Выбрать главу

Wielki przedsionek, wokół którego biegł kamienny balkon, był niegdyś wysoki; obecnie stał się jeszcze wyższy, otwarty na nocne niebo, z jasną posadzką, zasłaną gruzem pochodzącym z zawalonej, górnej części budowli. W cieniach balkonu siedziały na zadach trzy Psy Czarnego, drapały pazurami i kłami okryte spiżową blachą drzwi, które drżały pod ich naporem. W powietrzu zastygł aż nadto silny zapach palonej siarki.

Przypomniawszy sobie, co stało się wcześniej, uskoczył w bok, przenosząc jednocześnie Moc i sprawiając, że pręga płynnego, białego ognia ominęła drzwi, kiedy niszczyła psy. Starał się, by tym razem była mniejsza, ograniczona do minimum, niemniej jednak w grubym murze w przeciwległym końcu komnaty powstała ocieniona wyrwa. Nie na wylot, jak mu się zdawało — trudno to było określić w świetle księżyca — tak czy inaczej powinien był nauczyć się posługiwać tą bronią bardziej precyzyjnie.

Spiżowa okrywa drzwi była pogięta i porozdzierana, jakby zęby i pazury psów ze Sfory Cienia były rzeczywiście ze stali; przez otwory przesączało się światło lamp. W kamieniach posadzki odznaczyły się ślady łap, zadziwiająco nieliczne. Uwolniwszy saidina, poszukał miejsca, gdzie nie porozdzierałby dłoni na strzępy i załomotał. Ból w boku stał się nagle bardzo realny i obecny; zrobił głęboki wdech i usiłował go odepchnąć.

— Mat? To ja, Rand! Otwórz, Mat!

Po jakimś czasie drzwi uchyliły się odrobinę, wypuszczając strumień światła; w szczelinie pojawiła się niepewna twarz Mata, po czym przyjaciel otworzył drzwi szerzej, opierając się o nie, jakby właśnie przebiegł dziesięć mil z workiem kamieni na plecach. Z wyjątkiem srebrnego medalionu przypominającego lisią głowę, z okiem w kształcie starożytnego symbolu Aes Sedai, na które padał dziwaczny cień, Mat był całkiem nagi. Biorąc pod uwagę ta, co Mat czul do Aes Sedai, Rand dziwił się, że nie sprzedał jeszcze tego przedmiotu. W głębi izby stała wysoka, złotowłosa kobieta, która spokojnie otulała się kocem. Jakaś Panna, sądząc po włóczniach i skórzanej tarczy leżącej u jej stóp.

Rand pośpiesznie odwrócił wzrok i chrząknął.

— Chciałem się tylko upewnić, czy nic się wam nie stało. — Nic nam nie jest. — Mat rozejrzał się niespokojnie po przedsionku. — Już nic. Zabiłeś to, czy jak? Nie chcę wiedzieć, co to było. skora już znikło. Człowiekowi, który jest twoim przyjacielem, bywa niekiedy cholernie trudno.

Nie tylko przyjacielem. Jeszcze jednym ta’veren i być maże kluczem da zwycięstwa w Tarmon Gai’don; każdy, kto miał powód, by napadać na Randa, miał również powód, by napadać na Mata. Mat jednak zawsze usiłował zaprzeczać obu tym rzeczom.

— Już ich nie ma, Mat. To były Psy Czarnego. Trzy.

— Powiedziałem ci, że nie chcę nic na ten temat wiedzieć — jęknął Mat. — Teraz jeszcze Psy Czarnego. Nie powiem, by przy tobie można było narzekać na brak atrakcji. Człowiek się nie zanudzi, aż do śmierci. Gdybym akurat nie wstał, żeby napić się wina, kiedy drzwi zaczęły się otwierać... — Zawiesił głos; dygotał lekko i drapał plamę czerwieni na prawej ręce, przypatrując się równocześnie zniszczonej metalowej osłonie. — Wiesz, ta zabawne, jakie figle potrafi ci spłatać własny umysł. Zanim dostawiłem wszystko, co się dało, żeby zabarykadować te drzwi, przysiągłbym, że jeden z nich wygryzł w nich dziurę na wylot. Widziałem jogo przeklęty łeb. I zęby. Nie przejął się nawet na widok włóczni Melindhry.

Przybycie Moiraine było tym razem jeszcze bardziej spektakularne; Aes Sedai wpadła z podkasanymi spódnicami, dysząc ciężko i ziejąc gniewem. Lan deptał jej po piętach z mieczem w dłoni i posępną twarzą, a tuż za nimi na ulicę wylała się gromada Far Dareis Mai. Niektóre Panny nie miały na sobie nic poza bielizną, każda jednak trzymała w pogotowiu włócznię, ich głowy owijały shoufy, czarne zasłony kryły wszystka prócz oczu, w których czaiła się gotowość do zabijania. Wydawało się, że przynajmniej Moiraine i Lanowi ulżyło, gdy zobaczyli go rozmawiającego spokojnie z Matem, przy czym Aes Sedai wyraźnie miała zamiar powiedzieć mu kilka ostrych słów. Z powodu zasłon trudno było orzec, o czym myślą pozostałe kobiety.

Mat czknął głośno, szybko wycofał się w głąb izby i zaczął pośpiesznie wciągać spodnie, usiłując przy tym drapać się po ręce. Złotowłosa Panna obserwowała to z szerokim uśmiechem, który lada chwila mógł się przerodzić w otwarty wybuch radości.

— Co ci się stało w rękę? — spytał Rand.

— Powiedziałem ci, że umysł płata zabawne figle — odparł Mat, nadal próbując jednocześnie się drapać i ubierać. — Kiedy mi się wydało, iż ten stwór przegryzł się przez drzwi, odniosłem wrażenie, że oślinił mi rękę, a teraz mnie tak cholernie swędzi, jakby się paliła. To miejsce. wygląda na poparzone.

Rand otworzył usta, ale Moiraine już przepchnęła się obok niego. Zapatrzony na nią Mat, który właśnie gwałtownym ruchem próbował podciągnąć spodnie do końca, przewrócił się, ona zaś uklękła obok niego, ignorując protesty, i objęła dłońmi jego głowę. Rand był już kiedyś Uzdrawiany i widział, jak to się robi, ale zamiast tego, czego się spodziewał, Mat tylko zadygotał i wskazał na medalion, tak że zawisł na skórzanym rzemyku z jego ręki.

— Ta cholerna rzecz nagle stała się zimna jak lód -mruknął. — Co ty robisz, Moiraine? Jak chcesz coś zrobić, to Uzdrów to cholerne swędzenie; czuję je teraz w całej ręce. — Jego prawa ręka była zaczerwieniona od nadgarstka do ramienia i wyglądała na spuchniętą.

Moiraine spojrzała na niego ze zdumieniem, jakie Rand rzadko kiedy widywał na jej twarzy. A może nawet nigdy.

— Zrobię to — powiedziała powoli. — Zdejmij medalion, skoro jest zimny.

Mat wykrzywił się do niej, a w końcu zdjął medalion przez głowę i położył go obok siebie. Ponownie ujęła jego głowę, a wtedy krzyknął, jakby zanurkował nią w Lód; nogi mu zesztywniały, a plecy wygięły się w łuk; oczy patrzyły w pustkę, wytrzeszczone do granic możliwości. Kiedy Moiraine odjęła ręce, zwiotczał, łapczywie chwytając powietrze. Zaczerwienienie i opuchlizna zniknęły. Trzykrotnie próbował, zanim udało mu się wreszcie coś wykrztusić.

— Krew i popioły! Czy tak musi, do cholery, być za każdym, psiakrew, razem? To było tylko przeklęte swędzenie!

— Uważaj, jak się wyrażasz w mojej obecności — ostrzegła go Moiraine, wstając — bo inaczej odszukam Nynaeve i powierzę ciebie jej pieczy. — Nie wkładała jednak serca w te słowa; równie dobrze mogła to mówić przez sen. Usiłowała nie patrzeć na głowę lisa, kiedy Mat zakładał ją z powrotem na szyję. — Przyda ci się odpoczynek — powiedziała nieobecnym głosem. — Zostań do jutra w łóżku, jeśli masz ochotę.

Owinięta kocem Panna — Melindhra? — uklękła obok Mata i położyła mu dłonie na ramionach, popatrując na Moiraine ponad jego głową.

— Dopilnuję, by postąpił, jak każesz, Aes Sedai. — Ni stąd, ni zowąd uśmiechnęła się szeroko i zmierzwiła mu włosy. — On jest teraz moim małym psotnikiem.

Sądząc po przerażonej minie, Mat gromadził już siły, by rzucić się do ucieczki.

Do Randa dotarło, że słyszy za swoimi plecami ciche śmiechy. Panny, z shoufami i zasłonami opuszczonymi już na ramiona, zbiły się w gromadkę i zaglądały teraz z ciekawością do izby.