Выбрать главу

— Przyślę stajennego, by przygotował twego konia do procesji — obiecał Talmanes i nieznacznie się tylko skrzywił, gdy Nalesean dodał:

— Mój może tamtemu pomóc. Twój wierzchowiec winien napawać nas dumą. I oby ma dusza sczezła, potrzebujemy sztandaru. Twojego sztandaru. — Przy tych słowach Cairhienianin z naciskiem skinął głową.

Mat nie był pewien, czy histerycznie się śmiać, czy raczej usiąść i zapłakać. Tamte przeklęte wspomnienia. Gdyby nie one, pojechałby dalej. Gdyby nie Rand, to wszystko nie przydarzyłoby mu się. Umiał prześledzić kroki, które wiodły do kolejnych zdarzeń, każdy niezbędny, jak się w swoim czasie zdawało i zdający się być celem sam w sobie, a jednak każdy nieuchronnie wiódł do następnego. A na samym początku tego wszystkiego znajdował się Rand. I przeklęci ta’veren. Nie umiał pojąc;, dlaczego robienie czegoś, co wydawało się absolutnie konieczne i możliwie jak najmniej szkodliwe, jakoś zawsze wciągało go w coraz głębsze bagno. Melindhra przestała ściskać, a zaczęła pieścić jego kark. Wystarczy teraz, że...

Powiódł wzrokiem w górę zbocza i zobaczył ją. Moiraine, na białej klaczy o lekkim chodzie, z górującym nad nią Lanem na czarnym wierzchowcu u jej boku. Strażnik nachylał się ku niej, jakby słuchał, i wyglądało to jak krótka kłótnia, gwałtowny protest z jego strony, ale po chwili Aes Sedai ściągnęła wodze Aldieb i zniknęła z zasięgu wzroku, kierując się ku przeciwległemu zboczu. Lan pozostał tam, gdzie zatrzymał Mandarba, obserwował położony w dole obóz. Obserwował Mata.

Zadrżał. Głowa Couladina naprawdę zdawała się szczerzyć do niego w uśmiechu. Niemalże słyszał słowa tego człowieka.

„Może mnie zabiłeś, ale wdepnąłeś w pułapkę. Ja nie żyję, ale ty nigdy nie będziesz wolny”.

— Psiakrew, po prostu wspaniale — mruknął i upił długi, dławiący łyk ostrej brandy. Talmanes i Nalesean zdawali się uważać, że on powiedział to serio, a Melindhra zaśmiała się, że się z nimi zgadza.

Obok zebrało się około pięćdziesięciu Cairhienian i Tairenian, by przypatrywać się jego rozmowie z dwoma lordami i przyjęli jego picie za sygnał, by odśpiewać mu serenadę, rozpoczynając ją własną zwrotką.

Będziem kości uparcie rzucać do ranka białego, Dziewczyny podszczypywać, drwiąc sobie z Czarnego, A gdy Mat w drogę ruszy, weźmiem przykład z niego, Żeby zatańczyć z Widmowym Jakiem.

Z chrapliwym śmiechem, którego nie umiał opanować, Mat usiadł z powrotem na kamieniu i zabrał się za opróżnianie dzbana. Musi być jakieś wyjście. Musi i już.

Oczy Randa otwierały się powoli, wpatrzone w dach namiotu. Leżał nago, nakryty pojedynczym kocem. Brak bólu wydawał się niemalże oszałamiać, a mimo to nie pamiętał, by kiedykolwiek czuł się równie słaby. I jednocześnie pamiętał. Mówił różne rzeczy, myślał o różnych rzeczach... Z zimna dostał gęsiej skórki.

„Nie mogę dopuścić, by przejął nade mną kontrolę. Jestem sobą! Sobą!”

Macając na ślepo pod kocem, znalazł gładką, okrągłą bliznę w boku, wrażliwą, ale zaklęsłą.

— Moiraine Sedai Uzdrowiła cię — powiedziała Aviendha, a on wzdrygnął się.

Nie zauważył jej wcześniej; siedziała ze skrzyżowanymi nogami na kilku warstwach dywaników obok paleniska, popijając ze srebrnego kubka ozdobionego wytrawionymi lampartami. Na poduszkach z ozdobnymi chwastami spoczywał Asmodean, z podbródkiem wspartym na dłoniach. Żadne nie wyglądało na wyspane; pod oczyma mieli ciemne kręgi.

— Ale nie powinna być do tego zmuszana — ciągnęła Aviendha zimnym głosem. Zmęczona czy nie, każdy włos miała na swoim miejscu, a czyste ubranie kontrastowało ze zmiętymi, ciemnymi aksamitami Asmodeana. Co jakiś czas poprawiała bransoletę z kości słoniowej, z wyrzeźbionymi różami i cierniami, podarunek od niego, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, co robi. Włożyła też naszyjnik ze srebrnych płatków śniegu. Do teraz nie powiedziała mu, kto jej go dał, aczkolwiek wyraźnie się ubawiła, kiedy pojęła, że on naprawdę chce to wiedzieć. Teraz z pewnością nie wyglądała na rozbawioną.

— Sama Moiraine Sedai omal nie padła od Uzdrawiania tylu rannych. Aan’allein musiał ją zanieść do namiotu. Przez ciebie, Randzie al’Thor. Bo Uzdrawianie ciebie zabrało jej resztki sił.

— Aes Sedai jest już na nogach — wtrącił Asmodean, tłumiąc ziewnięcie. Zignorował znaczące spojrzenie Aviendhy. — Od wschodu słońca była tu już dwa razy, orzekła jednak, że wyzdrowiejesz. Myślę, że ubiegłej nocy nie była tego taka pewna. Ja też nie. — Postawił przed sobą swą pozłacaną harfę i udając, że jest nią mocno zajęty, przemawiał dalej zdawkowym tonem. — Ja, oczywiście, zrobiłem dla ciebie, co mogłem... moje życie i los są z tobą związane... ale moje talenty są związane z czym innym niźli Uzdrawianie, rozumiesz. — Zagrał kilka nut. by to zademonstrować. — Rozumiem, że mężczyzna może się zabić albo poskromić przy robieniu tego, co ty robiłeś. Siła zawarta w Mocy jest bezużyteczna, jeśli ciało mdłe. Saidin z łatwością może zabić, jeśli ciało ulegnie wyczerpaniu. Tak przynajmniej słyszałem.

— Czy skończyłeś już dzielić się swymi mądrościami, Jasinie Nataelu? — Aviendha mówiła jeszcze zimniejszym tonem i nie zaczekała na odpowiedź, tylko przeniosła swe spojrzenie niczym niebieskozielony lód na Randa. Jakby musiała przerwać z jego winy. — Człowiek może czasami zachowywać się jak głupiec, chuć mało co jest od tego gorsze, ale wódz winien być czymś więcej niźli tylko człowiekiem, a wódz wodzów jeszcze bardziej. Nie miałeś prawa doprowadzać się do stanu bliskiego śmierci. Egwene i ja próbowałyśmy cię zmusić, byś poszedł z nami, kiedy zanadto się zmęczyłyśmy, by kontynuować, ale ty nie chciałeś słuchać. Może jesteś od nas silniejszy, jak twierdzi Egwene, ale nadal jesteś człowiekiem z krwi i kości. Jesteś Car’a’carnem, nie nowym Seia Doon poszukującym honoru. Masz toh, zobowiązanie, wobec Aielów, Randzie al’Thor i nie wypełnisz go, będąc martwym. Nie zrobisz wszystkiego sam.

Przez chwilę tylko się na nią gapił. Ledwie udało mu się dokonać czegokolwiek, zmuszony wyższymi racjami do pozostawienia losów bitwy w rękach innych; błąkał się, starając się zrobić coś użytecznego. Sammael atakował tam, gdzie chciał i jak chciał, a on nie potrafił go powstrzymać. Tymczasem ona skarciła go, że zrobił za dużo.

— Będę się starał to zapamiętać — powiedział wreszcie. Mimo tego wyraźnie była gotowa ciągnąć ten wykład. — Jakie są wieści o Miagoma i pozostałych klanach? — zapytał, by nakierować ją na inny temat, a także dlatego, że chciał wiedzieć. Kobiety rzadko hamowały się z własnej woli, kiedy postanowiły wbić ci coś na zawsze do głowy, chyba że jakoś udało ci się odwrócić ich uwagę.

Poskutkowało. Oczywiście była dumna z tego, co wie, chętna zarówno gromić, jak i pouczać. Ciche brzdąkanie Asmodeana — przynajmniej raz coś miłego dla ucha, coś wręcz sielankowego — dostarczało osobliwego tła dla jej słów.

Miagoma, Shiande, Daryne i Codarra rozbili blisko siebie obozowiska. w odległości kilku mil na wschód. Między obozami, wliczając w to obóz. Randa, przepływał stały strumień mężczyzn i Panien, jednakże tylko w ramach społeczności, zaś Indirian i inni wodzowie nie dawali znaku życia. Nie było teraz wątpliwości, że ostatecznie przyjdą do Randa, ale nie wcześniej, dopóki Mądre nie zakończą swych rozmów.

— To one jeszcze rozmawiają? — spytał Rand. — O czymże, na Światłość, one dyskutują, że to trwa tak długo? Wodzowie pójdą za mną, nie za nimi.