Выбрать главу

Przez niezliczone lata drugi sprawdzian, z jakim musiała się zmierzyć kandydatka na Mądrą, polegał na wejściu w ten szereg połyskliwych, szklanych kolumn i zobaczeniu dokładnie tego samego, co widzieli mężczyźni. Z tej próby cało wychodziło więcej kobiet niż mężczyzn — Bair twierdziła, że to dlatego, że kobiety są twardsze; zdaniem Amys, te, które były za słabe, by przeżyć takie doświadczenie, odsiewano, zanim dotarły do tego punktu — ale to wcale nie było takie pewne. Te, które wychodziły z tej próby cało, nie miały piętna na ciele. Mądre twierdziły, iż tylko mężczyźni potrzebują widomych znaków; w przypadku kobiety wystarczało, że żyła.

Pierwszy sprawdzian, pierwszy odsiew, poprzedzający jakiekolwiek szkolenie, polegał na przekroczeniu jednego z tych trzech pierścieni. Nie miało znaczenia którego; a może to przeznaczenie kierowało tym wyborem. Taki krok przeprowadzał kobietę jakby przez cały szereg żywotów, przez ukazującą się jej przyszłość, przez wszystkie potencjalne przyszłości wynikłe z wszelkich decyzji, jakie mogła podjąć do końca życia. Śmierć też, mogła się w nich zdarzyć; niektóre kobiety nie potrafiły stawić czoła przyszłości, podobnie jak te, które nie umiały się uporać z przeszłością. Oczywiście umysł nie był w stanie spamiętać tych wszystkich możliwości. Większość mieszała się ze sobą i blakła, niemniej jednak kobieta poddana tej próbie zyskiwała jakieś pojęcie o tym, co się jej zdarzy w życiu; o tym, co musiało albo mogło się jej zdarzyć. Ale zazwyczaj nawet to pozostawało dla niej ukryte, dopóki nie nadchodził właściwy moment. Też nie zawsze. Moiraine przeszła przez te pierścienie.

„Łyżka nadziei i filiżanka rozpaczy” — pomyślała.

— Nie podobasz mi się taka — powiedział Lan. Wysoki, na grzbiecie potężnego Mandarba, patrzył na nią z góry, z grymasem niepokoju, który wyrył mu bruzdy w kącikach ust. W jego przypadku to było tyle samo, co u innego mężczyzny łzy desperacji.

Obok ich koni sunęli Aielowie oraz gai’shain z jucznymi mułami. Moiraine była zaskoczona, widząc, że wozy Kadere z wodą już przejechały; nie zauważyła ich, bo tak długo patrzyła na plac.

— Jaka? — spytała, zawracając klacz, by przyłączyć się do pochodu. Rand i jego eskorta już wyjechali z miasta.

— Zmartwiona — rzekł bez ogródek. — Przestraszona. Nigdy cię nie widziałem przestraszonej, nawet wtedy, gdy otaczało nas mrowie trolloków i Myrddraali, nawet wtedy, kiedy się dowiedziałaś, że Przeklęci wydostali się na wolność i że Sammael siedzi nam niemalże na karku. Czy nadchodzi koniec?

Wzdrygnęła się i natychmiast tego pożałowała. Patrzył wprost przed siebie, ponad łbem swego wierzchowca, ale temu człowiekowi nigdy nie zdarzało się niczego przeoczyć. Czasami miała wrażenie, że zauważy liść opadający z drzewa za jego plecami.

— Mówisz o Tarmon Gai’don? Najmniejszy gil w Seleisin wie o tym równie dobrze jak ja. Będzie, jak Światłość da, dopóki jeszcze nie wszystkie pieczęcie zostały złamane. — Te dwie, które znalazła, znajdowały się w jednym z wozów Kadere, każda zapakowana w oddzielnej beczułce wysłanej wełną. Na innym wozie niż ten z futryną; dopilnowała tego.

— A o czym innym miałbym mówić? — spytał powoli, nadal na nią nie patrząc i sprawiając, że pożałowała, iż nie ugryzła się w język. — Stałaś się... niecierpliwa. Pamiętam czasy, kiedy potrafiłaś całymi tygodniami czekać na strzępek informacji, na jedno słowo, nawet nie kiwnąwszy palcem, a teraz... — W tym momencie popatrzył na nią, spojrzenie jego niebieskich oczu onieśmieliłoby zaś większość kobiet. A zapewne również i mężczyzn. — Ta przysięga, którą złożyłaś chłopcu, Moiraine. Co cię, na Światłość, opętało?

— On się coraz bardziej oddala ode mnie, Lan, a ja muszę być blisko niego. On potrzebuje wszelkich wskazówek, jakich jestem mu w stanie udzielić, i zrobię wszystko, prócz dzielenia z nim łoża, aby je dostał.

W pierścieniach dowiedziała się, że byłaby to katastrofa. Nie brała wprawdzie tego pod uwagę — sam pomysł wciąż ją jeszcze szokował! — a jednak pierścienie mówiły o czymś, co miała lub mogła rozważyć w przyszłości. Bez wątpienia odkryła się w nich miara jej narastającej desperacji, ale wizje pierścieni przekonały ją w każdym razie definitywnie, że równałoby się to zniszczeniu wszystkiego. Żałowała, że już nie pamięta, jak to się może stać — we wszystkim, czego się dowiadywała na temat Randa al’Thora, można było znaleźć klucz do jego osoby — a tymczasem w jej pamięci pozostał jedynie prosty fakt klęski.

— Może sprawi, że bardziej spokorniejesz, jeśli ci powie, że masz mu przynosić kamasze i zapalać fajkę?

Zagapiła się na niego. To jakiś żart? Jeśli tak, to raczej mało zabawny. Nigdy nie uważała, by uniżoność przysłużyła się w jakiejkolwiek sytuacji. Siuan twierdziła, że dorastanie w Pałacu Słońca w Cairhien głęboko zakorzeniło arogancję w kościach Moiraine, tam, gdzie nawet jej nie dostrzegała — i czego stanowczo się wypierała — ale mimo iż Siuan była córką prostego rybaka, dorównywała królowym w walce na spojrzenia i w jej mniemaniu arogancja oznaczała sprzeciw wobec jej własnych planów.

Lan zmieniał się, skoro pozwalał sobie na żarty, nawet jeśli były kiepskie i przewrotne. Towarzyszył jej od blisko dwudziestu lat i ratował życie więcej razy, niż chciało jej się liczyć, często ryzykując własnym. Zawsze traktował swoje życie jako coś miało istotnego, podporządkowanego wyłącznie realizacji jej potrzeb; niektórzy twierdzili, że zaleca się do śmierci niczym oblubieniec do swej wybranki. Nigdy nie posiadła jego serca i nigdy nie czuła się zazdrosna o te kobiety, które padały do jego stóp. Długo twierdził, że nie ma serca. A jednak zeszłego roku okazało się, te jest inaczej, kiedy ta kobieta nanizała je na sznur i zawiesiła wokół szyi.

Oczywiście wypierał się. Nie swej miłości do Nynaeve al’Meara, byłej Wiedzącej z Dwu Rzek, a obecnie Przyjętej z Białej Wieży, lecz tego, że może ją kiedykolwiek mieć. Twierdził, iż posiada tylko dwie rzeczy: miecz, który się nie złamie i wojnę, która się nigdy nie skończy i że nigdy nie ofiaruje ich swej oblubienicy. O to przynajmniej Moiraine zadbała, aczkolwiek on nie miał się o tym nigdy dowiedzieć, dopóki się nie stanie. Gdyby się dowiedział, zapewne starałby się wszystko zmienić; bywał niekiedy takim upartym głupcem.

— A twoja pokora wyraźnie zwiędła w tej jałowej krainie, al’Lanie Mandragoran. Powinnam znaleźć jakąś wodę, żeby ją podlać i sprawić, by znów rozkwitła.

— Moja uniżoność jest ostra jak brzytwa — odparł sucho. — Nigdy nie pozwoliłaś jej stępieć. — Zmoczył białą szarfę wodą ze swej skórzanej butli i podał jej wilgotną tkaninę. Bez komentarza zawiązała ją sobie na skroniach. Za nimi, naci górami zaczynało już wschodzić słońce, płonąca kula ze stopionego złota.

Szeroka kolumna pełzła po nagim zboczu Chaendaer niczym wąż, którego ogon był wciąż jeszcze w Rhuidean, a łeb już dotarł do szczytu i sunął teraz ku górzystym równinom, nakrapianym skalnymi iglicami i płasko zwieńczonymi nawisami. Powietrze było tak czyste, że Moiraine widziała wszystko na przestrzeni wielu mil, nawet kiedy już zeszli z Chaendaer. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, wznosiły się ogromne, naturalne łuki, a poszarpane wierzchołki gór drapały’ niebo. Ziemię skąpo urozmaiconą niskimi, kolczastymi krzewami i pozbawionymi liści roślinami przecinały suche wąwozy i doliny. Rzadkie drzewa; powykręcane i skarłowaciałe, miały zarówno kolce. jak i ciernie. A dzięki słońcu to wszystka przypominało wnętrze pieca. Twarda kraina, która ukształtowała twardy naród. Ale Lan nie był jedynym, który się zmieniał, ewentualnie dawał zmieniać. Żałowała, że nie zobaczy, co Rand zrobi ostatecznie z Aielami. Przed wszystkimi była długa podróż.