Выбрать главу

Pospiesznie omiotła wzrokiem swoje towarzystwo. Elayne nie przestała być piękna. Nawet teraz, gdy już puściła Thoma i poprawiała węzeł przy zielonej wstążce przytrzymującej kapelusz, wyglądała raczej na osobę, która powinna się znajdować w królewskich komnatach, a nie na wozie kupieckim, ale na szczęście jej suknia, prócz tego, że była niebieska, nie różniła się niczym od sukni Nynaeve. Nie nosiła żadnej biżuterii; podarunki od Amathery nazwała “jarmarcznymi”. Uda się; od Tanchico udawało jej się już z pięćdziesiąt razy. Ledwie. Tylko że to było ich pierwsze spotkanie z Białymi Płaszczami. Thom, w mocnej, brązowej wełnie mógł być jednym z tych tysięcy powykrzywianych, siwowłosych mężczyzn, którzy pracowali przy wozach. Juilin zaś był po prostu Juilinem. Wiedział, jak się zachować, mimo tej miny mówiącej, że wolałby pewnie stąpać po ziemi z laską albo poszczerbionym łamaczem mieczy, które nosił u pasa, a nie siedzieć na końskim grzbiecie.

Thom zmusił konie do zjechania na pobocze drogi i zatrzymał się, kiedy od czoła kolumny oderwało się kilku Białych Płaszczy. Nynaeve zdobyła się na powitalny uśmiech. Miała nadzieję, że tamci nie uznają, iż potrzebny im jeszcze jeden wóz.

— Oby Światłość cię oświeciła, kapitanie — powiedziała do mężczyzny o pociągłej twarzy, który prawdopodobnie dowodził oddziałem, a który jako jedyny nie trzymał w ręku lancy ze stalowym czubkiem. Nie miała pojęcia, jaką rangę symbolizują dwa złote węzły na jego piersi, tuż pod promienistym słońcem, które co prawda było wyhaftowane na płaszczach wszystkich żołnierzy. ale z doświadczenia wiedziała, że każdy mężczyzna lubi pochlebstwa.

— Bardzo jesteśmy radzi, że was spotykamy. Kilka mil wstecz próbowali nas obrabować bandyci, ale jakimś cudem wybuchła burza piaskowa. Ledwie uciek...

— Jesteś kupcem? Od pewnego czasu niewielu kupców opuszcza Tanchico. — Głos mężczyzny był równie twardy jak jego twarz, a ta wyglądała tak, jakby cała radość wygotowała się z niego, zanim jeszcze opuścił kołyskę.. Ciemne, głęboko osadzone oczy przepełniało podejrzenie; Nynaeve nie wątpiła, że gości ono tam na stałe. — Dokąd się wybierasz i z czym?

— Wiozę barwniki, kapitanie.

Starała się nadal uśmiechać, wbrew wbitemu w nią srogiemu spojrzeniu nie mrugających oczu; poczuła niezmierną ulgę, gdy na krótką chwilę omiotło pozostałych. Thom znakomicie udawał, że jest znudzony niczym prawdziwy woźnica, któremu płaci się jednako za jazdę jak za postój, Juilin zaś, gdyby jeszcze zerwał z głowy ten idiotyczny kapelusz, co i tak kiedyś musi nastąpić, wyglądał przynajmniej na zainteresowanego tym wszystkim z gnuśnością typowego najemnego człowieka, który nie ma nic do ukrycia. Kiedy wzrok Białego Płaszcza padł na Elayne, Nynaeve poczuła, że tamta sztywnieje, więc pośpiesznie dodała:

— Taraboniańskie barwniki. Najlepsze na świecie. Dużo za nie dostanę w Andorze.

Na sygnał dany przez kapitana — czy kimkolwiek był — inny Biały Płaszcz podjechał na swym koniu do tyłu wozu. Przeciął sztyletem jeden ze sznurów i gwałtownym ruchem zerwał płócienną płachtę, odsłaniając trzy albo cztery faski.

— Jest na nich wypalony napis „Tanchico”, poruczniku. Na tej jest napisane „purpura”. Czy życzysz sobie, bym kilka otworzył?

Nynaeve miała nadzieję, że oficer Białych Płaszczy odczyta niepokój wymalowany na jej twarzy we właściwy sposób. Nie patrząc nawet na Elayne, czuła, iż tamta ma ochotę zrugać żołnierza za jego maniery, ale każdy prawdziwy kupiec martwiłby się, że jego barwniki zostaną wystawione na działanie powietrza.

— Jeśli zechcesz wskazać, które chciałbyś otworzyć, kapitanie, byłabym bardziej niż uszczęśliwiona, mogąc zrobić to sama.

Mężczyzna zupełnie nie zareagował ani na pochlebstwo, ani na obietnicę współpracy.

— Faski zostały uszczelnione, by nie dostał się do nich kurz albo woda. Rozbitego wieka nie da się ponownie zalać woskiem.

Pozostała cześć kolumny dotarła już do nich i teraz ich mijała. wzniecając tumany pyłu; wozami powozili zgrzebnie ubrani, nijacy mężczyźni, natomiast żołnierze jechali sztywno wyprostowani, z długimi stalowymi lancami pochylonymi pod identycznym kątem. Mimo spoconych twarzy i kurzu na płaszczach wyglądali na twardych wojaków. Tylko woźnice zerknęli na Nynaeve i pozostałych.

Porucznik starł kurz z twarzy dłonią odzianą w rękawicę, po czym gestem nakazał drugiemu Białemu Płaszczowi ponownie podejść do tyłu wozu. Nawet na moment nie spuścił oka z Nynaeve.

— Pochodzisz z Tanchico?

Nynaeve — wcielenie współpracy i otwartości — skinęła głową.

— Tak, kapitanie. Z Tanchico.

— Jakie masz wieści z miasta? Krążą różne pogłoski.

— Pogłoski, kapitanie? Kiedy wyjeżdżaliśmy, mało tam było porządku. W mieście pełno uchodźców, a na wsi rebelianci i bandyci. Handel już prawie nie istnieje. — To była sama prawda. — Dlatego dobrze mi zapłacą za te barwniki. Moim zdaniem, taraboniańskie barwniki będą długo nieosiągalne.

— Nie obchodzą mnie uchodźcy, handel albo barwniki, kupcze — powiedział obojętnym tonem oficer. — Czy Andric zasiada jeszcze na tronie?

— Tak, kapitanie. — A więc zgodnie z tymi pogłoskami ktoś przejął władzę w Tanchico i zdetronizował króla; być może tak rzeczywiście było. Ale kto — jeden z rebelianckich lordów, którzy walczyli ze sobą równie zażarcie, jak z Andrikiem czy ktoś z Zaprzysięgłych Smokowi, jeden z tych, którzy opowiedzieli się za nim, nie widząc go nawet na oczy? — Kiedy wyjeżdżaliśmy, królem nadal był Andric, Panarch zaś Amathera.

Jego wzrok mówił, że podejrzewa kłamstwo.

— Powiadają, że w tę sprawę zamieszane były wiedźmy z Tar Valon. Czy widziałaś jakąś Aes Sedai, albo czy może o nich słyszałaś?

— Nie, kapitanie — odparła prędko. Pierścień z Wielkim Wężem wydawał się parzyć jej skórę. Pięćdziesięciu Białych Płaszczy, tuż obok niej. Tym razem burza piaskowa nie pomoże, a zresztą, mimo iż próbowała się tego zapierać, była bardziej przestraszona niż zła. — Prości kupcy nie mieszają się do takich spraw. — Gdy przytaknął, odważyła się zadać pytanie. Cokolwiek, byle tylko zmienić temat. — Kapitanie, zechciej nam powiedzieć, czy wjechaliśmy już do Amadicii?

— Granica jest w odległości pięciu mil na wschód — oznajmił. — Na razie. Pierwsza wieś, którą napotkacie, nosi nazwę Mardecin. Przestrzegajcie prawa, a nic się wam nie sranie. Jest tam garnizon Synów Światłości. — Powiedział to takim tonem, jakby garnizon miał poświęcić cały swój czas na pilnowanie, czy będą przestrzegali prawa.

— Czy przybyliście tu po to, by przesunąć granicę? — ni stąd, ni zowąd zapytała chłodnym głosem Elayne. Nynaeve mogłaby ją za to udusić.

Podejrzliwy wzrok głęboko osadzonych oczu przeniósł się na Elayne, Nynaeve powiedziała pośpiesznie:

— Wybacz jej, lordzie kapitanie. To córka mojej najstarszej siostry. Jej się wydaje, że powinna się była urodzić damą, a poza tym nie stroni od chłopców. Dlatego właśnie jej matka przysłała ją do mnie.

Prychnięcie Elayne, przepełnione oburzeniem, było doskonałe. I prawdopodobnie wcale nie udawane. Nynaeve podejrzewała, że tego o chłopcach nie musiała dodawać, ale zdawało się dobrze pasować.

Biały Płaszcz przypatrywał im się jeszcze przez chwilę, po czym rzekł:

— Lord Kapitan Komandor posyła żywność do Tarabonu. W przeciwnym razie taraboniańska zaraza dotarłaby do granicy i jęła kraść wszystko, co da się przeżuć. Podążajcie w Światłości — dodał jeszcze i dopiero wtedy zaciął konia do galopu, kierując go w stronę czoła kolumny. Nie była to ani sugestia, ani błogosławieństwo.

Po odjeździe oficera Thom ruszył natychmiast, ale wszyscy troje jechali w milczeniu, wyjąwszy okazjonalne pokasływania, dopóki się. mocno nie oddalili od ostatniego żołnierza i tumanu kurzu wzniecanego przez wozy tamtych.