Jak zwykle przypatrywała się, jak on się ubiera i goli, bez komentarza przenosząc Moc, by podgrzać mu wodę — i nie proszona — kiedy po raz trzeci się zaciął i burknął coś na temat zimnej wody. Prawdę powiedziawszy, tym razem niepokoił się nie tylko tym, że ona zauważy, jaki jest osłabiony, lecz również z różnych innych przyczyn.
„Można się przyzwyczaić do wszystkiego, byleby to trwało dostatecznie długo” — pomyślał z goryczą.
Błędnie odczytała jego kręcenie głową.
— Elayne nie będzie miała nic przeciwko, że sobie popatrzę, Randzie al’Thor.
Zagapił się na nią, znieruchomiawszy w samym środku zawiązywania tasiemek przy koszuli.
— Naprawdę w to wierzysz?
— Oczywiście. Należysz do niej, ale ona nie może wejść w posiadanie twojego widoku.
Śmiejąc się cicho, z powrotem zabrał się za tasiemki. Dobrze. że mu przypomniano, iż ta właśnie przed nią rozwikłana tajemnica maskuje, oprócz innych rzeczy, ignorancję. Nie mógł się powstrzymać od uśmieszku zadowolenia, kiedy skończył się ubierać, zapiął pas i ujął kikut seanchańskiej włóczni. Wtedy jego uśmiech przybladł nieznacznie. Miała mu przypominać, że Seanchanie są ciągle jeszcze na świecie, a tymczasem służyła do przypominania o tym wszystkim, czym musiał manipulować. Cairhienianie i Tairenianie, Sammael i inni Przeklęci, Shaido i te narody, które go jeszcze nie poznały. narody, które będą musiały go poznać jeszcze przed Tarmon Gai’don. Batalia z Aviendhą, jeśli ją do tego porównać, była czymś wybitnie mało skomplikowanym.
Panny poderwały się z miejsca, kiedy wyszedł z namiotu — bardzo szybko, by ukryć słabość w nogach. Nie bardzo wiedział, do jakiego stopnia mu się udało. Aviendha trzymała się jego boku, jakby nie tylko zamierzała go złapać, gdyby się przewrócił, ale wręcz się tego spodziewała. Jego nastrój nie uległ zmianie, kiedy Sulin, w czepku z bandaży, spojrzała na nią pytająco — nie na niego; na nią! — i zaczekała, aż ta skinie głową, zanim wydała Pannom rozkaz przygotowania się do wymarszu.
Asmodean wjechał na szczyt wzgórza na swoim mule, prowadząc Jeade’ena. Znalazł jakoś czas, by przywdziać czyste ubranie, całe z ciemnozielonego jedwabiu. Z mnóstwem białej koronki, oczywiście. Na plecach miał przywieszoną pozłacaną harfę, ale zrezygnował z założenia płaszcza barda i nie trzymał już w ręku purpurowego sztandaru ze starożytnym symbolem Aes Sedai. Ten urząd przypadł w udziale cairhieniariskiemu uchodźcy ci imieniu Pevin, pozbawionemu wyrazu jegomościowi w połatanym farmerskim kaftanie z przaśnej ciemnoszarej wełny. Pevin jechał na brązowym mule, który już kilka łat temu powinien był zostać odesłany na pastwisko. Jego wąska twarz, od szczęki po rzednące włosy, przecinała długa, jeszcze przekrwiona blizna.
Pevin utracił żonę i siostrę podczas klęski głodu, a brata i syna podczas wojny domowej. Nie miał pojęcia, do jakiego Domu należeli ludzie, którzy ich zabili ani jakiego kandydata do Tronu Słońca wspierali. Ucieczka do Andoru kosztowała go drugiego syna, który zginął z rąk andorańskich żołnierzy, drugiego brata zabili bandyci, powrót zaś ostatniego syna, którego zabiła włócznia Shaido oraz córkę, która została uprowadzona, podczas gdy samego Pevina pozostawiono jako poległego. Człowiek ten rzadko się odzywał, ale na ile Rand potrafił się zorientować, jego przekonania zredukowały się do prostych trzech tez. Smok się Odrodził. Zbliża się Ostatnia Bitwa. I jeśli będzie się trzymał blisko Randa al’Thora, to jego rodzina zostanie pomszczona. nim świat ulegnie zagładzie. Koniec świata nastąpi, to pewne, ale nie to się liczyło, nic się nie liczyło, dopóki nie zrealizuje swej zemsty. Ukłonił się milcząco Randowi ze swego siodła, kiedy klacz dotarła na szczyt.
Wspiąwszy się na grzbiet Jeade’ena, Rand wciągnął na siodło za sobą Aviendhę, nie pozwalając jej skorzystać ze strzemienia, po to tylko, by jej pokazać, że stać go na to, i zanim się usadowiła, kopniakiem wprawił jabłkowitego wierzchowca w ruch. Zrobiła gwałtowny wymach rękoma, żeby go objąć pasie, coś tylko mrucząc niesłyszalnie; pochwycił kilka strzępkciw jej aktualnej opinii odnośnie Randa al’Thora, a także Car’a’carna. Nic jednak nie zrobiła, żeby go puścić, za co był jej wdzięczny. Nie tylko przyjemnie było czuć jej przytulone do pleców ciało. ale i przydała się jako podparcie. Jednak kiedy znajdowała się w połowie drogi do siodła, nagle stracił pewność, czy ona wsiądzie, czy też on zsiądzie. Liczył, że tego nie zauważyła. Liczył, że to nie z tego powodu obejmowała go teraz tak mocno.
Purpurowy sztandar z wielkim czarno-białym dyskiem łopotał za plecami Pevina, kiedy posuwali się zygzakami w dół wzgórza i dalej przez płytkie doliny. Aielowie jak zwykle nie zwracali większej uwagi na mijającą ich grupkę, mimo iż sztandar akcentował jego obecność równie wyraźnie, jak eskorta złożona z kilkuset Far Dareis Mai, z łatwością dotrzymujących kroku Jeade’enowi i mułom. Krzątali się wokół swych spraw wśród namiotów rozstawionych na zboczu, co najwyżej podnosząc wzrok, gdy docierał do nich odgłos kopyt.
Zaskakująca była już sama wieść, że wzięto do niewoli blisko dwadzieścia tysięcy stronników Couladina — od wyjazdu z Dwóch Rzek nigdy by nie uwierzył, że aż tylu ludzi może się zgromadzić w jednym miejscu — a ich widok wywołał podwójny szok. W czterdziesto— albo pięćdziesięcioosobowych grupkach nakrapiali zbocza niczym kapusta, mężczyzni i kobiety jednako siedzący nago na słońcu, a każdej takiej grupy strzegł jeden tylko gai’shain, o ile w ogóle. Z pewnością nikt poza tym na nich specjalnie nie zważał, aczkolwiek co jakiś czas odziana w cadin’sor postać podchodziła do jednej z tych grup i posyłała jakiegoś mężczyznę albo kobietę z poleceniem. Wezwany oddalał się biegiem, przez nikogo nie pilnowany, i Rand zauważył kilku powracających, jak wślizgiwali się z powrotem na swoje miejsca. Przez resztę czasu siedzieli spokojnie, z niemalże znudzonymi minami, jakby nie mieli ani powodu, ani chęci znajdować się gdzie indziej.
Być może wdzieją białe szaty równie spokojnie. A mimo to jakoś nie umiał zapomnieć łatwości, z jaką ci sami ludzie pogwałcili już raz swoje prawa i obyczaje. Niby to Couladin dał temu początek, czy też wydał taki rozkaz, ale oni z własnej woli poszli za nim i usłuchali go.
Z marsem na czole przypatrywał się jeńcom — dwadzieścia tysięcy, a miało ich jeszcze przybyć; on sarn z pewnością nigdy by nie zaufał żadnemu do tego stopnia, by ich powierzać gai’shain - i po jakimś czasie zauważył pewne osobliwe zjawisko wśród Aielów. Panny i Aielowie, którzy nosili włócznie, nigdy nie. wkładali na głowy niczego prócz shouf, i żadnych barw, które nie stopiłyby się ze skałami i cieniami, a teraz dostrzegł ludzi, których czoła obejmowała wąska, szkarłatna przepaska. Jeden na czterech albo pięciu miał skronie obwiązane paskiem tkaniny, z wyhaftowanym albo namalowanym nad brwiami dyskiem: dwie złączone łzy, czarna i biała. A co najbardziej chyba dziwiło, nosili je też gai’shain; większość wprawdzie miała kaptury na głowach, ale ci z obnażonymi głowami, wszyscy co do jednego, nosili przepaski. I algai’d’siswai w ich cadin’sor - c w opaskach i ci bez nich — widzieli to i nic nie robili. Gai’shain zawsze obowiązywał zakaz wkładania czegokolwiek, co wkładali ci, którym wolno było dotykać broni. Zawsze.
— Nie wiem — powiedziała szorstko Aviendha do jego pleców, kiedy spytał, co to oznacza. Usiłował siedzieć wyprostowany; naprawdę zdawała się obejmować go mocniej. niż to było konieczne. Po jakiejś chwili zaczęła mówić dalej, tak cicho, że musiał wytężać słuch, żeby coś w ogóle usłyszeć. — Bair zagroziła, że mnie oćwiczy, jeśli jeszcze raz o tym wspomnę, a Sorilea zdzieliła mnie kijem w plecy, ale sądzę, że to są ci, którzy twierdzą, że jesteśmy siswai’aman.