— Ona musiała słyszeć o tej pysze, w jaką się wbiłeś -rzekła cicho Egwene. Nie sądził, by było to przeznaczone dla jego uszu. Kręcąc głową, dodała znacznie głośniej: To wcale nie przypomina mi Alviarin.
— To jej ręka — odparła Moiraine. — A co ty z tego rozumiesz, Rand?
— W Wieży jest rysa, czy Elaida o tym wie, czy nie. Zakładam, że Aes Sedai nie jest wcale łatwiej napisać kłamstwo niż powiedzieć? — Nie czekał, aż przytaknie. — Gdyby Alviarin wyrażała się mniej kwieciście, mógłbym pomyśleć, że one współpracują, by mnie wciągnąć w pułapkę. Nawet w połowie tego, co napisała Alviarin, nie dostrzegam sposobu myślenia Elaidy i nie wyobrażam sobie, by godziła się na Opiekunkę zdolną napisać coś takiego wbrew jej wiedzy.
— Nie zrobisz tego — powiedziała Aviendha, mnąc list Elaidy w dłoni. To nie było pytanie.
— Nie jestem głupcem.
— Czasami nie jesteś — odparła zrzędliwym tonem i jeszcze to pogorszyła, gdy uniosła pytająco brew w stronę Egwene, która zastanawiała się przez chwilę, po czym wzruszyła ramionami.
— Widzisz coś jeszcze? — spytała Moiraine.
— Widzę szpiegów Białej Wieży — odparł sucho. — One wiedzą, że ja zdobyłem miasto. — Przez co najmniej dwa albo trzy dni po bitwie Shaido mieli zatrzymywać wszystko z wyjątkiem gołębi, co udawało się. na północ. Nawet jeździec, który wiedział, gdzie może zmienić konie, rzecz niepewna w drodze między Cairhien a Tar Valon. nie dotarłby do Wieży w takim czasie, by te listy mogły tu przybyć dzisiaj.
Moiraine uśmiechnęła się.
— Szybko się uczysz. Poradzisz sobie. — Przez chwilę wyglądała niemalże na rozczuloną. — Co z tym zrobisz?
— Nic, tyle że dopilnuję, by „eskorta” Elaidy nie dotarła do mnie na odległość bliższą niż mila. — Trzynaście najsłabszych Aes Sedai mogło go pokonać, gdyby się połączyły, a nie sądził, by Elaida wysłała po niego najsłabsze. — Tyle, a poza tym zapamiętam, że Wieża wie, co ja zrobię już następnego dnia. I nic ponadto, dopóki nie dowiem się czegoś więcej. Czy Alviarin należy może do twoich tajemniczych przyjaciółek, Egwene?
Zawahała się, a jemu nagle przyszło do głowy, czy ona przypadkiem nie powiedziała Moiraine więcej niż jemu. Czy dochowywała sekretów Aes Sedai czy Mądrych?
— Nie wiem — odparła wreszcie.
Rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi i do izby wsunęła płową głowę Somara.
— Matrim Cauthon przybył, Car’a’carnie. Powiada, że posłałeś po niego.
Cztery godziny temu, kiedy się dowiedział, że Mat wrócił do miasta. Jaka tym razem będzie wymówka? Czas skończyć z wymówkami.
— Zostańcie — przykazał kobietom. W obecności Mądrych Mat robił się równie niespokojny jak przy Aes Sedai; te trzy wytrącą go na pewno z równowagi. Na moment się nie zastanawiał, czy ma prawo je wykorzystać. Mata tez zamierzał wykorzystać. — Każ mu wejść, Somara.
Mat wszedł spacerowym krokiem, uśmiechając się szeroko, jakby to była wspólna izba jakiejś gospody. W rozchełstanym zielonym kaftanie i z połową tasiemek przy koszuli rozsznurowaną, demonstrował medalion ze srebrną głową lisa, wiszący na owłosionej piersi, ale mimo upału szyję miał owiniętą ciemną jedwabną chustą, która kryła bliznę po stryku.
— Przepraszam, że tak długo to trwało. Znaleźli się Cairhienianie, którym się zdawało, że potrafią grać w karty. Czy on nie zna nic żywszego? — zapytał, wskazując głową Asmodeana.
— Doszły mnie słuchy — zaczął Rand — że każdy młody mężczyzna, który potrafi podjąć miecz, chce się przyłączyć do Legionu Czerwonej Ręki. Talmanes i Nalesean muszą ich odganiać całymi stadami. A Daerid podwoił liczbę swej piechoty.
Mat znieruchomiał w trakcie siadania na krześle, które przedtem zajmował Aracome.
— To prawda. Całkiem sporo młodych... jegomości pragnie stać się bohaterami.
— Legion Czerwonej Ręki — mruknęła Moiraine. — Shen an Calhar. Legendarna grupa bohaterów. prawda, aczkolwiek mężczyźni, którzy ją tworzyli, musieli się po wielokroć zmieniać podczas wojny, która trwała dobre trzysta lat. Powiadają, że oni byli ostatnimi, którzy ulegli trollokom, strzegąc samego Aemona, kiedy padło Manetheren. Legenda mówi, że wszędzie tam, gdzie padali, wybijało źródło, by naznaczyć miejsce ich zgonu, ja jednak skłonna jestem uważać, że takie źródło już tam było.
— Ja bym o niczym nie wiedział. — Mat dotknął medalionu i jego głos nabrał siły. — Jakiś dureń wygrzebał gdzieś tę nazwę i wszyscy zaczęli jej używać.
Moiraine spojrzała obojętnie na medalion. Mały, błękitny kamyk na jej czole zdawał się jarzyć pochwyconym światłem, aczkolwiek kąty odbicia tego światła były niewłaściwe. — Jesteś bardzo odważny, jak się zdaje, Mat.
Zostało to powiedziane nieodgadnionym tonem, a cisza, która po tym zapadła, jeszcze to uwypukliła. Matowi aż zesztywniała twarz.
— Bardzo odważny — dodała na koniec — skoro miałbyś poprowadzić Shen an Calhar przez Alguenyę i na południe przeciwko Andoranom. A nawet jeszcze odważniejszy, krążą bowiem pogłoski, jakobyś samotnie udał się na zwiady w tamtą stronę; Talmanes i Nalesean musieli jechać co koń wyskoczy, by cię dogonić. — W tle rozległo się głośne prychnięcie Egwene. — Raczej mało roztropne posunięcie. jak na młodego lorda, który dowodzi swymi ludźmi.
Mat wydął wargę.
— Nie jestem żadnym lordem. Mam do siebie więcej szacunku, by przedstawiać się takim mianem.
— Ale jesteś bardzo odważny — powiedziała Moiraine, jakby w ogóle się nie odezwał. — Andorańskie wozy dostawcze spalone, forpoczty rozbite. I trzy bitwy. Trzy bitwy i trzy zwycięstwa. Z niewielkimi stratami wśród twoich ludzi, nawet jeśli mieli przeciw sobie przewagę liczebną.
Kiedy przejechała palcem po rozdarciu w rękawie jego kaftana, rozsiadł się na krześle, najwygodniej jak mógł.
— Czy to ciebie wciąga wir bitwy, czy to bitwy ciągną do ciebie? Jestem niemalże zdziwiona, że wróciłeś. Z opowieści, gdyby ich słuchać, wynika, że mógłbyś przepędzić Andoran za Erinin, gdybyś został.
— Myślisz, że to śmiesznie? — warknął Mat. — Jeśli chcesz coś powiedzieć, to powiedz to. Możesz udawać kota, jeśli tak ci się podoba, ale ja nie jestem myszą. — Na krótki moment jego oczy pomknęły ku Egwene i Aviendzie, obserwujących całą scenę z założonymi rękoma, po czym znowu obwiódł palcem srebrny łeb lisa. Musiał się pewnie zastanawiać. Medalion sprawił, że przenosząca go kobieta nie potrafiła dotknąć go Mocą. Czy powstrzyma aż trzy?
Rand tylko patrzył. Patrzył, jak zmiękczają mu przyjaciela przed tym, co zamierzał z nim zrobić.
„Czy zostało mi coś jeszcze prócz tego, co konieczne?”
To była nagła myśl, pojawiła się i odeszła. Zrobi, co musi.
Głos Aes Sedai nabrał brzmienia kryształowego szronu, kiedy się odezwała, prawie jak echo jego słów.
— Wszyscy robimy to, co musimy, zgodnie z ustaleniami Wzoru. Dla jednych swobody jest mniej niż dla innych. Nieważne, czy to my wybieramy, czy zostajemy wybrani. Będzie, co musi być.
Mat bynajmniej nie wyglądał na zmiękczonego. Czujnego, owszem, i z pewnością bardzo rozzłoszczonego, ale nie na zmiękczonego. Przypominał kocura zagnanego w kąt przez trzy psy. Kocura, który zamierzał drogo sprzedać swoją skórę. Jakby zapomniał, że w izbie jest jeszcze ktoś prócz niego i trzech kobiet.
— Zawsze musisz zagnać człowieka tam, gdzie chcesz go mieć, prawda? Posłać go tam kopniakiem, jeśli nie da się zawieść za nos. Krew i krwawe popioły! Nie patrz na mnie takim wzrokiem, Egwene, będę mówił, co mi się podoba. A żebym sczezł! Jeszcze tu tylko brakuje Nynaeve, żeby sobie wyszarpywała warkocz z głowy i Elayne, która patrzyłaby z góry. No cóż, cieszę się, że tej tu nie ma, bo by się dowiedziała, ale nawet, gdybyście tu miały Nynaeve, to nie dałbym się zagnać...