Wielkimi krokami doszedł do centralnego punktu komnaty, do mozaiki przedstawiającej starożytny symbol Aes Sedai o średnicy dziesięciu stóp. Właściwe miejsce. „Pod tym znakiem zwycięży”. To właśnie głosiło o nim Proroctwo Rhuidean. Stanął z rozkraczonymi nogami na krętej linii dzielącej znak, jedną stopą na czarnej łzie, którą nazywano teraz Smoczym Kłem i która symbolizowała zło, drugą na białej, zwanej obecnie Płomieniem Tar Valon. Niektórzy twierdzili, że symbolizuje Światłość. Stosowne miejsce na przyjęcie ataku, w pół drogi między Światłością i ciemnością.
Cuchnąca woń stawała się coraz silniejsza, powietrze wypełnił zapach spalonej siarki. Nagle pod ścianami komnaty zaczęło coś biec, coś co odrywało się od schodów, podobne do cieni rzucanych przez księżyc. Powoli przybrało postać trzech psów wielkich jak kuce, ciemniejszych od nocy. Ze srebrzyście lśniącymi ślepiami otoczyły go czujnym kręgiem. Dzięki przepełniającej go Mocy, słyszał bicie ich serc, podobne do basowego dudnienia werbli. Nie słyszał natomiast ich oddechu; może po prostu nie oddychały.
Przeniósł Moc i w jego dłoniach pojawił się miecz, którego lekko zakrzywione ostrze ze znakiem czapli wykute było z ognia. Spodziewał się Myrddraala albo czegoś jeszcze gorszego niż Bezoki, ale ten miecz powinien wystarczyć na psy, nawet jeśli były Pomiotem Cienia. Ten, kto je przysłał, nie znał go. Lan twierdził, iż prawie już zasłużył na tytuł mistrza ostrza, a mimo to szczędził mu pochwał, by nie myślał, że jego umiejętności naprawdę osiągnęły ten poziom.
Przeraźliwie warcząc, psy pognały ku niemu z trzech stron, szybciej niźli galopujące konie.
Nie poruszył się, dopóki omal nie zwaliły się na niego; wtedy uskoczył płynnie, jakby tańczył, stając się jednym z mieczem. W mgnieniu oka forma zwana Wietrznym Wirem na Górze przeszła w Wicher Który Omiata Mur, a następnie w Rozkładanie Wachlarza. Wielkie czarne łby odpadły z impetem od czarnych cielsk; odbijały się od posadzki, nadal obnażając ociekające wilgocią zęby, podobne do wypolerowanej stali. Zeskoczył z mozaiki w momencie, gdy ciemne kształty zwaliły się, tworząc drżącą, krwawą stertę cielsk.
Śmiejąc się w duchu, pozwolił, by miecz zniknął, ale wciąż jeszcze nie wypuszczał saidina, rwącego potoku Mocy, słodyczy i skazy. Po zewnętrznej skorupie Pustki sunęła pogarda. Psy. Pomiot Cienia, niewątpliwie, jednak... Śmiech zamarł mu na ustach.
Martwe ciała i łby psów zaczęły powoli się topić, a potem rozpływać pod postacią kałuż płynnego cienia, który drżał nieznacznie, jakby żył. Znienacka mniejsze kałuże krwi popłynęły lepkimi strumieniami ku większym, te zaś wytryskiwały z posadzki w górę, coraz wyżej i wyżej, aż wreszcie znowu stały przed nim trzy ogromne, czarne psy; siadały na tężejących zadach, śliniąc się i obnażając kły.
Nie wiedział, skąd wzięło się to zdziwienie, przytępione, poza Pustką. Psy, owszem, a jednak Pomiot Cienia. Ci, którzy je przysłali, nie byli aż tak beztroscy, jak myślał. Mimo to wciąż jeszcze go nie znali.
Zamiast ponownie dobyć miecza, przeniósł Moc w sposób, który zapamiętał z odległej przeszłości. Ogromne psy wyjąc, skoczyły i nagle z jego dłoni wytrysnął gruby strumień białego światła niczym stopiona stal, niczym płynny ogień. Omiótł nim sprężone w skoku stwory; na moment przemieniły się jakby w gorejące, dziwaczne cienie samych siebie, a potem ich ciała rozsypały się w roziskrzone pyłki, malejąc coraz bardziej, by po chwili zniknąć zupełnie.
Z ponurym uśmiechem zlikwidował swój twór, który, jak miał wrażenie, nadal płonie w postaci pręgi purpurowego światła.
Na płytkach posadzki leżały szczątki roztrzaskanej kolumny. Od innych kolumn poodpadały równo ucięte płaty marmuru. Przez całą szerokość ściany za plecami Randa biegła na wylot szczelina.
— Czy któryś z nich cię ugryzł albo chlapnął na ciebie krwią?
Na dźwięk głosu Moiraine błyskawicznie odwrócił się. na pięcie; pochłonięty tym; co zrobił, nie słyszał, jak wchodziła po schodach. Stała teraz, ściskając spódnice w garści, wpatrzona w niego bacznie, z twarzą ukrytą w cieniu. Potrafiła wszystko wyczuwać tak samo jak on, ale żeby dotrzeć tutaj tak szybko, musiała biec.
— Panny cię przepuściły? Czyżbyś stała się Far Dareis Mai, Moiraine?
— One nadały mi niektóre przywileje Mądrych — wyjaśniła zniecierpliwiona, gwałtownie wyrzucając słowa. — Powiedziałam strażom, że muszę z tobą pilnie porozmawiać. Odpowiedz mi, natychmiast! Czy Psy Czarnego pogryzły cię albo ochlapały swą krwią? Czy padła na ciebie kropla ich śliny?
— Nie — odparł po namyśle. Psy Czarnego. Wiedział o nich niewiele z dawnych opowieści, którymi zwykło się straszyć dzieci na ziemiach położonych na południu. Niektórzy dorośli też wierzyli w ich istnienie.
— Czemu się tak przejmujesz, czy mnie pogryzły? Mogłabyś Uzdrowić taką ranę. Czy to oznacza, że Czarny jest na wolności? — Nawet strach wydawał się czymś odległym, kiedy otaczała go Pustka.
W opowieściach, które kiedyś poznał, Psy Czarnego uganiały się po nocach, z samym Czarnym jako łowczym; nie zostawiały śladów łap w najbardziej miękkim gruncie, tylko na kamieniach, i nie zatrzymywały się, dopóki nie pokonało się ich w watce albo nie odgrodziło od nich strumieniem wody. Powiadano, że rozstaje dróg są miejscem, w którym spotkanie z nimi jest szczególnie niebezpiecznie, podobnie jak godziny bezpośrednio po zachodzie słońca albo poprzedzające ,jego wschód. Nasłuchał się zbyt wiele starodawnych opowieści, by uwierzyć, że również w tej coś może być prawdą.
— Nie, nie tak, Rand. — Wyraźnie odzyskiwała panowanie nad sobą; w jej głosie znowu odezwały się srebrne dzwoneczki, spokój i chłód. — To tylko jeszcze jedna odmiana Pomiotu Cienia, coś, co nigdy nie powinno było powstać. Ale ich ugryzienie oznacza śmierć równie niechybnie jak sztylet zatopiony w sercu, i nie sądzę, bym dała radę Uzdrowić taką ranę. Ich krew i ślina zawierają truciznę. Kropla na skórze potrafi zabić, powoli, na samym końcu sprawiając wielki ból. Masz szczęście, że pojawiły się tylko trzy Psy Czarnego. Chyba że zdążyłeś zabić więcej., zanim przyszłam? Ich stada są zazwyczaj większe, liczą od dziesięciu do dwunastu sztuk; tak przynajmniej podają te szczątkowe informacje pozostałe po Wojnie z Cieniem.
Większe stada. Nie był w Rhuidean jedynym celem jednego z Przeklętych...
— Będziemy musieli porozmawiać o tym, czego użyłeś, żeby je pozabijać — zaczęła Moiraine, ale on biegł już najszybciej, jak potrafił, ignorując ,jej pytania.
Po schodach w dół, przez kilka kondygnacji, przez pociemniałe korytarze, gdzie zaspane Panny, obudzone tupotem jego butów, spozierały na niego skonsternowane, wyglądając z oświetlonych księżycową poświatą izb. Przez frontowe drzwi, do miejsca, gdzie w towarzystwie dwóch kobiet stał na straży niezmordowany Lan, w swym mieniącym się płaszczu narzuconym na ramiona, który sprawiał, że Strażnik zdawał się stapiać po części z nocnym mrokiem.
— Gdzie jest Moiraine? — krzyknął, kiedy Rand przemknął obok niego, ale ten nie. odpowiedział i już zbiegał po stopniach, pokonując po dwa przy każdym skoku.
Zanim dotarł do budynku, którego szukał, w połowie zaleczona rana w boku zaczęła promieniować bólem; pogrążony w Pustce ledwie zdawał sobie z tego sprawę. Budynek stał na samym skraju Rhuidean, daleko od placu i daleko od obozowiska, które razem z Mądrymi dzieliła Moiraine, rozbitego najdalej, jak się dało, a jednak wciąż w obrębie granic miasta. Górne piętra runęły, tworząc stertę rumoszu, który zalegał ocalałe dwie najniższe kondygnacje. Nie poddając się ciału, które przeszyte bólem usiłowało się zgiąć w pół, wparował do środka.