Выбрать главу

Para zaczynała już rzednąć; na krótki moment objęła saidara i przeniosła Ogień, żeby podgrzać wodę. Amys i Bair zapewne umyłyby się w zimnej, nawet jeśli zazwyczaj korzystały z kąpieli parowych.

„Przecież ja nie jestem taka zahartowana jak one. Nie wychowałam się w Pustkowiu. Nie muszę chyba zamarzać na śmierć i myć się w zimnej wodzie, jeśli nie mam na to ochoty”.

Namydliła szmatkę kostką lawendowego mydła, które kupiła od Hadnana Kadere, nadal przepełniona poczuciem winy. Mądre wcale nie żądały, by postępowała inaczej, ale i tak miała wrażenie, że oszukuje.

Uwolniwszy Prawdziwe Źródło, westchnęła z żalem. Dygotała z zimna i jednocześnie śmiała się cicho ze swej głupoty. To cudowne uczucie, które towarzyszyło napływowi Mocy do jej wnętrza, zdumiewającemu potokowi życia i świadomości, było już samo w sobie niebezpieczne. Im więcej saidara się czerpało, tym bardziej się tego pragnęło; brak samodyscypliny mógł ostatecznie sprawić, że ilość przenoszonej Mocy przekraczała możliwości danej osoby, która w wyniku tego albo umierała, albo sama się ujarzmiała. I doprawdy nie było w tym nic śmiesznego.

„To jeden z twoich największych błędów — skarciła się w duchu. — Powinnaś się umyć w zimnej wodzie; to cię nauczy dyscypliny wewnętrznej”.

Tylko że tyle było rzeczy, których należało się nauczyć; czasami miała wrażenie, że życia nie starczy. Jej nauczycielki, zarówno Mądre, jak i Aes Sedai w Wieży, były zawsze takie ostrożne; trudno się było powstrzymać, skoro wszak wiedziała, iż pod wieloma względami prześcignęła je już dawno.

„One nawet nie mają pojęcia, ile potrafię”.

Znienacka owiał ją silny strumień lodowatego powietrza, który jednocześnie rozdmuchał kłęby dymu z ogniska po całym wnętrzu namiotu, a jakiś kobiecy głos powiedział:

— Wybacz, proszę...

Egwene aż podskoczyła i mimo woli pisnęła przeraźliwie, zanim udało jej się wyszczękać:

— Opuść klapę! — Objęła ramionami swe drżące ciało. — Wejdź do środka i opuść wreszcie klapę!

Tyle starań, żeby się ogrzać, a teraz znowu od stóp do głów pokryła ją gęsia skórka!

Odziana w białą szatę kobieta wczołgała się do namiotu na czworakach i opuściła klapę. Miała spuszczone oczy, dłonie bojaźliwie złożone; gdyby Egwene ją uderzyła, zamiast tylko na nią nakrzyczeć, zachowywałaby się tak samo.

— Wybacz, proszę — powiedziała cicho — przysłała mnie Mądra Amys; mam cię przyprowadzić do namiotu-łaźni. Egwene jęknęła głośno, żałując, że nie może wleźć do ogniska.

„Oby Bair sczezła w Światłości, a wraz z nią jej upór!”

Gdyby nie siwowłosa Mądra, mogłyby mieszkać w komnatach miasta, nie zaś w namiotach na jego skraju.

„Mogłabym mieć izbę z przyzwoitym kominkiem. I drzwiami”.

Gotowa była się założyć, że Rand nie musiał tolerować ludzi, którzy nachodzili go, kiedy tylko chcieli.

„Ten cholerny Smok, Rand al’Thor, tylko pstryknie, a Panny zaraz skaczą dookoła niego jak dziewki służebne. Założę się, że znalazły dla niego jakieś łóżko zamiast tego nędznego legowiska na ziemi”.

Była przekonana, że każdego wieczoru zażywa ciepłej kąpieli.

„Na pewno Panny co wieczór targają wiadra pełne gorącej wody do jego izby. Założę się, że znalazły nawet odpowiednią, miedzianą wannę”.

Amys, a nawet Melaine były skłonne wysłuchać sugestii Egwene, ale gdy wtrąciła się Bair, ustąpiły niczym gai’shain. Egwene przypuszczała, że w obliczu tych wszystkich zmian, które wprowadził Rand, Bair pragnęła zachować jak najwięcej dawnych obyczajów, osobiście jednak wolałaby, żeby swą nieugiętość zachowała względem zupełnie innych rzeczy.

Odmowa nie wchodziła w rachubę. Obiecała Mądrym zapomnieć, że jest Aes Sedai — przyszło to łatwo, skoro tak naprawdę wcale nią nie była — i że będzie robić dokładnie to, co jej każą. A to było już znacznie trudniejsze; dostatecznie długo przebywała poza Wieżą, by na powrót stać się panią samej siebie. Amys jednak powiedziała jej stanowczo, iż chodzenie po snach jest niebezpieczne nawet wtedy, jeśli się wie, co należy robić, zagrożenia zaś potęgują się niemalże niewyobrażalnie, gdy tej wiedzy się jeszcze nie posiadło. Jeśli nie okaże się posłuszna w świecie jawy, nie uwierzą, że będzie im posłuszna we śnie i nie będą mogły przyjąć na siebie odpowiedzialności za jej los. Dlatego razem z Aviendhą wykonywała codzienne posługi, przyjmowała kary z takim wdziękiem, na jaki ją było stać, i skakała, kiedy Amys i Melaine kazały jej udawać żabę. Poniekąd. Żadna z nich nie widziała na oczy żaby.

„Pewnie chcą tylko, żeby im podać herbatę”.

Nie, tego wieczora przypadała kolej na Aviendhę.

Przez jakąś chwilę zastanawiała się, czy nie wdziać pończoch, ale ostatecznie zdecydowała się włożyć buty. Mocne buty, stosowne na Pustkowie; z jedwabnymi kamaszami, które nosiła w Łzie, musiała się raczej rozstać.

— Jak się nazywasz? — spytała, starając się być towarzyska.

— Cowinde — padła posłuszna odpowiedź.

Egwene westchnęła. Próbowała nawiązywać przyjazne stosunki z gai’shain, ale oni na to zupełnie nie reagowali. Nie miała w życiu okazji, by przywyknąć do posiadania służby, choć oczywiście gai’shain nie byli tak do końca służącymi.

— Byłaś Panną?

Szybki. zapalczywy błysk ciemnoniebieskich oczu kobiety powiedział jej, że zgadła, szybko jednak ich spojrzenie na powrca utkwiła w ziemi.

— Jestem gai’shain. Co było przedtem i będzie potem, nie jest teraz, a tylko to się liczy.

— Z jakiego szczepu i klanu jesteś? — Normalnie nie należało o to pytać, nawet gai’shain.

— Służę Mądrej Melaine ze szczepu Jhirad, z Goshied Aiel.

Egwene, zastanawiająca się właśnie, który z dwóch kaftanów wybrać, ten z brązowej wełny czy pikowany z niebieskiego jedwabiu, który kupiła od Kadere — kupiec wyprzedał wszystko, co miał na swoich wazach, żeby zrobić miejsce dla znalezisk Moiraine, i to po wyjątkowo okazyjnych cenach — znieruchomiała, aby spojrzeć z ukosa na kobietę. To nie była właściwa odpowiedź. Słyszała, że niektórych gai’shain ogarniała swego rodzaju apatia; gdy upływał ich podyktowany obyczajem rok i jeden dzień, jakby po prostu nie chcieli zdjąć szaty.

— Kiedy się kończy twój czas? — spytała.

Cowinde pochyliła się jeszcze niżej, objąwszy rękoma kolana. niemalże zwinęła się w kłębek.

— Jestem gai’shain.

— Ale kiedy będziesz mogła wrócić do swego szczepu, siedziby?

— Jestem gai’shain — ochryple oznajmiła kobieta, mówiąc jakby do dywaników, które znajdowały się tuż przed jej twarzą. — Ukarz mnie, jeśli ta odpowiedź wywołuje twe niezadowolenie, ale innej ci podać nie mogę.

— Nie bądź głupia — skarciła ją Egwene. — I wyprostuj się. Nie jesteś ropuchą.

Kobieta w białej szacie natychmiast usłuchała i usiadła na piętach, potulnie czekając na następny rozkaz. Tamten krótki, odważny wybuch równie dobrze mógłby w ogóle nie nastąpić.

Egwene zrobiła głęboki wdech. Ta kobieta poddała się apatii. Postąpiła głupio, ale Egwene nie mogła niczego w tej sprawie zmienić. A zresztą, powinna już pójść do namiotu-łaźni, nie zaś rozmawiać z Cowinde.

Zawahała się, przypomniawszy sobie zimny przeciąg. Tamten lodowaty podmuch sprawił, że dwa wielkie białe kwiaty ułożone w płytkiej misie stuliły płatki. Tak kwitła roślina zwana segade, której grube, bezlistne i skórzaste pędy całe jeżyły się od kolców. Tego ranka napotkała Aviendhę, która trzymała te kwiaty w dłoniach i przypatrywała się im; dziewczyna wzdrygnęła się na widok Egwene, po czym wepchnęła jej kwiaty w ręce, twierdząc, że właśnie dla niej je zerwała. Podejrzewała, iż Aviendha miała w sobie jeszcze dużo z Panny, skoro nie chciała się przyznać, że lubi kwiaty. Po zastanowieniu przypomniała sobie jednak, że widywała tę niegdysiejszą Far Dareis Mai z kwiatami wplecionymi we włosy tudzież przypiętymi do kaftana.