Выбрать главу

A jednak najbardziej krajało jej się serce z powodu kobiet. Perspektywy, jakie otwierały się przed nimi, nie były wcale lepsze niż w przypadku mężczyzn, tak samo żadnej pewności, co do dalszego losu, a przecież miały znacznie więcej trosk. Żadnej nie towarzyszył mąż, najpewniej żadna w ogóle nie wiedziała, czy jej mąż jeszcze pozostaje wśród żywych, jednak podobna odpowiedzialność popychała je do działania. Żadna kobieta choć z odrobiną charakteru nie podda się, kiedy ma dzieci. Niektóre z nich miały zamiar jakoś ułożyć sobie przyszłe życie. W ich sercach przynajmniej nie zgasła jeszcze ta ostatnia iskra nadziei, o której mężczyźni tylko mówili. Szczególnie losy trzech z nich głęboko ją poruszyły.

Nicola była w jej wieku i podobnej postury, szczupła, ciemnowłosa tkaczka z wielkimi oczyma, która miała wyjść za mąż, ale jej Hyran wbił sobie do głowy, że jego obowiązkiem jest pójść za Prorokiem, zostać wyznawcą Smoka Odrodzonego; ożeni się z nią, ale najpierw musi wypełnić swój obowiązek. Obowiązek był dla Hyrana bardzo ważny. Byłby z niego dobry i sumienny mąż oraz ojciec, tak przynajmniej uważała Nicola. Tylko że to, co miał w głowie, nie przydało mu się na wiele, gdy ktoś rozpłatał mu ją toporem. Nicola nie wiedziała ani kto to był, ani dlaczego, rozumiała tylko tyle, że chce się znaleźć najdalej jak to tylko możliwe od Proroka. Gdzieś musi być przecież jakieś miejsce, gdzie ludzie się nie zabijają, gdzie nie trzeba bez przerwy obawiać się tego, co czyha za następnym rogiem ulicy.

Marigan, o kilka lat starsza, niegdyś nawet dość pulchna, choć dzisiaj wystrzępiona suknia wisiała na niej luźno, a na szczerej twarzy zastygł wyraz skrajnego zmęczenia. Jej dwaj synowie, Jaril i Seve, sześcio i siedmioletni, patrzyli na świat szeroko rozwartymi oczyma w całkowitym milczeniu; przytuleni nawzajem do siebie zdawali się obawiać wszystkich i wszystkiego dookoła, nawet własnej matki. Marigan zajmowała się w Samarze ziołami i miksturami leczniczymi, chociaż na temat obu tych rzeczy posiadała dość dziwaczną wiedzę. Nic w tym zresztą dziwnego, kobieta zajmująca się leczeniem w sąsiedztwie Amadicii, kiedy na drugim brzegu rzeki rozpościerała się domena Białych Płaszczy, musiała działać dyskretnie; właściwie od samego początku była samoukiem. Wszystkim, na czym jej kiedykolwiek zależało, było leczenie chorób, twierdziła też, że udawało jej się to zupełnie nieźle, chociaż nie była zdolna ocalić życia mężowi. Te pięć lat, które minęły od jego śmierci, nieźle dało się jej we znaki, a pojawienie się Proroka z pewnością w niczym nie polepszyło jej losu. Po tym, jak uleczyła pewnego człowieka z gorączki, a następnie rozeszły się plotki, że ożywiła zmarłego, motłoch polujący na Aes Sedai zmusił ją do wyszukania sobie kryjówki. Już chociażby to świadczyło, jak niewiele wiedzieli ludzie o Aes Sedai; śmierć znajdowała się poza zasięgiem Mocy Uzdrawiania. Jednak nawet Marigan zdawała się chyba sądzić inaczej. Podobnie jak Nicola, nie bardzo wiedziała, dokąd teraz może pójść. Miała nadzieję znaleźć jakąś wioskę, gdzie będzie mogła znowu zajmować się swoimi ziołami i sporządzaniem z nich leków.

Areina była najmłodsza z całej trójki, obdarzona oczyma jarzącymi się niezmąconym błękitem na tle twarzy poznaczonej żółtymi i czerwonymi siniakami; nie pochodziła z Ghealdan. Mogły o tym świadczyć chociażby jej rzeczy, jeśli już nie inne cechy charakterystyczne: krótki ciemny kaftan i szerokie spodnie podobne trochę do tych, które miała na sobie Birgitte. Stanowiły cały jej dobytek. Nie chciała powiedzieć dokładnie, skąd pochodzi, dużo jednak mówiła o losie, który przywiódł ją na pokład „Rzecznego Węża”. Jednak niektórych fragmentów opowieści Nynaeve musiała się domyślać. Areina udała się do Illian z zamiarem sprowadzenia do domu młodszego brata, zanim zdąży złożyć przysięgę czyniącą go Myśliwym Polującym na Róg. Ale ponieważ miasto zalały tysięczne tłumy, nie potrafiła nigdzie go znaleźć, jednak jakimś sposobem nagle okazało się, że to ona stoi wśród szeregów, składa przysięgę i wyrusza w świat, sama nie do końca wierząc, że Róg w ogóle istnieje. na poły zaś żywiąc nadzieję, iż może w ten sposób znajdzie gdzieś młodego Gwila i sprowadzi go do rodziny. Od tego czasu... rzeczy stawały się... coraz trudniejsze. Areina nie. miała szczególnych oporów przed opowiadaniem, ale mówienie o niektórych sprawach kosztowało ją tyle wysiłku... Została wypędzona z kilku wiosek, raz obrabowana i kilkakrotnie pobita. Jednak nawet po takich przejściach nie miała zamiaru poddać się i zrezygnować ze znalezienia gdzieś bezpiecznego schronienia czy spokojnej wioski. Świat wciąż stał przed nią otworem, Areina postanowiła zaś sobie, że jeszcze mu pokaże. Nie formułowała tego dokładnie w ten sposób, jednak Nynaeve doskonale wiedziała, że o czymś takim myśli.

Nynaeve zdawała sobie również znakomicie sprawę z tego, co ujęło ją w tych kobietach najbardziej. Każda z tych historii mogła stanowić wątek jej własnego żywota. Niemniej nie do końca rozumiała, dlaczego Areinę lubi z nich najbardziej. Zastanawiając się nad tym, doszła do wniosku, iż większość kłopotów Areiny brała się z tego, że nie potrafiła trzymać języka za zębami, mówiła ludziom dokładnie to, co o nich myślała. Trudno określić jako zbieg okoliczności fakt, że została wygnana z jednej z wiosek tak szybko, że aż musiała porzucić swego konia, po tym jak nazwała lokalnego burmistrza ciastogębym łajdakiem, kilku zaś kobietom z wioski powiedziała, że żadne kuchenne pomywaczki o wyschłych kościach nie mają prawa dopytywać się, co ona robi samotnie na gościńcu. Tyle wyznała Nynaeve. Przez. kilka dni zastanawiała się, jak pomóc Areinie załatwić jej porachunki ze światem. Chciała też wymyśleć coś, co mogłaby zrobić dla dwóch pozostałych. Pragnienie bezpieczeństwa i spokoju potrafiła także doskonale zrozumieć.

Dziwna wymiana słów przydarzyła im się rankiem drugiego dnia podróży, kiedy usposobienia wciąż jeszcze były drażliwe, słowa zaś — przynajmniej słowa niektórych! — nie ociekały jeszcze słodyczą. Nynaeve powiedziała coś zupełnie zresztą nienapastliwego o tym, że Elayne nie znajduje się w pałacu swej matki, a więc nie powinna oczekiwać, że każdej nocy ona będzie ustępowała jej miejsca. Elayne zadarła podbródek, nim jednak zdążyła choćby otworzyć usta, Birgitte wybuchnęła:

— Jesteś Dziedziczką Tronu Andoru? — Ledwie rozejrzała się dookoła, by sprawdzić, czy nikt nie podsłuchuje.

— Jestem — odrzekła Elayne głosem bardziej jeszcze przepełnionym godnością, niźli Nynaeve kiedykolwiek słyszała, jednak można było wyczuć w nim także ton poirytowania... czy mogła być to satysfakcja?

Z twarzą kompletnie pozbawioną wyrazu Birgitte zwyczajnie odwróciła się do nich plecami, przeszła na dziób i tam usiadła na zwoju liny, wbijając wzrok w rzekę. Elayne najpierw zmarszczyła brwi, ostatecznie jednak podeszła bliżej i usiadła obok. Przez jakiś czas cicho rozmawiały. Nynaeve nie przyłączyłaby się do nich, nawet gdyby ją poprosiły! Elayne wydawała się z lekka niezadowolona z przebiegu rozmowy, jakby oczekiwała czegoś zupełnie innego, potem jednak nie zdarzały im się już żadne sprzeczki.