Выбрать главу

Ponad szczytami napłynął odgłos walki, krzyków ludzi, panicznych wrzasków. Zaczęło się.

Mat zawrócił Oczko, podniósł włócznię i zrobił nią wymach, wskazując w prawo i w lewo. Zdziwił się niemalże, kiedy Cairhienianie ustawili się w jeden, długi szereg, biorąc jego w środek, zwróceni twarzami w górę zbocza. Wykonał ten gest instynktownie, gest z innego czasu i miejsca, ale ci ludzie przecież zaznali już kiedyś ognia bitwy. Prowadził Oczko stępa między rzadkimi drzewami w stronę szczytu, a oni dotrzymywali mu kroku, przy akompaniamencie cichego chrzęstu uzd.

Po dotarciu na szczyt najpierw mu ulżyło, gdy zobaczył Talmanesa i jego Judzi pojawiających się na przeciwległym szczycie. A potem zaklął.

Daerid uformował jeża, kolczaste zarośla utworzone z pikinierów na przemian z łucznikami w poczwórnych szeregach w taki sposób, że ostatecznie powstał z tego wielki, pusty czworokąt. Długie piki uniemożliwiały Shaido bliskie podejście, a mimo to zaatakowali i teraz łucznicy wraz z kusznikami wymieniali strzały z Aielami. Ludzie padali z obu stron, ale piki zwyczajnie zamykały wyrwę, kiedy padał ktoś z ich szeregu, sprawiając, że czworokąt stawał się coraz ciaśniejszy. Rzecz jasna, atak Shaido bynajmniej nie osłabł.

W środku czworokąta znajdowali się Obrońcy, którzy pozsiadali z koni, I może połowa taireniańskich lordów z ich piechotą. Połowa. To właśnie sprawiło, że miał ochotę kląć. Reszta uganiała się wśród Aielów, siekąc i dźgając mieczami i lancami w grupkach po pięciu albo dziesięciu, tudzież samotnie. Kilkanaście koni bez jeźdźców świadczyło wymownie, jak dobrze sobie radzą.. Melanril, któremu został tylko jego chorąży, został strącony z konia i teraz jak oszalały wymachiwał wokół swym mieczem. Dwóch Aielów pomknęło, by jednocześnie podciąć kolana jego wierzchowca; zwierzę padło, bijąc łbem — Mat był pewien, że zarżało przeraźliwie, choć dźwięk zagłuszyła wrzawa — i wtedy Melanril zniknął za postaciami odzianymi w cadin’sor, dźgającymi włóczniami. Jego chorąży trzymał się kilka chwil dłużej.

„Baba z wozu, koniom lżej” — pomyślał ponuro Mat. Stając w strzemionach, uniósł wysoko włócznię, wypchnął ją do przodu i zawołał:

— Los! Los caba’drin!

Cofnąłby te słowa, gdyby mógł i nie tylko dlatego, że była to Dawna Mowa; dolina zmieniła się w kocioł pełen gwaru. Jednak niezależnie od tego, czy któryś z Cairhienian zrozumiał rozkaz „Konni naprzód!” w Dawnej Mowie, to zrozumieli gest, zwłaszcza, kiedy Mat opadł na siodło i wbił pięty w boki konia. Nie żeby naprawdę tego chciał, ale po prostu nie widział teraz innego wyjścia. On tych ludzi tu przywiódł — niektórzy mogli się uratować, gdyby im kazał zawrócić i uciekać — i po prostu nie miał już teraz wyboru.

Cairhienianie, z powiewającymi chorągwiami i con poszarżowali w dół zbocza, wznosząc okrzyki bitewne. Bez wątpienia naśladując jego, mimo iż on krzyczał:

— Krew i przeklęte popioły!

Ze zbocza po przeciwległej stronie doliny gnał równie szybko Talmanes.

Pewni, że. osaczyli wszystkich mieszkańców mokradeł, Shaido w ogóle nie zauważyli tamtych, dopóki nie runęli prosto na nich z dwu stron. Wtedy właśnie z nieba zaczęły padać błyskawice. I potem sprawy przybrały obrót doprawdy zadziwiający.

44

Mniejszy smutek

Koszula przykleiła się do spoconego ciała Randa, ale nie zdjął kaftana, chcąc zachować ochronę przed wiatrem, który dął w stronę Cairhien. Słońce miało dotrzeć do południowego szczytu swej wędrówki za co najmniej godzinę, a on już czuł się tak, jakby cały ranek biegał i na sam koniec został oćwiczony pałką. Otulony w Pustkę, ledwie odczuwał zmęczenie, mgliście tylko odczuwając ból w ramionach i barkach, w dolnych partiach pleców, pulsowanie we wrażliwej jeszcze bliźnie w boku. To już coś znaczyło, że zdawał sobie z nich sprawę. Dzięki przepełniającej go Mocy potrafił z odległości stu kroków odróżnić poszczególne liście na drzewach, natomiast na to, co działo się z jego ciałem, powinien był reagować tak, jakby to przydarzało się komuś innemu.

Dawno już temu nawykł do czerpania saidina za pomocą ukrytego w kieszeni angreala, kamiennej figurki przedstawiającej tłustego, małego człowieczka. Ale chociaż tym razem praca z Mocą, tkanie jej na taki dystans wielu mil, wymagała wysiłku ponad miarę, to jedynie te cuchnące pasma, które sączyły się. z tego, co czerpał. powstrzymywały go przed nabieraniem coraz większych ilości, przed próbą wciągnięcia jej całej w siebie. Moc była taka słodka. co tam skaza. Zmęczył się tyloma godzinami przenoszenia bez odpoczynku. Musiał jednocześnie coraz bardziej walczyć z saidinem, przykładać coraz więcej własnej siły, by nie dopuścić, żeby ten spopielił go tam, gdzie stoi, żeby nie spopielił jego umysłu. Coraz trudniej mu było bronić się przed destrukcją saidina, opierać się pokusie nabierania większych ilości Mocy, radzić sobie z porcjami, które już zaczerpnął. Obrzydliwa spirala, ściągająca w dół, nabierała mocy, a miały jeszcze upłynąć całe godziny, nim los bitwy się rozstrzygnie.

Otarł pot z oczu i zacisnął dłonie na chropawej balustradzie platformy. Był bliski wyczerpania, a mimo to silniejszy niż Egwene albo Aviendha. Ta druga stała teraz, zapatrzona na Cairhien i chmury burzowe, co jakiś czas pochylając się, by rzucić okiem przez długie szkło powiększające; Egwene siedziała na skrzyżowanych nogach z zamkniętymi oczyma, wsparta o podporę jeszcze pokrytą szarą korą. Obie wyglądały na równie przepracowane jak on.

Zanim zdążył coś zrobić — nie żeby wiedział, co zrobić; nie potrafił Uzdrawiać — Egwene otworzyła oczy i wstała, zamieniając z Aviendhą kilka słów, które wiatr porwał poza zasięg jego wzmocnionego przez saidina słuchu. Potem Aviendha usiadła na miejscu Egwene i opuściła głowę na podporę. Błyskawice wciąż przeszywały czarne chmury otaczające miasto, ale były to teraz o wiele częściej dzikie widły niźli pojedyncze lance.

A zatem one zmieniały się wzajem, jedna pozwalając drugiej odpocząć. Byłoby miło mieć przy sobie kogoś, kto by to robił razem z nim, ale nie żałował, że kazał Asmodeanowi zostać’ w namiocie. Nie zaufałby mu do tego stopnia, by mu pozwolić przenosić. Zwłaszcza teraz. Kto wie, co ten by zrobił, gdyby zobaczył Randa tak osłabionego?

Słaniając się nieznacznie. obrócił szkło powiększające, by przyjrzeć się wzgórzom wokół miasta. Bez wątpienia widać było na nich ruch. I śmierć. Wszędzie toczyły się walki, w którą stronę nie spojrzał, Aielów z Aielami, tysiąc tu, pięć tysięcy tam, roili się na bezleśnych wzgórzach, zbici w litą masę, przez co nie mógł nic tam zdziałać. Nie potrafił odszukać kolumny utworzonej przez jeźdźców i pikinierów.

Dotychczas wypatrzył ich już trzykrotnie, raz, gdy walczyli z przekraczającą ich dwakroć liczbą Aielów. Był pewien, że wciąż jeszcze gdzieś tam są. Niewielka nadzieja, że Melanril postanowił usłuchać jego rozkazów w tych okolicznościach. Wybór tego człowieka tylko dlatego, że miał w sobie dość przyzwoitości, by wstydzić się. z powodu zachowania Weiramona, okazał się błędem, lecz czasu na dokonywanie wyborów miał niewiele, a Weiramona musiał się pozbyć. Nic już z tym teraz nie mógł zrobić. Może należało przekazać dowodzenie jednemu z Cairhienian. O ile nawet jego bezpośredni rozkaz zmusiłby Tairenian do usłuchania jakiegoś Cairhienianina.

Jego oko przykuło kłębowisko tuż pod wysokim, szarym murem miasta. Wysokie bramy okute żelazem stały otworem, Aielowie walczyli z jeźdźcami i włócznikami niemal na otwartej przestrzeni, zaś mieszkańcy miasta próbowali w międzyczasie zamknąć jego podwoje, próbowali, ale bez powodzenia z powodu naporu ciał. Konie z pustymi siodłami i ciała uzbrojonych mężczyzn, leżące nieruchomo na ziemi w odległości połowy mili od bramy, wyznaczały miejsce, w którym wypad oblężonych został odparty. Z murów sypał się grad strzał i kawałów gruzu wielkości ludzkiej głowy — niekiedy nawet włóczni ciskanych w dół z taką siłą, że potrafiły rozpłatać dwóch albo i trzech ludzi, aczkolwiek on nie widział, skąd dokładnie je ciskano — jednakże Aielowie przebiegali po ciałach swych poległych, coraz bliżsi wdarcia się do środka. Szybki rzut oka na okolicę pokazał mu jeszcze dwie kolumny Aielów biegnących truchtem w stronę bram, może razem trzy tysiące żołnierzy. Nie wątpił, że to też Couladinowi ludzie.