Выбрать главу

— Poprowadzenie Aielów przez Mur Smoka może okazać się najgorszą z rzeczy, jakie możesz zrobić. — W jej głosie pobrzmiewały nuty gniewu i frustracji. Wreszcie udało mu się wzbudzić w niej przynajmniej podejrzenia, że może się jednak nie uda zrobić z niego marionetki. — Zanim tego dokonasz, Zasiadająca na Tronie Amyrlin dotrze do wszystkich władców tych krain, które jeszcze takowych posiadają, przedkładając im dowody, iż jesteś Smokiem Odrodzonym. Oni znają Proroctwa; wiedzą, po co zostałeś zrodzony. Kiedy tylko przekonają się, kim i czym jesteś, zaakceptują cię, ponieważ nie będą mieli innego wyjścia. Zbliża się Ostatnia Bitwa, a ty jesteś ich jedyną nadzieją, jedyną nadzieją całej ludzkości.

Rand zaśmiał się w głos. Był to gorzki śmiech. Wsunął fajkę w zęby i uniósł się na rękach tak, że teraz siedział ze skrzyżowanymi nogami na blacie stołu, po czym spojrzał im w oczy.

— A więc tobie i Siuan Sanche wydaje się, że wiecie wszystko, co tylko można wiedzieć. — Światłości dzięki, że. jednak nie dowiedziały się o nim wszystkiego i że nigdy się nie dowiedzą. — Obie jesteście głupie.

— Okaż choć odrobinę szacunku! — jęknęła Egwene, ale Rand ciągnął dalej, wchodząc jej w słowo:

— Taireniańscy Wysocy Lordowie również znają Proroctwa, poznali także mnie, kiedy zobaczyli na własne oczy, jak wziąłem do ręki Miecz Którego Nie Można Dotknąć. Połowa z nich oczekiwała po mnie, że przyniosę im władzę i chwałę albo wręcz obie naraz; druga połowa zaś szukała tylko okazji, by wbić mi nóż w plecy i jak najszybciej zapomnieć, że Smok Odrodzony w ogóle przebywał w Łzie. Oto, jak ludy witają Smoka Odrodzonego. Chyba że zduszę ich od razu w taki sposób, jak poradziłem sobie z Tairenianami. Czy wiesz, dlaczego zostawiłem Callandor w Łzie? Aby im przypominał o mnie. Każdego dnia budzą się i wiedzą, iż on wciąż tam jest, wbity w posadzkę Serca Kamienia, i wiedzą, że wrócę po niego. Oto, co każe im przy mnie trwać.

Był to przynajmniej jeden z powodów, dla których zostawił tam Miecz Który Nie Jest Mieczem. O innych wolał nie myśleć.

— Bądź bardzo ostrożny — powiedziała po chwili Moiraine lodowatym głosem. Usłyszał w jej słowach niedwuznaczne ostrzeżenie. Kiedyś już słyszał, jak mówiła takim tonem, wówczas stwierdzała, że zadba o to, by raczej nie żył, niż miał wpaść w ręce Cienia. Bezwzględna kobieta.

Przez dłuższą chwilę mierzyła go wzrokiem; jej oczy przypominały ciemne stawy, w których można utonąć. Potem złożyła mu perfekcyjny ukłon.

— Pozwolisz, iż cię opuszczę, mój Lordzie Smoku, muszę dopilnować, by pan Kadere zapamiętał, gdzie będę go oczekiwać jutro.

Najbardziej uważny obserwator nie dostrzegłby ani nie usłyszał najlżejszego śladu szyderstwa w jej słowach czy działaniach, ale Rand nie miał wątpliwości. Ona spróbuje wszystkiego, czym można go wyprowadzić z równowagi, sprawić, że obudzi się w nim poczucie winy, wstyd lub niepewność. Śledził ją wzrokiem, dopóki nie zniknęła za kurtyną z postukujących paciorków.

— Nie musisz się tak krzywić, Randzie al’Thor. — Głos Egwene był cichy, ale oczy jej płonęły, ściskała w dłoniach swój szal, jakby chciała go nim zadusić. — Lord Smok, doprawdy! Czymkolwiek jesteś, jesteś prostakiem, niewychowanym łajdakiem. Zasługujesz na jeszcze gorsze rzeczy niźli te, które cię dotąd spotkały. Ty nie potrafisz być bardziej uprzejmy, nawet gdyby cię zabić!

— A więc to byłaś ty — warknął, ale ku jego zaskoczeniu Egwene pokręciła przecząco głową, zanim się połapała, co robi. A więc mimo wszystko była to Moiraine. Jeżeli Aes Sedai potrafi posunąć się do czegoś takiego, to coś musi ją dręczyć zaiste nieznośnie. On, bez wątpienia. Być może powinien przeprosić.

„Przypuszczam, że okazanie odrobiny grzeczności nie byłoby zbyt trudne”.

Nie rozumiał jednak, dlaczego miałby być grzeczny względem Aes Sedai, skoro ona próbuje go wziąć na smycz.

Ale jeśli on rozważał choćby przez chwilę możliwość bycia grzecznym, Egwene nie przyszło to nawet do głowy. Gdyby żarzące się węgle miały kolor ciemnego brązu, dokładnie pasowałyby do jej oczu.

— Jesteś wełnianogłowym idiotą, Randzie al’Thor, i nigdy już nie powiem Elayne, że jesteś dla niej odpowiedni. Nie jesteś odpowiedni nawet dla łasicy. Przestań wreszcie zadzierać nosa. Pamiętam jeszcze, jak się pociłeś, gdy chciałeś się wyłgać z kłopotów, w które wpędził was Mat. Pamiętam, jak Nynaeve tak cię oćwiczyła rózgą, że aż wyłeś z bólu i potrzebowałeś poduszki, by w ogóle móc tego dnia usiąść. A przecież nie minęło wiele łat od tego czasu. Powinnam skłonić Elayne, by o tobie zapomniała, Gdyby wiedziała choćby w połowie, w co się zmieniłeś...

Gapił się na nią bez słowa, gdy tak ciągnęła swą tyradę, coraz bardziej wściekła z każdą chwilą, jaka minęła od momentu, gdy przekroczyła kurtynę z paciorków. Wreszcie zrozumiał. To nieznaczne zaprzeczenie ledwie widocznym ruchem głowy, kiedy zdradziła, że to Moiraine uderzyła go Mocą. Egwene bardzo się przykładała, by robić to wszystko, czego od niej wymagano, we właściwy sposób. Liczyła się u Mądrych, nosiła ubiór Aielów; z tego, co wiedział, być może nawet przyswajała sobie ich obyczaje. To do niej podobne. Ale przez cały czas starała się również być dobrą Aes Sedai, nawet jeśli była tylko jedną z Przyjętych. Aes Sedai zazwyczaj trzymały swe emocje na wodzy i nigdy nie zdradzały tego, co chciały zachować dla siebie.

„Ilyena nigdy nie pozwalała sobie na wybuchy emocji skierowane przeciwko mnie, kiedy była zła na samą siebie. Gdy czułem czasami ostrze jej języka, to tylko dlatego, że...”

Poczuł, jak w jednej chwili jego myśli zamieniają się w lód. Nigdy w życiu nie spotkał kobiety o imieniu Ilyena. Ale potrafił przywołać z pamięci twarz odpowiadającą imieniu, choć niejasno; piękną twarz, skóra niczym mleko, złote włosy tego samego odcienia co włosy Elayne. To chyba naprawdę szaleństwa. Pamiętać kobietę zrodzoną w wyobraźni. Zapewne któregoś dnia zacznie rozmawiać z ludźmi, których nie będzie w pobliżu.

Oracja Egwene urwała się, jak nożem uciął, w jej oczach pojawiło się zatroskanie.

— Dobrze się czujesz, Rand? — Gniew zniknął z jej głosu, jakby go nigdy nie było. — Czy coś się stało? Może powinnam z powrotem sprowadzić Moiraine, aby...

— Nie! — powiedział i równie szybko złagodził ton swego głosu. — Ona nie może uzdrowić...

Nawet Aes Sedai nie potrafiły uzdrawiać szaleństwa; żadna z nich nie potrafiłaby uzdrowić tego, co mu dolegało.

— Czy Elayne ma się dobrze?

— O tak, jak najbardziej.

Wbrew temu, co powiedziała wcześniej, w jej głosie pojawiła się nutka współczucia. To było wszystko, czego od niej oczekiwał. Wiedział, iż Elayne opuściła Łzę, ale reszta była sekretną sprawą Aes Sedai i miała go nic nie obchodzić; tak mówiła mu nieraz Egwene, a Moiraine wtórowała jej niczym echo. Trzy Mądre, które potrafiły spacerować po snach, te u których uczyła się Egwene, były jeszcze mniej chętne do współpracy, miały swoje własne powody do niezadowolenia.

— Ja również lepiej już pójdę — ciągnęła dalej Egwene, otulając szalem ramiona. — Jesteś na pewno zmęczony. — Marszcząc lekko brwi, zapytała jeszcze: — Rand, co oznacza być pogrzebanym w Can Breat?

Najpierw spytał, o czym ona, na Światłość, mówi. Potem przypomniał sobie, że sam użył tej frazy.

— To coś, co raz kiedyś usłyszałem — skłamał. Sam również nie miał pojęcia, co ona oznacza i skąd ją wziął.

— Odpocznij, Rand — powiedziała na koniec takim głosem, jakby była starsza od niego o dwadzieścia lat, nie zaś dwa lata młodsza. — Obiecaj mi, że odpoczniesz. Potrzebujesz tego.

Skinął głową. Przez moment uważnie wpatrywała się w jego twarz, szukając w niej prawdy, potem ruszyła w stronę wyjścia.