Pierwszej nocy, gdy leżała w bieliźnie na kapitańskiej koi, a ziewająca Elayne zajmowała krzesło, natomiast Birgitte stała oparta o drzwi, włosami omiatając belki stropu, Nynaeve użyła poskręcanego kamiennego pierścienia. Zawieszona u sufitu pordzewiała lampa oświetlała wnętrze kajuty, rozsiewając lekki zapach przyprawianej oliwy, którą ją napełniono; być może Neres również wcale nie przepadał aż tak bardzo za wonią pleśni i zastarzałego kurzu. Jeżeli tak ostentacyjnie pokazywała im, że pierścień spoczywa między jej piersiami — upewniając się, iż tamte widzą, że dotyka skóry — cóż, miała po temu swoje powody. Kilka godzin pozornie rozsądnego zachowania z ich strony nie sprawiło, że stała się mniej czujna.
Serce Kamienia wyglądało dokładnie tak jak zawsze, blade światło dochodzące jakby zewsząd i znikąd jednocześnie, lśniący kryształowy miecz Callandor, sterczący z posadzki pod wielką kopułą, rzędy wielkich kolumn z polerowanego czerwonego kamienia ginące w plątaninie cieni. I to wrażenie bycia obserwowaną, tak powszechne w Tel’aran’rhiod. Nynaeve miała ochotę uciec natychmiast z tego miejsca, albo rzucić się na jakieś szaleńcze poszukiwanie ukrytych w gąszczu kolumn obserwatorów. Przemocą opanowała się i zmusiła, by stać bez ruchu w jednym miejscu obok Callandora, licząc powoli do tysiąca i po każdej setce przerywając, by zawołać Egwene.
W rzeczy samej tyle tylko mogła zrobić. Samokontrola, z której była taka dumna, gdzieś się ulotniła. Ubiór właściwie migotał na niej, kiedy przez głowę przelatywały pełne zatroskania myśli o sobie samej, Moghedien, Egwene, Randzie, Lanie. W jednej chwili grube, niezgrabne wełny z Dwu Rzek zmieniły się w obszerny płaszcz z głęboko nasuniętym kapturem, potem zastąpiła go kolczuga Białych Płaszczy, ją zaś z kolei sukienka z czerwonego jedwabiu — prawie przezroczysta! — która dla odmiany stała się jeszcze grubszym płaszczem, on natomiast... Pomyślała, że jej twarz również się zmienia, gdy tylko zerknęła na skórę swych dłoni, jeszcze ciemniejszą niźli u Juilina. Być może Moghedien nie udałoby się jej rozpoznać...
— Egwene! — Ostatnie ochrypłe wezwanie odbiło się daremnym echem wśród kolumn, zaś Nynaeve musiała stać dalej sama, drżąca, i raz jeszcze liczyć do stu. Ogromna komnata była całkowicie pusta, nie licząc jej samej. Żałując, że kieruje nią nie żal a pośpiech, wyszła ze snu...
...i przekonała się, że leży, ściskając w palcach kamienny pierścień, zawieszony na rzemieniu, i patrzy na grube belki sufitu nad głową, wsłuchana w tysięczne skrzypienia, jakie wydawał statek płynący szybko w dół rzeki.
— Spotkałaś ją? — dopytywała się Egwene. — Nie trwało to długo, ale...
— Zmęczona już jestem tym strachem — powiedziała Nynaeve, nie odrywając oczu od sufitu. — Jestem już t...taka zmęczona byciem t...tchórzem.
Ostatnie słowa pochłonął szloch, którego nie potrafiła ani powstrzymać, ani ukryć, niezależnie od tego, jak bardzo tarła dłońmi oczy.
Elayne w jednej chwili znalazła się przy niej, przytuliła ją, pogładziła po włosach, minutę później Birgitte przyłożyła jej do karku kawałek płótna zmoczony w zimnej wodzie. Zanosiła się płaczem do wtóru ich słów, którymi zapewniały ją, że bynajmniej nie jest tchórzem.
— Gdybym sądziła, że ściga mnie Moghedien — na koniec powiedziała Birgitte — uciekałabym bez namysłu. Gdybym nie znalazła innej kryjówki prócz nory borsuka, wpełzłabym do środka, zwinęła się w kłębek i spocona ze strachu czekała, póki sobie nie pójdzie. Nie stanęłabym również na drodze jednemu z tych rozjuszonych s’redit Cerandin i nie nazwę tego tchórzostwem. Sama musisz wybrać miejsce i czas, skoczyć na nią, kiedy będzie się tego najmniej spodziewała. Zemszczę. się na niej, kiedy tylko będę mogła, ale to jest jedyny sposób. Wszystko inne jest głupstwem.
Niekoniecznie były to słowa, które Nynaeve chciała usłyszeć, jednak jej łzy i ich pociecha stanowiły kolejną wyrwę w ciernistym żywopłocie, który między nimi wyrósł.
— Udowodnię ci, że nie jesteś tchórzem. — Elayne sięgnęła na półkę po ciemne drewniane pudełko, które tam wcześniej położyła, otworzyła je i wyciągnęła grawerowany w spiralny zwój żelazny krąg. — Wrócimy tam razem.
To były słowa, których Nynaeve nie miała ochoty usłyszeć. Ale tego nie można było uniknąć, nie po tym, jak im powiedziała, że jest tchórzem. A więc wróciły.
Do Kamienia Łzy, gdzie stały teraz, patrząc na Callandora — lepiej tak, niźli oglądać się ciągle przez ramię i zastanawiać. gdzie też zmaterializuje się znienacka Moghedien — potem przeniosły się do Pałacu Królewskiego w Caemlyn, dokąd zawiodła je Elayne, a następnie do Pola Emonda, pod przewodnictwem Nynaeve. Nynaeve wcześniej już widywała rozmaite pałace z ich wielkimi korytarzami, wysokimi, zdobionymi freskami sufitami i marmurowymi posadzkami, widziała. złocenia i znakomite dywany, a także zdobne draperie na ścianach, jednak Elayne dorastała w tym miejscu. Widząc je teraz i pamiętając o tym, potrafiła może troszeczkę lepiej ją zrozumieć. Nie dziwota, że ta kobieta oczekiwała, iż cały świat ugnie przed nią kark, wychowano ją bowiem w taki sposób, w miejscu takim jak to.
Elayne, która przez to, że używała ter’angreala, wyglądała niby blade odbicie samej siebie, zachowywała się dziwnie cicho, gdy znajdowały się w pałacu. Ale później Nynaeve także zamilkła, kiedy trafiły do Poła Emonda. Po pierwsze dlatego, że wioska była większa, niźli ją zapamiętała, więcej było domów krytych strzechą i, sądząc z wznoszących się wokół drewnianych konstrukcji, stawiano kolejne. Tuż za wioską ktoś budował naprawdę wielki dom, z trzema szerokimi piętrami, a na Łące stał wysoki na pięć kroków cokół, którego całą powierzchnię pokrywały imiona. Wiele rozpoznała: głównie były to imiona ludzi z Dwu Rzek. Po obu stronach cokołu stały maszty: na jednym wisiał sztandar z czerwonym łbem wilka, na drugim powiewał czerwony orzeł. Wyglądało, że wszystko ma się jak najlepiej, że wszyscy muszą wieść dostatnie, pełne zadowolenia życie — przynajmniej tak myślała, choć wokół nie było widać ludzi — ale nie miało to najmniejszego sensu. Cóż, na Światłość, znaczą te sztandary? I kto może budować sobie taki wielki dom?
Przeniosły się do Białej Wieży, do gabinetu Elaidy. Od czasu ich ostatniej wizyty nic się tutaj nie zmieniło, wyjąwszy to, że w półokręgu przed biurkiem stało obecnie tylko pół tuzina stołków. I zniknął tryptyk przedstawiający losy Bonwhin. Wizerunek Randa pozostał, ale w poprzek jego twarzy biegła niezbyt dobrze zatarta smuga, jakby ktoś czymś w niego rzucił.
Przejrzały dokumenty schowane w lakierowanej szkatułce z wiekiem zdobionym w złote jastrzębie oraz papiery znajdujące się na stole Opiekunki w przedpokoju. Dokumenty i listy zmieniały się na ich oczach, jednak trochę się z nich dowiedziały. Elaida wiedziała, że Rand przeszedł Mur Smoka i jest w Cairhien, ale na temat tego, co zamierza zrobić z całą sytuacją, nie było żadnej wskazówki. Gniewne żądanie, by wszystkie Aes Sedai natychmiast wracały do Wieży, chyba że mają odrębne rozkazy własnoręcznie przez nią wydane. Elaida zdawała się złościć mnóstwem rzeczy, tym, że tak niewiele sióstr wróciło po tym, jak ogłosiła amnestię, że siatki szpiegowskie w Tarabon w większej części wciąż milczą, że Pedron Niall dalej ściąga Białe Płaszcze z powrotem do Amadicii, ona zaś nie ma pojęcia dlaczego, że Davrama Bashere’a dalej nigdzie nie można znaleźć, pomimo iż towarzyszy mu armia. Wściekłość przepełniała każdy z dokumentów, pod którym widniała jej pieczęć. Żaden jednak nie miał dla nich szczególnego znaczenia i nie na wiele mógł się przydać, wyjąwszy być może ten dotyczący Białych Płaszczy. Chociaż, dopóki znajdowały się na „Rzecznym Wężu”, nie powinny oczekiwać z ich strony żadnych kłopotów.