Выбрать главу

W trakcie gdy powoli obracał szkło powiększające w poszukiwaniu wieży, zbocze, porośnięte rzadkimi liśćmi skórzanymi i papierowcami, nagle stanęło w płomieniach; w jednej chwili wszystkie drzewa przemieniły się w pochodnie.

Powoli opuścił okutą mosiądzem tubę; prawie jej nie potrzebował. by widzieć ogień, a gęsty, szary dym już. utworzył wielki pióropusz szybujący ku niebu. Nie potrzebował znaków, by rozpoznać przenoszenie, nie w takiej sytuacji. Czyżby Rand już przekroczył granice obłędu? A maże to Aviendzie nareszcie zbrzydło, że się ją zmusza do przestawania z nim. Nie drażnij kobiety, która potrafi przenosić; tej zasady Matowi rzadko udawało się przestrzegać, ale naprawdę się starał.

„Zachowaj te mądrości dla kogoś jeszcze oprócz samego siebie” — pomyślał z goryczą. Starał się po prostu nie myśleć a trzecim rozwiązaniu. Jeśli Rand jednak jeszcze nie oszalał, zaś Aviendha, Egwene albo któraś z Mądrych nie postanowiły się od niego uwolnić, wówczas ktoś jeszcze brał sprawy tego dnia w swoje ręce. Potrafił dodać dwa i dwa tak, by nie wyszło mu z tego pięć.

„Sammael”.

To tyle z szukaniem drogi ucieczki; nie ma żadnej drogi ucieczki.

„Krew i krwawe popioły! Co się stało z moim...?”

Za jego plecami trzasnęła pod czyjąś stopą gałązka; zareagował, nie myśląc, bardziej za pomocą kolan niźli wodzy powiódł Oczko po ciasnym okręgu, wyciągając włócznię z ostrzem miecza zza łęku siodła.

Estean omal nie upuścił hełmu, wytrzeszczając oczy, kiedy krótkie ostrze zatrzymało się o włos ad jego głowy. Deszcz przylepił mu włosy do twarzy. Nalesean, również pieszo, uśmiechał się szeroko, na poły zdumiony, na poły rozbawiony skrępowaniem młodego Tairenianina. Obdarzony kwadratową twarzą, zwalisty Nalesean był już drugim po Melanrilu, który przejął dowodzenie nad taireniańską kawalerią. Talmanes i Daerid byli tam również, jak zwykle o krok w tyle i również jak zwykle z nieprzeniknionymi twarzami, ukrytymi za hełmami w kształcie dzwonów. Wszyscy czterej zostawili konie w tyle, wśród drzew.

— Aielowie idą prosto na nas, Mat — rzekł Nalesean, kiedy Mat podniósł włócznię ze znakiem kruka. — Oby mu sczezła dusza, jeśli jest ich mniej niż pięć tysięcy. — To również potraktował szerokim uśmiechem. — Moim zdaniem nie wiedzą, że czatujemy tu na nich...

Estean przytaknął mu.

— Trzymają się dolin i niecek. Chowają się przed... — Zerknął na chmury i zadygotał. Nie on jeden bał się tego, co mogło lunąć z nieba; pozostali trzej też zadarli głowy. — W każdym razie to oczywiste, że zamierzają przejść przez to miejsce, gdzie ukrywają się ludzie Daerida. — W jego glosie zabrzmiała nuta szczerego szacunku, kiedy’ wspomniał o pikinierach. A także zazdrość, choć nie nieżyczliwa; trudno patrzeć z zawiścią na kogoś, kto kilka razy ratował ci kark. — Nie zorientują się, tylko wejdą prosto na nas.

— To wspaniale — wydyszał Mat. — Wspaniale jak jasna cholera.

Miał to być sarkazm, ale Nalesean i Estean naturalnie przeoczyli ten wydźwięk. Wyglądali na pełnych entuzjazmu. Sarn Daerid natomiast przybrał na swą pobliźnioną twarz tyleż samo wyrazu co skała, a Talmanes spojrzał tylko na Mata spod lekko uniesionej brwi i nieznacznie pokręcił głową. Tych dwóch znało się na wojaczce.

Pierwsze starcie z Shaido stanowiło w najlepszym przypadku równy pojedynek, do którego Mat nigdy by nie stanął, gdyby go nie zmuszono. Fakt, że wszystkie te błyskawice do tego stopnia wstrząsnęły Shaido, iż dali się rozgromić, niczego nie zmieniał. Jeszcze dwa razy tego dnia stawali do potyczek, w wyniku których Mat musiał wybierać, czy ścigać, czy być ściganym, i żadna z nich bynajmniej nie zakończyła się tak pomyślnie, jak to się wydawało Tairenianom. Jedna zakończyła się remisem, ale tylko dlatego, że zgubił Shaido, kiedy przystanęli, żeby się przegrupować. Przynajmniej nie zjawili się ponownie, kiedy on wyprowadzał swoich wijącymi się wśród wzgórz dolinami. Podejrzewał, że zajęło ich coś innego; może kolejne błyskawice, kule ognia, albo Światłość wiedziała, co

jeszcze. Wiedział znakomicie, co pozwoliło im ujść z ostatniego starcia w zasadzie cało. Zawdzięczali to jeszcze jednej bandzie Aielów, która wryła się w tyły tych, z którymi walczyli, w samą porę, bo uchroniła pikinierów przed stratowaniem. Shaido postanowili wycofać się na północ, ci drudzy zaś — nie dowiedział się, którzy to byli — odbili na zachód, pozostawiając pole bitwy w jego posiadaniu. Nalesean i Estean uznali to za oczywiste zwycięstwo. Daerid i Talmanes wiedzieli, jak było naprawdę.

— Ile mamy czasu? — spytał Mat.

Odpowiedział Talmanes.

— Pół godziny. Może trochę więcej, jeśli przyświeca nam łaska.

Tairenianie mieli wyraźne wątpliwości; jeszcze do nich nie dotarło, jak szybko potrafią się przemieszczać Aielowie.

Mat nie żywił takich złudzeń. Zdążył już zbadać okolicę, ale jeszcze raz jej się przyjrzał i westchnął. Z tego wzgórza rozciągał się bardzo dobry widok na okolicę, gdyż jedyną kępą drzew była ta licha, w odległości połowy mili, gdzie zostawił konia. Oprócz niej same zarośla, sięgające najwyżej uda, z rzadka urozmaicone drzewem skórzanym, papierowcem i sporadycznie dębem. Aielowie na pewno przyślą tu zwiadowców i istniała nawet szansa, że przynajmniej konni zdążą do tego czasu zniknąć z zasięgu wzroku. Pikinierzy zostaną na otwartej przestrzeni. Wiedział, co należy zrobić — znowu albo ścigać, albo stać się ściganym — ale wcale nic musiało mu się to podobać.

Tylko raz rzucił okiem, ale nim zdążył otworzyć usta, Daerid powiedział:

— Moi zwiadowcy donoszą mi, że w tej grupie jest sam Couladin. W każdym razie ich dowódca ma obnażone ręce, a na nich takie same piętna, jakie podobno ma również Lord Smok.

Mat chrząknął. Couladin. I na domiar wszystkiego kieruje się na wschód. Nawet jeśli istniał jakiś sposób na usunięcie mu się z drogi, to ten gość pobiegnie na złamanie karku, żeby dopaść Randa. Być może nawet właśnie o to mu szło. Mat poczuł, że cały się gotuje i nie miało to nic wspólnego z faktem, że Couladin chciał zabić Randa. Wódz Shaido, czy kimkolwiek był ten człowiek, mógł niejasno pamiętać Mata jako kogoś, kto kręcił się w otoczeniu Randa, ale to właśnie z powodu Couladina on tutaj utknął, w samym sercu bitwy, starając się ujść z niej z życiem, nie. wiedząc, czy lada chwila ta bitwa nie przemieni się w osobistą potyczkę Randa z Sammaelem, tego typu potyczkę, w wyniku której zginą wszyscy w promieniu dwóch albo i trzech mil.

„O ile wcześniej włócznia nie rozpruje mi mostka”.

I nie miał większego wyboru niźli gęś zawieszona na kuchennych drzwiach. Jak zabraknie Couladina, to nie dojdzie do tego wszystkiego.

Szkoda, że nikt go nie zabił już wiele lat temu. Z pewnością dawał dość powodów. Aielowie rzadko kiedy zdradzali gniew, a kiedy już to czynili, to był to gniew zimny i trzymany w karbach. Couladin natomiast zdawał się. pieklić dwa albo trzy razy dziennie, tracąc głowę w zapalczywej wściekłości w czasie równie krótkim, jakiego trzeba do złamania gałązki. To cud, że jeszcze żył, szczęście Czarnego.

— Nalesean — rzekł gniewnie Mat — rozstaw Tairenian jak najszerzej na północy; zaatakujecie ich od tyłu. My odwrócimy ich uwagę, więc jedźcie co koń wyskoczy i ruńcie niczym zawalająca się stodoła.

„A więc jemu dopisuje szczęście Czarnego? Krew i popioły, mam nadzieję, że moje powróci”.

— Talmanes, ty zrobisz to samo od południa. Ruszajcie obaj. Mamy mało czasu, a jeszcze go marnujemy.

Obaj Tairenianie skłonili się pospiesznie i pomknęli do koni, po drodze wciskając hełmy na głowy. Ukłon Talmanesa był bardziej formalny.