Выбрать главу

— On ma rację.

Najwyraźniej nie widział jej w słabnącym blasku zachodzącego słońca, podobnie zresztą jak i Juilin, który przycupnął obok.

— Jest przemytnikiem, ale. zapłacił przecież za te towary. Nynaeve nie miała prawa mu ich zabierać.

— Przeklęte prawa kobiet to tyle, co one przeklęte same chcą — zaśmiał się Uno. — Tak przynajmniej powiadają kobiety w Shienarze.

Wtedy ją zobaczyli i zamilkli, jak zawsze mądrzy po szkodzie. Uno potarł policzek, ten bez blizny. Tego dnia zdjął bandaże i odtąd już wiedział, co mu zrobiła. Uznała, że wygląda na zmieszanego. Trudno było ich dojrzeć w zapadającym zmroku, ale twarze pozostałych dwóch wyglądały na zupełnie wyzbyte wyrazu.

Oczywiście nic im nie zrobiła, wycofała się tylko, kurczowo ściskając w garści warkocz. Udało jej się nawet zejść bez trudu po drabinie. Elayne trzymała już żelazny krążek w dłoni, czarna drewniana szkatułka stała otwarta na stole. Nynaeve wzięła do ręki żółtą tarczkę z wyrzeźbioną na spodniej stronie postacią śpiącej kobiety; pod palcami wydawała się miękka i gładka, nikt by nie uwierzył, że potrafi zadrapać metal. Ponieważ płomień gniewu wciąż tlił się w niej, saidar promieniował, niczym ciepła poświata, tuż ponad ramieniem.

— Może uda mi się wpaść na jakiś pomysł, dlaczego ta rzecz nie pozwala ci przenieść nic prócz paru kropel.

Takim też sposobem znalazła się w Sercu Kamienia, przenosząc strumień Ducha w tarczkę, którą już w Tel’aran’rhiod wsunęła do sakwy przy pasie. Elayne jak zawsze w Świecie Snów miała na sobie ubiór, który właściwy byłby raczej na dworze jej matki — zielone jedwabie haftowane złotem wokół szyi, naszyjnik ze złotych ogniw i księżycowego kamienia, dobraną bransoletkę; Nynaeve zaskoczyło jednak, że ona sama odziana jest bardzo podobnie, tylko włosy dalej zaplecione były w warkocz — i miały naturalny kolor — miast spływać swobodnie na ramiona. Suknia w srebrze i bladych błękitach, jeśli nawet nie była tak nisko wycięta jak suknie Luki, wciąż miała zbyt głęboki dekolt na jaki, w co chciała wierzyć, zdecydowałaby się świadomie. A jednak podobała jej się pojedyncza ognista łza na srebrnym łańcuszku lśniąca między piersiami. Egwene nie udałoby się łatwo zwieść kobiety tak ubranej. Z pewnością jednak nie miało to nic wspólnego z tym, dlaczego ją przywdziała, choćby bezwiednie.

Natychmiast zrozumiała, co Elayne miała na myśli, mówiąc, że we własnych oczach wygląda się dobrze; kiedy patrzyła po sobie, jej wygląd niczym nie różnił się od wyglądu stojącej obok kobiety z kamiennym pierścieniem w jakiś sposób nawleczonym na naszyjnik. Elayne jednak poinformowała ją, że wygląda niczym... utkana z mgły. Mgliste było również odczucie obecności saidara, wyjąwszy ten splot Ducha, który utkała jeszcze na jawie. Reszta zdawała się nierzeczywista, papierowa. a nawet nigdy niewidziane, promienne ciepło Prawdziwego Źródła docierało jakby z oddali. Gniewu miała w sobie akurat na tyle, by przenosić. Jeżeli złość na mężczyzn minie jej, zanim rozwiąże zagadkę, to sama zagadka może stanowić odpowiednią dlań podnietę; nie miał tu nic do rzeczy fakt, że przygotowała się wewnętrznie na możliwą konfrontację z Egwene, przecież nie można tego traktować jako zbrojenia się; tylko dlaczego czuła wciąż jeszcze na języku słaby smak sparzonej kociej narecznicy i sproszkowanego liścia mawinii?! Jednak dobycie pojedynczego płomyka, który zatańczył w powietrzu, jedno z pierwszych ćwiczeń, jakich uczą się nowicjuszki, wydawało się równie trudne jak przerzucenie Lana przez ramię. Płomień nawet w jej oczach zdawał się jakby rozrzedzony, a kiedy tylko zawiązała splot, zaczął zanikać. W ciągu kilku sekund już go nie było.

— Obie razem? — zapytała Amys. Ona i Egwene stały, tak po prostu, po przeciwnej stronie Callandora, odziane w identyczne spódnice i bluzki Aielów oraz, te ich szale. Przynajmniej Egwene nie miała na sobie takiej masy naszyjników i bransoletek. — Dlaczego wyglądasz tak dziwnie, Nynaeve? Czy nauczyłaś się pojawiać w Świecie Snów bezpośrednio z jawy?

Nynaeve leciutko drgnęła. Tak nienawidziła, gdy ludzie podkradali się do niej niepostrzeżenie.

— Egwene, w jaki sposób...? — zaczęła, wygładzając spódnice, ale w tym samym momencie Elayne powiedziała: — Egwene, nie potrafimy zrozumieć, jak ty...

Egwene weszła jej w słowo.

— Rand i Aielowie odnieśli wielkie zwycięstwo pod Cairhien.

Potem jednym ciągłym strumieniem wyrzuciła z siebie wszystko, co zdążyła już im powiedzieć w snach, począwszy od Sammaela, a skończywszy na seanchańskiej włóczni. Każde słowo wypluwała niemalże natychmiast, zanim skończyła jeszcze wypowiadać poprzednie, wpatrując się w rozmówczynie pełnym napięcia wzrokiem.

Nynaeve wymieniła z Elayne zmieszane spojrzenia. Z pewnością już to mówiła. Nie wyobraziły sobie przecież wszystkiego, skoro teraz uzyskiwały potwierdzenie każdego słowa. Nawet Amys — której długie siwe włosy jedynie podkreślały ten silniej zaznaczający się niż u Aes Sedai brak śladów upływu lat na twarzy — wyglądała na rozbawioną tą powodzią słów.

— Mat zabił Couladina? — wykrzyknęła w pewnym momencie Nynaeve. Tego z pewnością nie było w snach. Zresztą to w ogóle nie pasowało do Mata. Powiódł żołnierzy do bitwy? Mat?

Kiedy Egwene na koniec przestała wreszcie zalewać je potokami słów, poprawiła szal i przez chwilę szybko oddychała — podczas całej swej przemowy ledwie zdążyła parę razy zaczerpnąć oddechu — Elayne słabym głosem spytała:

— Czy on jest zdrów? — Jej głos zabrzmiał w taki sposób, jakby zaczynała powoli niedowierzać własnej pamięci.

— Tak dobrze, jak można by tego oczekiwać — oznajmiła Amys. — Jest surowy dla siebie i nikogo nie słucha. Z wyjątkiem Moiraine..

Najwyraźniej nie była z tego powodu szczególnie zadowolona.

— Aviendha przebywa z nim niemalże przez cały czas -dodała Egwene. — Opiekuje się nim dla ciebie.

Nynaeve nie uwierzyła w słowa Mądrej. Nie wiedziała zbyt wiele o Aielach, niemniej podejrzewała, że jeśli Amys powiedziała „surowy”, każdy inny powiedziałby „traktuje samego siebie w sposób bezwzględny”.

Najwyraźniej Elayne miała w tej kwestii podobne zdanie.

— Dlaczego więc ona pozwala mu się tak nadwerężać? Co on właściwie robi?

Całkiem sporo, jak się okazało, i na pewno aż za dużo. Dwie godziny dziennie ćwiczy walkę na miecze z Lanem, czy też z każdym, kto tylko się nawinie. Amys słysząc słowo „miecz”, zacisnęła usta w kwaśny grymas. Przez następne dwie godziny trenuje walkę wręcz na sposób Aielów. Egwene mogła się temu dziwić, ale Nynaeve dobrze wiedziała, jak człowiek czuje się bezradny, gdy nie potrafi przenosić. A jednak Rand nigdy nie powinien był się znaleźć w takiej sytuacji. Został królem czy też kimś jeszcze wyżej wyniesionym; otoczony gwardią Far Dareis Mai wydaje rozkazy lordom i damom. Zajmowało mu to zdecydowanie nazbyt wiele czasu; rozkazy, a potem kontrola ich właściwego wykonania, przez co nie starczało mu już go na posiłki. Zdarzało mu się nic nie jeść, o ile jakaś Panna nie przyniosła mu czegoś, tam gdzie aktualnie przebywał. Z jakiegoś powodu zdawało się to drażnić Egwene w takim samym stopniu, jak Elayne; Amys zdawała się tylko nieznacznie rozbawiona, chociaż jej twarz przybrała kamienny wyraz charakterystyczny dla Aielów, kiedy tylko zdała sobie sprawę, że Nynaeve dostrzegła jej rozbawienie. Kolejną godzinę każdego dnia poświęcał tej dziwnej, założonej przez siebie szkole, do której zaprosił nie tylko uczonych, lecz także rzemieślników, poczynając od pewnego człowieka wytwarzającego lustra, a kończąc na kobiecie, która skonstruowała rodzaj wielkiej kuszy, miotającej groty zdolne z odległości mili przebić zbroję. Nikomu nie zdradził celu założenia szkoły, wyjąwszy być może Moiraine, ale jedyną odpowiedzią, jakiej Aes Sedai udzieliła Egwene, było to, że potrzeba zostawienia czegoś po sobie silnie płonie w każdym człowieku. Moiraine zdawała się nie troszczyć o to, co robi Rand.