Выбрать главу

Mat mgliście zastanowił się, jaką to właściwie śpiewa piosenkę i skrzywił się. Nikt nie słyszał Zatańczyć z Widmowym Jakiem od czasu, gdy padło Adelshar; w jego głowie natomiast wciąż rozbrzmiewały żywe dźwięki buntowniczej pieśni, intonowanej wzdłuż szeregów, kiedy to Złote Lwy podejmowały swoją ostatnią nieudaną szarżę przeciwko otaczającej ich armii Artura Hawkwinga. Przynajmniej nie śpiewał w Dawnej Mowie. Nawet w połowie nie był tak pijany, na jakiego wyglądał, jednak tych czarek oosquai było rzeczywiście za dużo. To świństwo wyglądało i smakowało niczym brązowa woda, ale uderzało do głowy jak kopnięcie muła.

„Moiraine może mnie jeszcze zapakować na wóz i odesłać do Wieży, jeśli nie będę bardziej ostrożny. Choć tym sposobem mógłbym się znaleźć dalej od Randa”.

Być może jednak był bardziej pijany, niż mu się wydawało, skoro uznał to za uczciwy układ. Zmienił repertuar na Druciarza w kuchni.

Druciarz w kuchni roboty miał nie lada. Pani na górze błękity swe wkłada. Frunie w dół po schodach, biodrem kołysze dzielnie, Druciarzu, ach Druciarzu, napraw mi patelnię.

Niektórzy ludzie Kadere przyłączyli się do pieśni, kiedy tanecznym krokiem wracał na poprzednie miejsce. Aielowie. milczeli; mężczyźni śpiewali tylko wówczas, gdy ruszali w bój albo lamentowali po poległych w walce, natomiast Panny śpiewały tylko w swoim towarzystwie.

Na murze przycupnęli dwaj Aielowie; gdyby nie odrobinę zaszklone oczy, nie zdradzaliby żadnych oznak działania oosquai. Chętnie by wrócił tam, gdzie jasny kolor oczu stanowi rzadkość; dorastał, nie widząc innych oczu niźli piwne lub czarne, wyłączając oczywiście Randa.

Na szerokich kamieniach bruku leżało kilka kawałków drewna — stoczone przez robaki nogi i poręcze krzesła — tam nie było gapiów. Obok balustrady fontanny walał się pusty garniec emaliowany na czerwono, nieco dalej stał jeszcze jeden, w tym jednak było jeszcze trochę oosquai, obok spoczywał srebrny kubek. Gra polegała na tym, że najpierw wychylało się kubek, a potem trafiało nożem do podrzuconego w powietrze celu. Żaden z ludzi Kadere i niewielu tylko Aielów odważyłoby się zagrać z nim w kości — wygrywał zdecydowanie za często — a w karty nikt tu grać nie potrafił. Rzucanie nożem miało niby wprowadzić jakąś odmianę, zwłaszcza jeśli piło się przy tym oosquai. Nie wygrywał równie często jak w kości, ale w basenie spoczywało już z pół tuzina zdobnych złotych kubków, dwa dzbany, bransolety i naszyjniki wysadzane rubinami, kamieniami księżycowymi i szafirami, a oprócz nich garść monet. Jego kapelusz z płaskim denkiem oraz dziwna włócznia o czarnym drzewcu leżały obok wygranych. Niektóre wygrał od Aielów. Chętniej płacili łupami niźli dźwięczącą monetą.

Kiedy nagle przestał śpiewać, Corman, jeden z Aielów siedzących na balustradzie, spojrzał w jego stronę. Biała blizna przecinali mu nos.

— Rzucasz nożem niemal tak dobrze jak kośćmi, Matrimie Cauthon. Czy na tym skończymy? Zaczyna już brakować światła.

— Światła jest jeszcze dużo. — Mat zerknął na niebo; blade cienie pokrywały już prawie całą dolinę Rhuidean, ale niebo było jeszcze na tyle jasne, że wszystko odcinało się wyraźnie na jego tle. — W takich warunkach mogłaby rzucać nawet moja babka. Ja potrafiłbym z zamkniętymi oczyma.

Jenric, drogi z Aielów, potoczył wzrokiem po obserwatorach.

— Czy są tu jakieś kobity? — Był zbudowany niczym niedźwiedź i uważał się za niezwykle bystrego. — Mężczyzna mówi tak tylko wtedy, gdy w pobliżu są kobiety, na których chce wywrzeć wrażenie.

Rozproszone wśród tłumu Panny śmiały się równie głośno jak pozostali, być może nawet głośniej.

— Myślisz, że nie potrafię? — wymruczał Mat, zrywając z szyi czarną szarfę, którą nosił od czasu, gdy został powieszony. — Krzyknij tylko “już”, kiedy rzucisz, Corman.

Pośpiesznie zawiązał szarfę wokół głowy tak, że zasłoniła mu oczy, i wyciągnął z rękawa jeden ze swoich noży. W ciszy, która go nagle otoczyła, najgłośniejszym dźwiękiem były oddechy widzów.

„Trzeźwy? Jestem tak trzeźwy, jak smyczek od skrzypiec”.

I nagle poczuł swoje szczęście, poczuł jego napływ tak samo, jak wtedy, gdy wiedział dokładnie, jakie oczka pokażą kości, mimo iż jeszcze nie przestały się toczyć. Miał nawet wrażenie, że dzięki niemu rozjaśniło mu się trochę w głowie.

— Rzucaj — mruknął spokojnie.

— Już — zawołał Corman i ramię Mata odskoczyło najpierw w tył, a potem do przodu.

W absolutnej ciszy głuchy odgłos stali uderzającej w drewno zabrzmiał równie głośno, jak następujący wkrótce po nim stukot przedmiotu, który upadł na bruk.

Nikt nie powiedział ani słowa, dopóki nie zsunął szarfy na szyję. Kawałek poręczy krzesła, nie większy niż jego dłoń, leżał w samym centrum wolnej przestrzeni, ostrze trafiło prosto w środek. Wyglądało na to, że Corman postarał się, by on miał jak najmniejsze szanse. Cóż, wcale nie określił, jaki ma być cel. Zdał sobie nagle sprawę, że nawet nie ustalił stawki.

Wreszcie jeden z ludzi Kadere wykrzyknął:

— Szczęście Czarnego, nie ma co!

— Szczęście to koń, którego można dosiąść jak każdego innego — powiedział do siebie Mat. Niezależnie od tego, skąd się brało. Co wcale nie znaczyło, że wiedział, skąd on bierze swoje szczęście; on tylko próbował je dosiadać najlepiej, jak potrafił.

Mimo iż powiedział to prawie szeptem, Jenric usłyszał i marszcząc brwi, zapytał:

— Powtórz, coś ty powiedział, Matrimie Cauthon?

Mat już otworzył usta, aby powtórzyć, i natychmiast zamknął je na powrót, przypomniawszy sobie wypowiedziane słowa. Sene sovya caba’donde ain dovienya. Dawna Mowa.

— Nic — wymamrotał. — Mówiłem tylko do siebie.

Gapie zaczynali się powoli rozchodzić.

— Światła jest już chyba za mało, by ciągnąć dalej tę zabawę.

Corman oparł stopę na kawałku drewna, wyswobodził ostrze i wręczył nóż Matowi.

— Może innym razem, Matrimie. Cauthon, innego dnia.

W taki sposób Aielowie mówili „nigdy”, kiedy nie chcieli powiedzieć tego wprost.

Mat pokiwał głową, wsuwając ostrze do jednej z pochew w rękawie; tak samo było tamtego dnia, gdy wyrzucił sześć szóstek dwadzieścia trzy razy z rzędu. Nie miał właściwie powodu, by ich obwiniać. Nie tylko o szczęście tu chodziło. Zauważył z delikatnym ukłuciem zazdrości, że żaden z Aielów nie zachwiał się nawet nieznacznie, gdy dołączali do odchodzących.

Mat przeczesał dłonią włosy i usiadł ciężko na balustradzie. Wspomnienia, kiedyś rozproszone w jego głowie niczym rodzynki w cieście, obecnie zlały się z jego własnymi. Częścią swego umysłu wiedział doskonale, że urodził się w Dwu Rzekach dwadzieścia lat temu, ale równocześnie pamiętał wyraźnie, jak prowadzi oskrzydlający atak, dzięki któremu odparto trolloki pod Maighande, tańczy na dworze Taramandewin i setki innych rzeczy, tysiące. Głównie bitwy. Pamiętał, jak umierał więcej razy, niźli wolałby pamiętać. Nie było już żadnych szwów czy przerw między żywotami; nie potrafił odróżnić własnych wspomnień, jeśli się dobrze nie zastanowił.

Nałożył kapelusz z szerokim rondem na głowę, dziwną włócznię położył na kolanach. Zamiast zwyczajnym ostrzem była zakończona czymś, co wyglądało jak dwustopowa klinga miecza, oznaczona parą kruków. Lan powiedział, że włócznię tę wykonano za pomocą Jedynej Mocy podczas Wojny z Cieniem, czyli Wojny o Moc; Strażnik twierdził, iż nigdy nie potrzebuje ostrzenia i że nigdy się nie złamie. Mat stwierdził, że nie uwierzy w te zapewnienia, chyba że go zmuszą. Mogła sobie przetrwać trzy tysiące lat, ale on i tak niewielkim zaufaniem obdarzał Moc. Wzdłuż czarnego drzewca biegł pochyły napis w Dawnej Mowie, z obu stron zamknięty sylwetką kruka, wypełniony jakimś metalem ciemniejszym od drewna. Oczywiście potrafił go bez trudu odczytać.