Выбрать главу

„To już śmierdzące tchórzostwo — skarciła się w duchu. — Nie jesteś i nie będziesz tchórzem!”

Ale to wcale nie uspokoiło tego swędzenia między łopatkami, które występowało za każdym razem, gdy przychodziła jej na myśl Moghedien, jakby ta kobieta wpatrywała się w jej plecy.

— Zdaje się, że to ciągłe wyglądanie bandytów sprawiło, iż stałam się nerwowa — powiedziała zdawkowym tonem Elayne, poklepując twarz ręcznikiem. — Cóż, ostatnimi czasy, kiedy śnię, mam uczucie, że ktoś mnie obserwuje.

Nynaeve wzdrygnęła się, gdyż brzmiało to jak echo jej własnych myśli, ale patem dotarło do niej, że słowo „śnię” zostało wypowiedziane z nieznacznym naciskiem. Tu nie chodziło o jakieś tam sny, tylko o Tel’aran’rhiod. Kolejna rzecz, o której obaj mężczyźni nie mieli pojęcia. Ona miała takie samo wrażenie, ale przecież w Świecie Snów często się wyczuwało jakieś niewidzialne oczy. Mogło to być nieprzyjemne, lecz o tym wrażeniu już kiedyś dyskutowały.

Postarała się, żeby jej głos zabrzmiał beztrosko.

— Cóż, twoja matka nie występuje w naszych snach, Elayne, bo inaczej na pewno wytargałaby nas obie za uszy. — Moghedien zapewne torturowałaby je tak długo, aż zaczęłyby błagać o śmierć. Albo zorganizowałaby krąg złożony z trzynastu Czarnych sióstr i trzynastu Myrddraali; oni wszyscy mogliby cię nawrócić wbrew twojej woli na stronę Cienia, związać cię z Czarnym. Może Moghedien była władna zrobić to w pojedynkę...

„Nie bądź śmieszna, kobieto! Gdyby to mogła zrobić, to by to zrobiła. Pokonałaś ją, nie pamiętasz już?”

— Mam nadzieję, że nie — odparła posępnie przyjaciółka.

— Czy ty dasz mi wreszcie szansę umycia się? — spytała z irytacją Nynaeve. Tworzenie nieskrępowanej atmosfery to dobry pomysł, ale wolałaby mniej gadać o Moghedien. Przeklęci musieli być gdzieś daleko; nie pozwoliłaby im dotrzeć aż tutaj spokojnie, gdyby wiedziała, gdzie oni są.

„Światłości, spraw, żeby to była prawda!”

Elayne sama opróżniła i napełniła ponownie wiadro. Zazwyczaj była bardzo miłą dziewczyną, szczególnie kiedy pamiętała, że nie znajduje się w Pałacu Królewskim w Caemlyn. I kiedy nie robiła z siebie idiotki. Tym Nynaeve się zajmie po powrocie Thoma.

Kiedy Nynaeve doświadczyła już przyjemności powolnego, chłodzącego mycia twarzy i rąk, zajęła się przygotowywaniem obozowiska i posłała Juilina, by ten nałamał suchych gałęzi na ognisko. Do czasu, kiedy powrócił Thom z dwoma wiklinowymi koszami na grzbiecie wałacha, koce jej i Elayne były już rozesłane pod wozem, a koce obu mężczyzn pod zwisającymi gałęziami wierzb o wysokości dwudziestu stóp; mieli też spory stos drewna na ognisko, imbryk z herbatą chłodził się obok popiołów pozostałych po ognisku w kręgu oczyszczonym z liści, filiżanki zaś z grubej porcelany były już pozmywane. Juilin burczał coś pod nosem podczas nabierania w maleńkim strumyku wody, którą miał napełnić beczki. Nynaeve posłyszała to i była zadowolona, że ograniczył się do tych słabo słyszalnych pomruków. Ze swego miejsca na jednym z dyszli wozu Elayne ledwie starała się ukryć swe zainteresowanie tym, co on mówi. Obie z Nynaeve przebrały się za wozem w czyste suknie, jak się okazało o takich samych barwach.

Thom nałożył pęta na przednie nogi wałacha, po czym bez trudu ściągnął ciężkie kosze z jego grzbietu i zaczął je rozpakowywać.

— Mardecin nie prosperuje aż tak dobrze, jak to się wydaje z daleka. — Postawił na ziemi uplecioną ze sznurka torbę pełną drobnych jabłek i drugą z jakimś ciemnozielonym, liściastym warzywem. — Z powodu ustania handlu z Tarabon to miasteczko więdnie.

Wyglądało na to, że reszta to same worki z suszoną fasolą i rzepą, wołowiną przyprawianą papryką i solonymi szynkami. A także butlą z szarego fajansu zapieczętowaną woskiem, która, Nynaeve nie wątpiła, zawierała brandy; obaj mężczyźni narzekali, że nie mają kapki czegoś mocniejszego do wieczornej fajki.

— Nie zrobisz sześciu kroków, żeby nie napotkać kilku Białych Płaszczy. Garnizon liczy jakichś pięćdziesięciu żołnierzy, ich koszary znajdują się na wzgórzu za miastem, po drugiej stronie mostu. Garnizon był kiedyś znacznie większy, ale jak się zdaje, Pedron Niall ściąga Białe Płaszcze zewsząd do Amadoru. — Zamyślił się na chwilę, pocierając siwe wąsy. — Nie rozumiem, do czego on zmierza.

Thom nie był człowiekiem, któremu to mogło się spodobać; zazwyczaj wystarczało, że spędził kilka godzin w jakimś miejscu, a zaraz zaczynał się doszukiwać jakichś trendów łączących arystokratyczne i kupieckie Domy, aliansów, knowań i kontrspisków, które tworzyły tak zwaną Grę Domów.

— Wszystkie plotki mówią, że Niall próbuje położyć kres wojnie między Illian i Altarą albo może między Illian i Murandy. On nie ma powodów do gromadzenia wojsk. Ale powiem wam jedno. Niezależnie od tego, co mówił tamten porucznik, ta żywność posyłana do Tarabon jest kupowana a Podatku Królewskiego i ludzie. nie są tym zachwyceni. Nie są zachwyceni, że karmią Tarabonian.

— Król Ailron i Lord Kapitan Komandor to nie nasza sprawa — powiedziała Nynaeve, oglądając produkty, które im przyniósł. Trzy solone szynki! — Postaramy się przejechać przez Amadicię jak najszybciej, starając się nie rzucać w oczy. Może Elayne i ja będziemy miały więcej szczęścia w szukaniu jarzyn niż ty. Czy miałabyś ochotę na spacer, Elayne?

Elayne natychmiast wstała, wygładzając swe szare spódnice i biorąc kapelusz z wozu.

— To znakomity pomysł po tym całym siedzeniu w wozie. Byłoby inaczej, gdyby Thom i Juilin częściej odstępowali mi swoją kolejkę w jeździe na grzbiecie Leniucha.

Przynajmniej raz nie obdarzyła barda kokieteryjnym spojrzeniem, a to już było coś.

Thom i Juilin spojrzeli po sobie, po czym taireniański łowca złodziei wyciągnął monetę z kieszeni kaftana, ale Nynaeve nie dała mu szansy jej podrzucenia.

— Same damy sobie radę. Nie powinny nas spotkać żadne kłopoty, skoro tyle Białych Płaszczy pilnuje tu porządku. — Nasadziwszy kapelusz na głowę, zawiązała wstążkę pod brodą i obrzuciła ich stanowczym spojrzeniem. — A poza tym należy pochować te wszystkie rzeczy, które przyniósł Thom.

Obaj mężczyźni przytaknęli, powoli i niechętnie, ale przytaknęli. Czasami traktowali swe role rzekomych opiekunów o wiele poważniej.

Razem z Elayne dotarły do pustej drogi i szły jakiś czas jej skrajem, po rzadkiej trawie, żeby nie wzniecać pyłu, zanim obmyśliła, jak ująć to, co chciała powiedzieć. Nie zdążyła jednak przemówić, Elayne bowiem odezwała się pierwsza.

— Najwyraźniej chciałaś się ze mną rozmówić w cztery oczy, Nynaeve. Czy chodzi o Moghedien?

Nynaeve zamrugała i zerknęła na drugą kobietę z ukosa. Powinna była pamiętać, że Elayne nie jest idiotką. Ona się tylko zachowuje jak idiotka. Nynaeve postanowiła, że będzie z całej mocy trzymać swój temperament na wodzy; rozmowa i tak zanosiła się na trudną, jeśli nie miała się przerodzić w głośną kłótnię.

— Nie o to, Elayne. — Ta dziewczyna uważała, iż powinny polować również na Moghedien; wyraźnie nie umiała dostrzec różnicy między jedną z Przeklętych a, powiedzmy, Liandrin albo Chesmal. — Uważam, że powinnyśmy porozmawiać o tym, jak ty się zachowujesz wobec Thoma.