańskiego lorda. Na twarzach wykwitły skwapliwe uśmiechy; zaczęli tańczyć na koniach, klepiąc się wzajem po ramionach i chełpiąc, ilu to zabiją. Estean wyłączył się z tego powszechnego entuzjazmu, wzdychał tylko i wysuwał miecz z pochwy.
— Przestańcie się gapić w tamtą stronę! — warknął Mat. Co za durnie. Za minutę zaczną wołać: „Szarża’” — Patrzcie. na mnie. Na mnie!
To dzięki temu, z którym łączyła go przyjaźń, ochłonęli. Melanril i pozostali w ich wspaniałych nieskażonych zbrojach krzywili się niecierpliwie, nie rozumiejąc, dlaczego on im nie pozwala zabijać dzikusów z Pustkowia. Gdyby nie był przyjacielem Randa, prawdopodobnie stratowaliby go razem z Oczkiem.
Mógł pozwolić, żeby ruszyli do szarży. Dokonaliby jej na własną rękę, pozostawiając za sobą piki i cairhieniańską konnicę, aczkolwiek Cairhienianie pewnie by się przyłączyli, gdyby się zorientowali, co się dzieje. I wszyscy by zginęli. Sprytnie byłoby pozwolić im iść dalej, a samemu udać się w przeciwnym kierunku. Jedyny kłopot polegał na tym, że gdyby ci idioci dali Aielom do zrozumienia, że ich wykryli, to ci wówczas mogliby zdecydować się na jakiś szczwany manewr, na przykład zawrócić i zaatakować tych durniów z flanki. Nie był przekonany, czy wydostałby się z tego cało, gdyby tak to się potoczyło.