Nynaeve zwilżyła gardło łykiem wody i podała butlę Elayne.
— O co ci chodziło? — spytała napastliwie. — Nie znajdujemy się w sali tronowej twojej matki, a zresztą ona też by tego nie pochwaliła!
Elayne najpierw opróżniła butlę, potem dopiero odpowiedziała.
— Ty się płaszczyłaś, Nynaeve. — Zaczęła piszczeć, udając służalczość — Jestem uczciwa i posłuszna, kapitanie. Czy mogę ucałować twoje buty, kapitanie?
— Mamy być kupcami, nie królowymi w przebraniu!
— Kupcy wcale nie muszą się podlizywać. Masz szczęście, że przez tę twoją służalczość nie pomyślał, iż coś ukrywamy!
— Kupcy nie zadzierają też nosa w obecności pięćdziesięciu Białych Płaszczy uzbrojonych w lance. A może myślałaś, że w razie potrzeby pokonamy ich Mocą?
— Dlaczego mu powiedziałaś, że ja nie stronię od chłopców? Nie musiałaś tego mówić, Nynaeve!
— Byłam mu gotowa powiedzieć cokolwiek, byle tylko odjechał i zostawił nas w spokoju! A ty...!
— Zamknijcie się obydwie — warknął nagle Thom — bo jeszcze zawrócą, by sprawdzić, która morduje którą!
Nynaeve nawet odwróciła się na drewnianej ławce, by popatrzeć za siebie, i dopiero wtedy uświadomiła sobie, że Białe Płaszcze są już zbyt daleko, by coś usłyszeć, nawet jeśli głośno krzyczały. Cóż, może i krzyczały. Nic nie pomogło, że Elayne też krzyczała.
Nynaeve mocno ścisnęła swój warkocz i popatrzyła groźnie na Thoma, natomiast Elayne przytuliła się do jego ramienia i zagruchała:
— Masz rację, Thom. Przepraszam, że podniosłam głos.
Juilin obserwował ich z ukosa, udając, iż wcale nie patrzy, ale miał dość rozsądku, by nie podjeżdżać bliżej i nie brać udziału w sprzeczce.
Nynaeve puściła warkocz, nim zdążyła go wyrwać z korzeniami, poprawiła kapelusz i zapatrzyła się w dal, ponad łbami koni. Nieważne, co opętało tę dziewczynę, najwyższy czas, by ją od tego uwolnić.
Jedynie wysokie, kamienne słupy po obu stronach drogi wyznaczały granicę między Tarabonem a Amadicią. Oprócz nich nikt tą drogą nie jechał. Wzgórza stopniowo stawały się coraz wyższe, ale poza tym krajobraz nie zmienił się, sama zbrązowiała trawa, zarośla i trochę zieleni na sosnach, drzewach skórzanych i innych roślinach wiecznie zielonych. Pola otoczone kamiennymi murami oraz farmerskie domostwa kryte strzechami nakrapiały wzgórza i doliny, wyglądając jednak na opuszczone. Z kominów nie unosił się dym, nikt nie zbierał plonów, ani śladu owiec lub krów. Niekiedy na podwórkach farm, nieopodal drogi, w ziemi grzebały kury, ale całkiem już musiały zdziczeć, bo umykały w popłochu, kiedy zbliżał się ich wóz. Garnizon Białych Płaszczy czy nie, najwyraźniej z powodu takiej bliskości granicy nikt nie chciał ryzykować spotkania z taraboniańskimi bandytami.
Kiedy Mardecin pojawił się na szczycie wzniesienia, słońce wciąż czekała jeszcze daleka droga do zenitu. Osada wyglądała na zbyt dużą, by zasługiwać na miano wioski; rozciągała się na przestrzeni prawie całej mili, po obu stronach strumienia płynącego między dwoma wzgórzami. Widać w niej było tyle samo dachów krytych dachówkami, co strzechą i znaczny ruch na szerokich ulicach.
— Musimy kupić jakieś zapasy — oświadczyła Nynaeve — ale zrobimy to tak szybko, jak się tylko da. Przed wieczorem możemy jeszcze pokonać szmat drogi.
— Padamy ze zmęczenia, Nynaeve — zauważył Thom. — Codziennie od świtu do zmierzchu, i tak już blisko miesiąc. Jeden dzień odpoczynku nie zrobi różnicy, zanim dotrzemy do Tar Valon. — Sądząc po jego głosie, wcale nie był zmęczony. Miał raczej ochotę zagrać na swej harfie albo flecie i naciągnąć kogoś, by postawił mu wino.
Juilin podjechał wreszcie do wozu i dodał:
— Ja bym chętnie spędził jeden dzień na własnych nogach. Już sam nie wiem, co jest gorsze, to siodło, czy siedzenie. wozu.
— Myślę, że powinniśmy poszukać jakiejś gospody — powiedziała Elayne, patrząc na Thoma. — Mam już dość sypiania pod tym wozem i chętnie bym posłuchała twoich opowieści w głównej izbie.
— Kupcy, którzy mają jeden wóz, nie są o wiele bogatsi od zwykłych handlarzy — powiedziała ostrym tonem Nynaeve. — Nie mogą sobie pozwolić na gospodę w takiej wsi.
Nie miała pojęcia, czy to jest prawda, ale mimo iż sama pragnęła kąpieli i czystej pościeli, nie zamierzała pozwolić, by ta dziewczyna kierowała swoje sugestie do Thoma. Dopiero wtedy, kiedy te słowa opuściły jej usta, zdała sobie sprawę, że Thom i Juilin ją przekonali.
„Jeden dzień nie zaszkodzi. Do Tar Valon jeszcze daleka droga”.
Żałowała, że jednak nie uparła się przy statku. Szybkim statku, raker Ludu Morza dotarłby do Łzy trzykrotnie szybciej, niźli zabrała im przeprawa przez Tarabon, gdyby wiatry im sprzyjały i gdyby miały dobrą Poszukiwaczkę Wiatrów; zresztą ona albo Elayne mogłyby same się tym w razie czego zająć. Tairenianie wiedzieli, że ona i Elayne są przyjaciółkami Randa i jej zdaniem, gdyby czegoś od nich zażądały, wstępne spociliby się ze strachu, że mogą urazić Smoka Odrodzonego; na pewno dostarczyliby powóz i eskortę potrzebne w podróży do Tar Valon.
— Znajdźcie jakieś miejsce, gdzie można rozbić obóz — powiedziała z niechęcią. Powinna się była uprzeć przy statku. Do tej pory byliby już w Wieży.
9
Sygnał
Nynaeve musiała przyznać, że Thom i Juilin wybrali dobre miejsce na obozowisko, w rzadkim zagajniku na wschodnim zboczu, pełnym martwych liści, w odległości niecałej mili od Mardecin. Od drogi i miasteczka osłaniały ich rozsiane w znacznych odstępach drzewa sorgumowe i jakaś odmiana niewysokich wierzb o obwisłych konarach, a ponadto ze skalnej odkrywki blisko szczytu wzniesienia wytryskiwał strumyk o szerokości dwóch stóp, spływający dwakroć szerszym korytem wyżłobionym w zaschniętym błocie. Dość wody dla ich potrzeb. Łagodny, życzliwy wiatr sprawiał, że pod drzewami było chłodniej.
Mężczyźni napoili konie i spętali je na zboczu, gdzie mogły się paść w niezbyt gęstej trawie, po czym rzucali monetą, by zdecydować, który uda się razem z wynędzniałym wałachem do Mardecin, żeby tam kupić to, co im było potrzebne. Rzucanie monetą stało się już dla nich rytuałem. Thom, którego zręczne palce nawykły do kuglarskich sztuczek, nigdy nie przegrywał, kiedy rzucał monetą, dlatego obecnie zawsze robił to Juilin.
Tym razem i tak wygrał Thom, i w trakcie gdy zdejmował siodło z grzbietu Leniucha, Nynaeve wsunęła głowę pod siedzenie wozu, by podważyć nożem jedną z desek. Oprócz dwóch małych, pozłacanych skrzynek zawierających biżuterię, podarunki od Amathery, w schowku leżało ponadto kilka skórzanych sakiewek wypchanych monetami. Panarch była bardziej niż hojna w swym pragnieniu ujrzenia ich pleców. W porównaniu z jej darami pozostałe przedmioty tam ukryte wyglądały na błahostki; niewielkie pudełko z ciemnego drewna, wypolerowane, lecz proste, bez żadnych rzeźbień, płaska, irchowa sakiewka, której kształt wskazywał, iż mieści jakiś krążek. W pudełku znajdowały się dwa ter’angreale, które odzyskały z rąk Czarnych Ajah, oba związane ze snami, sakiewka zaś... To była ich nagroda za Tanchico. Jedna z pieczęci z więzienia Czarnego.
Nie tylko pragnęła się dowiedzieć, gdzie będą teraz miały zgodnie z życzeniem Siuan Sanche ścigać Czarne Ajah, również ta pieczęć stanowiła powód, dla którego tak jej było spieszno dotrzeć do Tar Valon. W trakcie wyjmowania monet z wypchanych sakiewek bardzo się starała, by nie dotykać tej płaskiej; im dłużej pozostawała w jej posiadaniu, tym bardziej pragnęła ją oddać Amyrlin i nareszcie z tym skończyć. Czasami, kiedy znajdowała się blisko tego przedmiotu, odnosiła wrażenie, że czuje Czarnego, który usiłuje wydostać się na wolność.