Выбрать главу

Wypatrzywszy Aviendhę, która stała na dolnym stopniu Dachu, powiodła Mgłę dookoła zbiorowiska otaczającego Randa. Przyjaciółka wpatrywała się w niego równie twardym wzrokiem jak Aes Sedai, ale za to z twarzą całkowicie pozbawioną wyrazu. Bez końca obracała bransoletkę z kości słoniowej, która zdobiła przegub jej dłoni, najwyraźniej nie zdając sobie z tego sprawy. Z jakiegoś powodu ta bransoletka była źródłem części kłopotów Aviendhy związanych z Randem. Egwene nic nie rozumiała; Aviendha nie chciała o tym rozmawiać, a nie mogła zapytać wprost kogoś innego. Sama dostała od niej bransoletkę z kości słoniowej w kształcie płomienia, na przypieczętowanie ich związku jako prawie-sióstr; ona w zamian dała jej srebrny naszyjnik, wykonany, jak twierdził pan Kadere, według wzoru Kandori zwanego „płatki śniegu”. Musiała poprosić Moiraine o odpowiednią kwotę, ale podarunek wydawał się stosowny dla kobiety, która w życiu nie widziała śniegu. Lub nigdy nie zobaczyłaby, gdyby nie wyjeżdżała z Pustkowia; szanse, że zdąży wrócić przed zimą, były niewielkie. Egwene była przekonana, iż ostatecznie rozwiąże tajemnicę bransoletki.

— Dobrze się czujesz? — spytała. Pochylając się z siodła o wysokim łęku, zadarła niechcący spódnice i odsłoniła nogi, ale ledwie to zauważyła, tak bowiem była zaniepokojona stanem przyjaciółki.

Gdy powtórzyła pytanie, Aviendha wzdrygnęła się i wbiła w nią wzrok, unosząc głowę.

— Jak ja się czuję? Jasne, że dobrze.

— Pozwól mi porozmawiać z Mądrymi, Aviendha. Na pewno je przekonam, że nie mogą tak zwyczajnie ci kazać, byś... — Nie mogła się zmusić, by to powiedzieć; nie tutaj, gdzie mógł ją usłyszeć ktoś z tłumu otaczającego Randa.

— Nadal się tym przejmujesz? — Aviendha poprawiła swój szary szal i nieznacznie pokręciła głową. — Wasze obyczaje wciąż nie przestają mnie zadziwiać. — Jej przeszywający wzrok ponownie powędrował w stronę Randa.

— Nie musisz się go obawiać.

— Ja się nie boję żadnego mężczyzny — żachnęła się jej rozmówczyni, z oczyma błyskającymi niebieskozielonym ogniem. — Nie chcę nieporozumień między nami, Egwene, ale nie powinnaś mówić takich rzeczy.

Egwene westchnęła. Przyjaciółka czy nie, Aviendha naprawdę była zdolna wytargać ją za uszy, gdyby ją dostatecznie obraziła. Poza tym wcale nie miała pewności, czy umiałaby się przyznać. Sen Aviendhy był tak bolesny, że nie dało się oglądać go zbyt długo. Naga, jedynie z ową bransoletką z kości słoniowej, która zdawała się jej tak ciążyć, jakby ważyła sto funtów, Aviendha biegła najszybciej, jak mogła po popękanej, gliniastej równinie. A za nią podążał Rand, większy dwa razy od ogira, na ogromnym Jeade’enie, powoli, lecz nieubłaganie ją doganiając.

Przyjaciółce, nie można powiedzieć prosto w twarz, że kłamie. Egwene lekko się zarumieniła. Zwłaszcza, gdy nie można zdradzić, skąd się to wie.

„Wytargałaby mnie wtedy za uszy. Już więcej tego nie zrobię. Już nie będę więcej buszowała po cudzych snach. A w każdym razie nie po snach Aviendhy”.

Nie wolno zakradać się na przeszpiegi da snów przyjaciółki. Nie były to, co prawda, takie prawdziwe przeszpiegi, ale...

Ludzie stłoczeni wokół Randa zaczynali się już rozchodzić. Zgrabnie wskoczył na siodło, Natael skwapliwie poszedł jego śladem. Jedna z handlarek, kobieta o szerokiej twarzy i włosach barwy ognia, obwieszona złotem, rżniętymi kamieniami i rzeźbioną kością słoniową, wartymi niewielką fortunę, ociągała się jednak.

— Car’a’carn, czy zamierzasz opuścić Ziemię Trzech Sfer na zawsze? Z tego, co mówiłeś, wynikało, jakbyś miał nigdy nie wrócić.

Słysząc to, pozostali zatrzymali się i odwrócili. W ślad za falą pomruków powtarzających pytanie szło milczenie.

Przez chwilę Rand również milczał, tocząc wzrokiem po zwróconych ku niemu twarzach. W końcu powiedział:

— Liczę, że wrócę, ale kto wie, co się zdarzy? Koło się obraca, jak chce. — Zawahał się, widząc wpatrzone w niego wszystkie oczy. — Ale pozostawię wam coś, abyście mnie zapamiętali — dodał, wsuwając dłoń do kieszeni.

Nieczynna fontanna obok Dachu ożyła nagle; z pysków morświnów stojących na ogonach trysnęła woda, z rąk wykutych z kamienia dwóch kobiet poleciał wodny pył. Znieruchomieli z oszołomienia Aielowie obserwowali wszystkie fontanny w Rhuidean, z których nagle zaczęła się lać strumieniami woda.

— Już dawno temu powinienem był to zrobić. — Rand mruknął to bez wątpienia do siebie, ale w tej ciszy Egwene słyszała go całkiem wyraźnie. Jedynym innym dźwiękiem był plusk setek fontann. Natael wzruszył ramionami, jakby nie spodziewał się niczego pośledniejszego.

Egwene gapiła się nie na fontanny, lecz na Randa. Mężczyzna, który potrafił przenosić.

„Rand. On nadal jest Randem, wbrew wszystkiemu”.

Niemniej jednak, za każdym razem, widząc, jak on to robi, uświadamiała sobie, że mógłby to w dowolnej chwili powtórzyć. Kiedy dorastała, uczono ją, że tylko Czarnego należy się bać bardziej od mężczyzny, który potrafi przenosić.

„Może Aviendha ma rację, że się go obawia”.

Kiedy jednak spojrzała na Aviendhę, zobaczyła, że jej twarz rozpromieniła się ze zdumienia; woda zachwyciła kobietę Aiel tak, jak ją mogłaby zachwycić najwspanialsza suknia z jedwabiu albo ogród pełen kwiatów.

— Czas ruszać — obwieścił Rand, kierując swego jabłkowitego wierzchowca na zachód. — Wszyscy, którzy nie są jeszcze gotowi, będą musieli nas dogonić.

Natael jechał tuż za nim na swym mule. Dlaczego Rand pozwala, by ten służalec trzymał się go tak blisko?

Wodzowie klanów zaczęli natychmiast wydawać rozkazy i rwetes spotęgował się po dziesięciokroć. Część Panien i Poszukiwacze Wody wysforowali się do przodu, jeszcze większa grupa Far Dareis Mai okrążyła Randa niczym honorowa straż, przypadkiem również otaczając Nataela. Aviendha szła obok Jeade’ena, tuż przy ostrodze Randa, z łatwością dotrzymując kroku ogierowi mimo obszernych spódnic.

Egwene zrównała się z Matem, jadącym tuż za Randem i jego eskortą. Zmarszczyła brwi. Jej przyjaciółka znowu przybrała wyraz zaciętej determinacji, jakby musiała włożyć rękę do jaskini pełnej węży.

„Muszę coś zrobić, żeby jej pomóc”.

Egwene nie rezygnowała z rozwiązania problemu, kiedy już się weń wgryzła.

Usadowiwszy się w siodle, Moiraine poklepała wygięty w łuk kark Aldieb, ale nie od razu ruszyła za Randem. Hadnan Kadere wyprowadzał swoje wozy na ulicę, sam powożąc tym, który jechał na czele. Powinna go była zmusić, by ten wóz również załadował, tak jak i inne; mężczyzna bał się jej na tyle, by usłuchać. Krzywa rama drzwi — ter’angreal - była przywiązana do pojazdu jadącego tuż za wozem Kadere, szczelnie opakowana w płótno, by nikt ponownie nie mógł do niej przypadkiem wpaść. Po obu stronach karawany szły długie szeregi Aielów Seia Donn, Czarne Oczy.

Kadere ukłonił się jej z siedzenia, unosząc kapelusz, lecz jej wzrok sunął właśnie wzdłuż szeregu wozów, aż do wielkiego placu otaczającego las smukłych, szklanych kolumn, iskrzących się w porannym świetle. Zabrałaby wszystko z tego placu, gdyby mogła, a nie tylko tę niewielką cząstkę, która pomieściła się na wozach. Niektóre przedmioty były za duże. Na przykład te trzy pierścienie z mętnego, szarego metalu, każdy o średnicy co najmniej dwóch kroków, stojące na krawędzi i połączone w środku. Wokół nich rozciągnięto sznur z plecionego rzemienia, by ostrzec wszystkich przed wchodzeniem tam bez zezwolenia Mądrych. Nikt zresztą się do tego nie palił. Jedynie wodzowie klanów i Mądre wchodzili na ten plac z jako takim spokojem; a tylko Mądre dotykały czegokolwiek i to z należytą ostrożnością.