Ignorując Synów Światłości najlepiej, jak potrafiła, zajęła się szukaniem świeżych warzyw, nim jednak słońce. złota kula płonąca na wskroś rzadkich chmur, osiągnęło szczyt swej wędrówki, razem z Elayne przeszły w obie strony niski mostek i udało im się zdobyć jedynie niewielką kiść miodowych groszków, trochę drobnych rzodkiewek, kilka twardych gruszek oraz koszyk, w którym mogły to wszystko nieść. Być może Thom rzeczywiście szukał. O tej porze roku kopce i stragany powinny być pełne płodów lata, a tymczasem zobaczyły tylko stosy ziemniaków i rzepy, których najlepsze czasy już przeminęły. Rozmyślając o tych wszystkich opustoszałych farmach, które otaczały miasteczko, Nynaeve zastanawiała się, jak ci ludzie przeżyją zimę. Szła dalej przed siebie.
Obok drzwi krytego strzechą domu, w którym mieściła się pracownia szwaczki, ktoś zawiesił kwieciem w dół bukiet z jakiejś rośliny, przypominającej żarnowiec, z drobnymi, żółtymi kwiatkami; łodygi owinięto dokładnie białą wstążką, a następnie związano żółtą, pozostawiając długie, luźne końce. Być może jakaś kobieta próbowała, specjalnie się nie przykładając, wesoło przystroić dom wbrew ciężkim czasom. Nynaeve była jednak przekonana, że to coś innego.
Przystanęła przy jakimś pustym warsztacie, nad którego drzwiami wciąż jeszcze wisiał szyld z dłutem, i udając, że szuka kamienia w bucie, ukradkiem zbadała wnętrze pracowni szwaczki. Drzwi były otwarte, w niewielkich oknach stały bele kolorowych tkanin, ale nikt ani tam nie wchodził, ani stamtąd nie wychodził.
— Nie możesz go znaleźć, Nynaeve? Zdejmij but.
Nynaeve gwałtownie podniosła głowę; niemalże zapomniała, że Elayne tam jest. Nikt nie zwracał na nie uwagi i nikt nie stał dostatecznie blisko, by móc je podsłuchać. Mimo to zniżyła głos.
— Ta wiązka żarnowca na drzwiach. To znak Żółtych Ajah, sygnał ostrzegawczy od jakichś uszu i oczu Żółtych.
Nie musiała mówić Elayne, żeby się nie gapiła otwarcie; oczy dziewczyny niemalże niedostrzegalnie powędrowały w stronę sklepu.
— Jesteś pewna? — spytała cicho. — I skąd o tym wiesz?
— Jasne, że jestem pewna. To dokładnie to; nawet ten zwisający kawałek żółtej wstążki jest rozszczepiony. — Urwała dla zaczerpnięcia oddechu. O ile całkiem się nie pomyliła, to ten bukiecik gałązek miał jakieś straszliwe znaczenie. Jeśli się myliła, to robiła z siebie idiotkę, a tego nie cierpiała. — W Wieży spędziłam wiele czasu na rozmowach z Żółtymi. — Żółte zajmowały się głównie Uzdrawianiem; zioła ich specjalnie nie interesowały, ale przecież zioła nie są ci potrzebne, jeśli potrafisz Uzdrawiać, używając Mocy. — Jedna z nich mi o tym powiedziała. Nie uważała, iż to będzie wielkie naruszenie tajemnicy, ponieważ była przekonana, że ja wybiorę Żółte. Poza tym nie używano tego znaku od blisko trzystu lat. Elayne, bardzo mało kobiet w każdej z Ajah wie, kim są dokładnie ich oczy i uszy, ale wiązka tak związanych i tak powieszonych żółtych kwiatów mówi każdej Żółtej siostrze, że tu właśnie jest taka osoba i że ma wiadomość tak pilną, iż jest gotowa zaryzykować, że zostanie wykryta.
— Jak sprawdzimy, o co tu chodzi?
Nynaeve to się spodobało. Nie: „Co zrobimy?” Ta dziewczyna miała jednak kręgosłup.
— Rób to, co ja — powiedziała i wstała, silniej ściskając pałąk koszyka. Liczyła, że dobrze zapamiętała to wszystko, co jej powiedziała Shemerin. Liczyła, że Shemerin powiedziała jej wszystko. Ta pulchna Żółta bywała niekiedy zbyt roztrzepana jak na Aes Sedai.
Wnętrze pracowni nie było duże, każdy skrawek ściany zajmowały półki z belami jedwabiu albo cienkiej wełny, szpule tasiemek i lamówek, wstążki i koronki wszelkich szerokości i wzorów. Wszędzie stały manekiny krawieckie poubierane w stroje zarówno jeszcze nie skończone, jak i już uszyte, od nadającej się do tańca haftowanej zielonej wełny, do perłowoszarego jedwabiu, który pasował do wnętrz pałacowych. Z pozoru wydawało się, że warsztat prosperuje i jest ciągle czynny, ale bystre oko Nynaeve wychwyciło odrobinę kurzu na koronce z Solinde, na wielkiej czarnej kokardzie przy pasie jednej z sukien.
W warsztacie były dwie ciemnowłose kobiety. Jedna, młoda i szczupła, usiłowała ukradkiem wytrzeć nos grzbietem dłoni, z niepokojem przyciskała do łona belę bladoczerwonego jedwabiu. Kaskada długich loków spływała jej do ramion, według mody obowiązującej w Amadicii, ale wyglądało to jak plątanina w porównaniu z gładką fryzurą drugiej kobiety. Ta druga, przystojna, w średnim wieku, była z pewnością szwaczką, co obwieszczała wielka, zjeżona poduszeczka na igły, przymocowana do jej nadgarstka. Nosiła suknię z porządnej zielonej wełny, dobrze skrojoną i uszytą, na dowód jej umiejętności, ale tylko nieznacznie przyozdobioną białymi kwiatkami wokół wysokiego karczka, dzięki czemu nie mogła przewyższać strojnością swoich klientek.
Kiedy Nynaeve i Elayne weszły do środka, obie kobiety spojrzały na nie szeroko otwartymi oczyma, jakby do pracowni od roku nikt nie zaglądał. Szwaczka otrząsnęła się pierwsza, przyjrzała im się z podejrzliwą godnością, nieznacznie dygając.
— Czym mogę wam służyć? Jestem Ronde Macura. Moja pracownia jest da waszych usług.
— Chcę mieć suknię ze staniczkiem haftowanym w żółte róże — powiedziała jej Nynaeve. — Ale pamiętaj, żadnych cierni — dodała ze śmiechem. -Trudno je Uzdrowić. — Nie było takie ważne, co powie, pod warunkiem, że użyje słów „żółty” i „Uzdrowić”. Jeżeli ta wiązka kwiatów to nie był przypadek. W przeciwnym razie będzie musiała znaleźć powód, żeby nie kupować sukni z różami. I nie dopuścić, by Elayne opowiedziała o tym nieszczęsnym doświadczeniu Thomowi i Juilinowi.
Pani Macura wpatrywała się w nią przez chwilę ciemnymi oczyma, po czym zwróciła się do chudej dziewczyny, popychając ją w stronę tyłu pracowni.
— Idź do kuchni, Luci i przygotuj dzbanek herbaty dla tych dobrych pań. Z niebieskiej puszki. Woda jest gorąca, dzięki Światłości. No idźże. dziewczyno. Odłóż to i przestań się tak gapić. Szybko, szybko. Niebieska puszka, pamiętaj. To moja najlepsza herbata — powiedziała, zwracając się znowu do Nynaeve, kiedy dziewczyna zniknęła za drzwiami. — Widzicie, mieszkam przy pracowni, kuchnia jest z tyłu. — Nerwowo wygładzała suknie, kciukiem i palcem wskazującym prawej dłoni rysując koło oznaczające pierścień z Wielkim Wężem. Wyglądało na to, że jednak nie trzeba będzie szukać wymówek w związku z suknią.
Nynaeve powtórzyła znak i po jakiejś chwili zrobiła to również Elayne.
— Jestem Nynaeve, a to jest Elayne. Zauważyłyśmy twój sygnał.
Kobieta zatrzepotała, jakby zaraz miała odfrunąć.
— Sygnał? Ach, No tak. Oczywiście.
— I cóż? — spytała Nynaeve. — Cóż to za pilna wiadomość?
— Nie powinnyśmy rozmawiać o tym tutaj... hm... pani Nynaeve. W każdej chwili może ktoś tu wejść. — Nynaeve wątpiła w to. — Opowiem wam przy filiżance herbaty. Mojej najlepszej herbaty, czy już o tym wspomniałam?
Nynaeve wymieniła spojrzenia z Elayne. Jeśli pani Macura nie miała chęci wyjawić swych wieści, to musiały być istotnie okropne.
— Wystarczy, jeśli przejdziemy na tył pracowni — powiedziała Elayne — nikt nas tam nie usłyszy.
Szwaczka, słysząc jej władczy ton, wytrzeszczyła oczy. Przez chwilę Nynaeve myślała, że to jakoś ukróci jej zdenerwowanie, ale już w następnej chwili głupia kobieta znowu zaczęła trajkotać.