Выбрать главу

Co nie będzie trudne. Wyczuwał saidina niczym coś tuż poza granicą pola widzenia. Czuł jogo skazę. Czasami zdawało mu się, że to, co czuje, to skaza w nim samym, osad pozostawiony przez saidina.

Zorientował się, że patrzy groźnie na Asmodeana. Zdawał się przyglądać mu badawczo, z twarzą całkiem pozbawioną wyrazu. Ponownie zabrzmiała muzyka, niczym kojące szemranie wody na kamieniach. A więc to tak! Potrzebował ukojenia?

Drzwi otworzyły się bez pukania, do izby weszły razem Moiraine, Egwene. i Aviendha, Aielowe odzienie dwu młodszych kobiet podkreślało blade błękity Aes Sedai. Kogaś innego, nawet Rhuarka alba jakiegoś innego wodza nadal przebywającego w okolicy miasta czy kolejną delegację Mądrych, poprzedziłoby wejście zapowiadającej ich przybycie Panny. Tylko te trzy Panny przepuszczały nawet wtedy, gdy brał kąpiel. Egwene zerknęła na „Nataela” i skrzywiła się; melodia nabrała barwy i przez chwilę brzmiała zawile, wręcz tanecznie, po czym przycichła, upodabniając się niejako do westchnień wiatru. Mężczyzna przyoblekł na usta krzywy uśmiech, wzrok skierował na harfę.

— Zaskoczony jestem twoim widokiem, Egwene — rzekł Rand. Przerzucił nogę przez oparcie krzesła. — Cóż to? Od sześciu dni mnie unikasz? Przyniosłaś mi może więcej dobrych wieści? Czy Masema złupił Amador w moim imieniu? A może te Aes Sedai, które, jak twierdzisz, mnie popierają, okazały się Czarnymi Ajah? Zauważ, nie pytam, ani kim są ani gdzie są. Ani nawet, skąd o nich wiesz. Nie proszę, byś wyjawiała mi sekrety Aes Sedai alba sekrety Mądrych, czy czyjekolwiek, do kogo by tam należały. Po prostu ofiaruj mi te okruchy wiedzy, którymi skłonna jesteś się podzielić, i pozwól, że sam będę się zamartwiał, czy to, o czym nie raczysz mi powiedzieć, przyjdzie mnie nocą zasiec.

Spojrzała na niego spokojnie.

— Wiesz to wszystko, co powinieneś wiedzieć. I ja nie powiem ci niczego, czego wiedzieć nie musisz. — To samo oznajmiła mu przed sześcioma dniami. W każdym calu była Aes Sedai, tak sama jak Moiraine, mimo iż jedna nosiła odzienie Aielów, a druga bladoniebieskie jedwabie.

Aviendha natomiast nie była ani w calu spokojna. Podeszła, by stanąć ramię w ramię z Egwene, błyskając zielonymi oczyma, z plecami tak prostymi, jakby były z żelaza. Na poły zdziwił się, że Moiraine nie przyłączyła się do nich, dzięki czemu teraz wszystkie trzy mogłyby piorunować go wzrokiem. Jej obietnica posłuszeństwa pozostawiła, jak się zdawało, zaskakującą ilość przestrzeni, a ponadto zbliżyły się jakby na powrót do siebie od czasu jego kłótni z Egwene. Co wcale nie znaczyło, że była ta kłótnia poważna; trudna się raczej kłócić z kobietą, która cię obserwuje zimnymi oczyma, ani razu nie podnosi głosu i po jednej odmowie udzielenia odpowiedzi, nie chce nawet przyjąć do wiadomości twojego pytania.

— Czego chcecie? — zapytał.

— Przysłano je dla ciebie niespełna godzinę temu — powiedziała Moiraine, podając mu dwa listy. Jej głos zdawał się dobrze harmonizować z wygrywaną przez Asmodeana melodią, przywodzącą na myśl małe dzwoneczki.

Rand wstał, by z podejrzliwością je odebrać.

— Jeśli one są dla mnie, to jak się znalazły w twoich rękach? — Jeden został zaadresowany na „Randa al’Thora”, równymi, kanciastymi literami, drugi na „Lorda Smoka Odrodzonego”, pismem zdobnym, a jednak nie mniej precyzyjnym. Pieczęcie nie były przełamane. Przy drugim spojrzeniu zamrugał. Obie pieczęcie zdawały się z tego samego, czerwonego wosku i na jednej widniał odcisk Płomienia Tar Valon, na drugiej wieży na tle figury, w której rozpoznał wyspę Tar Valon.

— Może stało się to za sprawą miejsca, z którego je wysłano — odparła Moiraine — a także osób, które je wystosowały.

Nie było to wprawdzie wyjaśnienie, ale tyle tylko mógł uzyskać, chyba że stanowczo zażąda czegoś więcej. A nawet wtedy musiałby ją nakłaniać przy każdym kolejnym kroku. Dotrzymywała przysięgi, ale na swój sposób.

— W pieczęciach nie ma żadnych zatrutych igieł. Ani też żadnych wplecionych pułapek.

Znieruchomiał z kciukiem ułożonym na Płomieniu Tar Valon — a żadnych igłach albo pułapkach nawet nie pomyślał — po czym przełamał pieczęć. Jeszcze jeden Płomień z czerwonego wosku zastał odciśnięty obok podpisu: “Elaida da Avriny a’Roihan”, złażonym pospiesznymi gryzmołami nad jej tytułami. Resztę napisano kanciastym charakterem pisma.

Nie da się zaprzeczyć, iż to ty jesteś tym, którego zapowiedziały Proroctwa, niemniej jednak wielu będzie usiłowało cię zniszczyć za wszystko inne, czym jesteś. Dla dobra świata nie wolna do tego dopuścić. Dwa narody ugięły już przed tobą kalana, a także dzicy Aielowie, a jednak władza tranów jest niczym pył obok Jedynej Mocy. Biała Wieża udzieli ci schronienia i ochrony przed tymi, którzy nie chcą dostrzec tego, co musi nadejść. Biała Wieża dopilnuje, byś dożył Tarmon Gai’don. Nikt inny nie może tego uczynić. Przybędzie do ciebie eskorta Aes Sedai, która sprowadzi cię do Tar Valon z honorami i szacunkiem, na jakie zasługujesz. Zobowiązuję się do tego pod słowem honoru.

— Ona nawet nie prosi — skwitował kąśliwym tonem. Dobrze pamiętał Elaidę, mimo iż widział ją tylko raz jako kobietę tak twardą, że przy niej Moiraine mogła uchodzić za małego kotka. Te „honory i szacunek”, na jakie zasługiwał. Gotów był iść o zakład, że liczba Aes Sedai wchodzących w skład tej eskorty będzie wynosiła właśnie trzynaście.

Oddawszy Moiraine list Elaidy, otworzył drugi. Stronicę zapełniła ta sama ręka, która go zaadresowała.

Z całym szacunkiem, pokornie dopraszam się, by mi wolno było przedstawić się Lordowi Smokowi Odrodzonemu, którego Światłość błogosławi jako zbawcę świata.

Cały świat winien patrzyć na ciebie z przestrachem, ty bowiem w jeden dzień podbiłeś Cairhien, tak samo jak Łzę. A mimo to strzeż się, zaklinam cię, twój splendor bówiem wywoła zazdrość nawet u tych, którzy nie są skalani przez Cień. Nawet tutaj, w Białej Wieży są ślepe, które nie dostrzegają twej prawdziwej świetlistości, która oświeci nas wszystkich. Wiedz jednak, że są też takie, które radują się twym przybyciem i z rozkoszą będą służyły twej chwale. My nie jesteśmy tymi, które skradłyby twój blask dla siebie, lecz raczej z tych, które uklękną, by skąpać się w twej promienności. Ty zbawisz świat, zgodnie z Proroctwami, i świat będzie należał do ciebie.

Z wielkim wstydem muszę prosić cię, byś nikomu nie pokazywał tych słów i zniszczył je zaraz po przeczytaniu. Nie mam twojej ochrony, a otoczona jestem takimi, które uzurpowałyby sobie prawo do twej potęgi i nie umiem orzec, kto w twym otoczeniu jest ci równie wierny jak ja. Mówiono mi, iż jest z tobą Moiraine Damodred. Być może służy ci z oddaniem, posłuszna twym słowom niczym prawu, co i ja będę czyniła. Nie mogę jednak być niczego pewna, pamiętam bowiem ją jako kobietę tajemniczą, żywiącą wielkie upodobanie do knowań, co jest typowe. dla wszystkich Cairhienian. Niemniej jednak, nawet jeśli ty uznasz, że jest ona tak samo twoim stworzeniem jak ja, to błagam, zachowaj to tajemne posłanie w sekrecie nawet. przed nią.

Moje życie spoczywa w twoich dłoniach, Lordzie; Smoku Odrodzony, jestem Twoją służką.

Alviarin Freidhen

Przeczytał to raz jeszcze, mrugając, po czym wręczył Moiraine. Ledwie przeleciała stronicę wzrokiem i oddała ją Egwene, która wspólnie z Aviendhą studiowała właśnie drugi list. Może Moiraine wiedziała wcześniej, co oba zawierają?

— Dobrze, że złożyłaś swoją przysięgę — powiedział. — Przez sposób, w jaki kiedyś się zachowywałaś, zatrzymując wszystko dla siebie, mógłbym już nabrać względem ciebie podejrzeń. Dobrze, że jesteś teraz bardziej otwarta. — Nie zareagowała. — Co z tego wszystkiego rozumiesz?