Na jej policzkach wystąpiły ciemniejsze plamy. Oczywiście. Nie miał zauważyć, o co jej chodzi. Zakłopotanie kłębiło się poza granicami Pustki. A może ona sądziła...? Isendre? Lanfear wiedziała, że Isendre jest Sprzymierzeńcem Ciemności. To właśnie Lanfear sprowadziła Kadere i tę kobietę do Pustkowia. I podrzuciła większość tej biżuterii, o której kradzież oskarżono Isendre; Lanfear była okrutna nawet w błahych sprawach. A mimo to uważała, że on może. ją kochać; że Isendre była Sprzymierzeńcem Ciemności nie stanowiło w jej mniemaniu żadnej przeszkody.
— Powinienem był pozwolić im ją wypędzić, żeby spróbowała szczęścia, starając się dotrzeć do Muru Smoka — powiedział niedbałym tonem — ale kto wie, co mogła im powiedzieć, aby się ratować? Muszę do pewnego stopnia bronić jej i Kadere, żeby chronić Asmodeana.
Rumieniec zblakł, ale gdy znowu chciała otworzyć usta, rozległo się pukanie do drzwi. Rand poderwał się na równe nogi. Nikt nie rozpoznałby Lanfear, ale gdyby odkryto jakąś kobietę w jego izbie, kobietę, której wejścia nie zauważyła żadna z Panien, zadawano by pytania, a on nie umiałby na nie odpowiedzieć.
Lanfear zdążyła jednak otworzyć już bramę wiodącą do jakiegoś miejsca pełnego białych jedwabi i srebra.
— Pamiętaj, że ja jestem twoją jedyną nadzieją na przetrwanie, najdroższy. — Nie nazywa się nikogo najdroższym takim chłodnym głosem. — U mego boku nie musisz się niczego bać. U mego boku będziesz mógł władać wszystkim, co istnieje albo istnieć będzie.
Uniosła swe śnieżnobiałe spódnice i przeszła na drugą stronę. Przejście zamigotało i zniknęło.
Pukanie rozległo się ponownie i zanim jeszcze zdążył odepchnąć saidina, drzwi się otworzyły.
Enaila popatrzyła na niego podejrzliwie, mrucząc:
— Myślałam, że może Isendre... — Obdarzyła go oskarżycielskim spojrzeniem. — Siostry-włóczni wszędzie cię szukają. Żadna nie widziała, jak wracałeś. — Wyprostowała się, kręcąc głową; zawsze starała się wyglądać na tak wysoką, jak to tylko było możliwe. — Wodzowie przybywają na rozmowę z Car’a’carnem - oznajmiła ceremonialnie. — Czekają na dole.
Ponieważ byli mężczyznami, czekali w otoczonym kolumnami portyku. Niebo było nadal ciemne, ale pierwsze błyski świtu obramowały już góry na wschodzie. Nie pokazali na swych ukrytych w cieniu twarzach, czy zirytowały ich dwie Panny zagradzające im drogę do wysokich drzwi.
— Shaido ruszają — warknął Han, ledwie Rand się pojawił. — A także Reyn, Miagoma, Shiande... wszystkie klany! — Zamierzają przyłączyć się do Couladina czy do mnie? — spytał Rand.
— Shaido idą w stronę przełęczy Jangai — wyjaśnił Rhuarc. — Jeszcze za wcześnie, by o innych coś orzec. Maszerują jednak z każdą włócznią, niepotrzebną do obrony ich siedzib albo stad.
Rand tylko skinął głową. Tyle determinacji, by nikt mu nie dyktował, co ma robić, a teraz to. Niezależnie od tego, co zamierzały inne klany, Couladin opracował plan przeprawy do Cairhien. To oznaczało koniec jego wielkich planów zaprowadzenia pokoju; kiedy Shaido będą plądrowali Cairhien, on nie może siedzieć w Rhuidean i czekać na pozostałe klany.
— W takim razie my też ruszamy do Jangai — powiedział w końcu.
— Nie dogonimy go, jeśli ma zamiar przekroczyć przełęcz — ostrzegł go Erim. A Han dodał cierpkim tonem:
— Jeśli przyłączyli się do niego inni, to jesteśmy unieruchomieni niczym padalce na słońcu.
— Nie będę tu siedział i czekał na wieści — powiedział Rand. — Mam zamiar wkroczyć do Cairhien tuż za Couladinem, skoro nie mogę go dogonić. W górę włócznie. Postarajcie się, abyśmy mogli wyruszyć wraz z pierwszym brzaskiem.
Wodzowie pożegnali go tym dziwacznym ukłonem, który Aielowie stosowali tylko podczas najbardziej formalnych sytuacji, z jedną stopą wystawioną do przodu i wyciągniętą ręką, a potem wyszli. Tylko Han powiedział cokolwiek.
— Do samego Shayol Ghul.
7
Wymarsz
Pośród szarzyzny wczesnego poranka, mocno ziewając, Egwene wskoczyła na grzbiet swej klaczy o sierści barwy mgły, i zaraz musiała mądrze pokierować wodzami, by uspokoić brykające zwierzę, które od wielu tygodni nie miało na sobie jeźdźca. Aielowie, którzy woleli własne nogi, niemal całkowicie unikali jazdy konnej, aczkolwiek wysługiwali się jucznymi końmi i mułami. Nawet gdyby na Pustkowiu znajdowało się pod dostatkiem drewna na budowę wozów, to i tak jego powierzchnia nie nadawała się dla kół, o czym przekonał się w smutnych okolicznościach niejeden handlarz.
Nie cieszyła się z podróży na zachód. Słońce kryło się jeszcze za górami, kiedy jednak wypełznie na otwarte niebo, upał będzie się wzmagał z każdą godziną, a nie będzie już namiotu, do którego można by zanurkować i poczekać do zapadnięcia zmroku. Nie była poza tym pewna, czy ubranie, które dostała od Aielów, nadaje się do konnej jazdy. Szal narzucony na głowę zawsze zaskakująco dobrze chronił przed słońcem, ale w tych baniastych spódnicach będzie odsłaniała nogę do uda, jeśli nie będzie uważać. Równie mocno jak nakazami skromności przejmowała się pęcherzami.
„Z jednej strony słońce, a...”
Miesiąc bez siodła nie powinien wszak zmiękczyć jej aż do tego stopnia. Liczyła na to, w przeciwnym razie bowiem podróż mogła się okazać bardzo długa.
Kiedy już uspokoiła Mgłę, zauważyła, że Amys patrzy na nią, więc wymieniła z Mądrą uśmiech. Całe tamto bieganie po nocy nie było powodem jej niewyspania; dzięki niemu spała nawet głębiej. Tej nocy znalazła sny Amys; podczas święta piły we śnie herbatę, w Siedzibie Zimnych Skał, wczesnym wieczorem, kiedy to dzieci bawiły się wśród tarasowatych pól, a przyjemny wiatr owiewał dolinę przy zachodzącym słońcu.
Oczywiście. mogło to w znacznym stopniu skraść jej czas przeznaczony na odpoczynek, ale po opuszczeniu snów Amys była taka podniecona, że nie mogła się powstrzymać; nie mogła, nie wtedy, niezależnie od tego, co jej przykazała Amys. Zewsząd otaczały ją sny, aczkolwiek nie. miała pojęcia, do kogo należy większość. Większość, ale nie wszystkie. Melaine śniła o niemowlęciu, które ssało jej pierś, a Bair o jednym ze swych zmarłych mężów; oboje byli w tym śnie młodzi i jasnowłosi. Bardzo się pilnowała, by nie wchodzić właśnie do nich; Mądre natychmiast zauważyłyby obecność intruza i Egwene poczuła dreszcz przeszywający ją na samą myśl o tym, co by jej zrobiły przed wypuszczeniem ze snów.
Wyzwanie stanowiły oczywiście sny Randa, wyzwanie, któremu nie mogła nie stawić czoła. Skoro teraz już potrafiła przeskakiwać ze snu do snu, to jak nie spróbować dokonać tego, co się nie powiodło Mądrym? A jednak próba wejścia do jego snów przypominała walenie głową o niewidzialny kamienny mur. Wiedziała, że po drugiej stronie tego muru znajdują się jego sny i była przekonana, iż znajdzie do nich drogę, ale tam nie było żadnego punktu zaczepienia. Mur z nicości. Był to problem, który zamierzała tak długo drążyć, aż wreszcie go rozwiąże. Była uparta niczym borsuk, kiedy’ już sobie coś wbiła do głowy.
Dookoła niej krzątali się gai’shain, zajęci pakowaniem dobytku Mądrych na grzbiety mułów. Niebawem już tylko Aiel albo ktoś równie wprawny w tropieniu śladów będzie w stanie orzec, że na tym spłachetku twardej gliny kiedykolwiek stały namioty. Krzątanina ogarnęła również zbocza okolicznych gór, sięgając nawet do miasta. Wprawdzie nie wszyscy mieli wziąć udział w wyprawie, ale jej uczestników liczono w tysiące. Aielowie tłoczyli się na ulicach, a przez całą długość wielkiego placu stała karawana wozów pana Kadere, obładowanych znaleziskami Moiraine. Na samym końcu szeregu stały trzy pomalowane na biało wozy do przewożenia wody, podobne do ogromnych beczek na kołach, z zaprzęgami liczącymi po dwadzieścia mułów. Wóz samego Kadere, na czele. kolumny, przypominał mały biały domek na kołach, ze schodkami z tyłu i metalowym kominem wystającym z płaskiego dachu. Gruby. obdarzony orlim nosem kupiec, ubrany tego dnia w jedwab koloru kości słoniowej, wykonał zamaszysty ukłon swym rażąco sfatygowanym kapeluszem, kiedy przejechała obok; szeroki uśmiech, którym błysnął w jej stronę, nie ogarnął skośnych oczu.