Выбрать главу

Nakazawszy szczupłej dziewczynie zostać z nimi, pani Macura ponownie wyszła z pomieszczenia. Tym razem wróciła z tacą, którą postawiła na kredensie. Na tacy stał żółty imbryk, jedna filiżanka, lejek i wysoka klepsydra.

— Uważaj teraz, Luci. Musisz każdej wlać do gardła dobre dwie uncje, gdy tylko klepsydra się opróżni. Pamiętaj, dokładnie w tej samej chwili!

— Dlaczego nie podać im zaraz, pani? — wyjęczała dziewczyna, załamując ręce. — Chcę, żeby już spały. Nie podoba mi się, kiedy tak na mnie patrzą.

— Wówczas będą spały jak zabite, dziewczyno, a tak możemy je zmusić, żeby wstały, kiedy będzie trzeba i poszły o własnych siłach. Zaaplikuję im odpowiednią dawkę, kiedy nadejdzie czas, by je odesłać. Będzie je potem bolała głowa i męczył żołądek, jednak przypuszczalnie i tak zasługują na coś gorszego.

— Ale co, jeśli one mogą przenosić, pani? Co, jeśli to zrobią? Patrzą na mnie.

— Przestań gadać bzdury, dziewczyno — żwawo odrzekła starsza. — Gdyby mogły przenosić, myślisz, że dotąd by tego nie zrobiły? Są bezbronne niczym kocięta w worku. I tak pozostanie do czasu, aż zaaplikujesz im następną przyzwoitą dawkę. A teraz masz zrobić, jak ci kazałam, rozumiesz? Muszę iść i powiedzieć staremu Avi, aby wysłał jednego ze swych gołębi, a potem załatwić parę spraw, ale wrócę tak szybko, jak tylko będę mogła. Na wszelki wypadek lepiej od razu sparz następny czajniczek widłokorzenia. Wyjdę tylnym wyjściem. Zamknij sklep. Ktoś niepowołany mógłby wejść do środka.

Po odejściu pani Macura Luci stała przez jakiś czas, przyglądając się im i wciąż rozpaczając, na koniec jednak sama również opuściła pomieszczenie. Odgłosy pociągania nosem cichły, kiedy schodziła po schodach.

Elayne mogła widzieć krople potu na czole Nynaeve; chciała wierzyć, że to wysiłek, nie zaś strach.

„Próbuj, Nynaeve”.

Sama również sięgnęła po Prawdziwe Źródło, desperacko próbując przedrzeć się przez zwały wełny, którymi zdawała się wypchana jej głowa; nie udało się, spróbowała ponownie, znowu się nie udało, i jeszcze raz...

„Och, Światłości, próbuj, Nynaeve! Próbuj!”

Nie mogła oderwać oczu od klepsydry, widok przesypującego się piasku całkowicie wypełniał jej pole widzenia. Ziarnko za ziarnkiem, każde z nich wyznaczało kolejną porażkę jej usiłowań. Spadło ostatnie. A Luci wciąż nie było. Elayne zdwoiła wysiłki dosięgnięcia Źródła, wykonania choćby najlżejszego ruchu. Po chwili palce lewej dłoni nieznacznie zadrżały.

„Tak!”

Minęło jeszcze kilka minut i mogła już unieść dłoń; jedynie o drżący cal ponad miejsce, gdzie dotąd bezwładnie spoczywała, ale poruszyła się. Dokładając ogromnych wysiłków, zdołała odwrócić głowę.

— Walcz — wymamrotała gardłowo, ledwie zrozumiale Nynaeve. Jej dłonie wciąż ściskały kurczowo brzeg koca, na którym leżała. Nie udało jej się nawet poruszyć głową, jednak widać było, że też próbowała.

— Robię to — usiłowała odpowiedzieć Elayne; w jej własnych uszach zabrzmiało to jak chrząknięcie.

Powoli udało jej się tak unieść dłoń, że mogła dostrzec i utrzymać ją w górze. Przeszył ją triumfalny dreszcz.

„Bój się nas dalej, Luci. Zostań jeszcze trochę w kuchni, a...”

Drzwi otwarły się z trzaskiem i poczuła, jak łzy zawodu napłynęły jej do oczu, gdy Luci wpadła niczym burza do środka. Była już tak blisko. Dziewczyna objęła je spojrzeniem i z jękiem przerażenia rzuciła się w stronę wysokiego kredensu.

Elayne próbowała stawiać opór, ale była tak słaba, że Luci jednym uderzeniem udało się odepchnąć na bok jej omdlałe dłonie i równie łatwo wepchnąć dziobek lejka między zęby. Dziewczyna dyszała jak po długim biegu. Zimny, gorzki napar wypełnił usta Elayne. Spojrzała w górę, na twarzy tamtej zobaczyła przerażenie, jakie ją samą przepełniało. Ale Luci zamknęła jej usta i ściskała za gardło z uśmiechem ponurej determinacji, dopóki nie przełknęła. Ciemność ogarnęła Elayne, usłyszała jeszcze tylko odległe protesty dochodzące ze strony łóżka, na którym leżała Nynaeve.

Kiedy ponownie otworzyła oczy, Luci znowu nie było w pokoju, a piasek, jak wcześniej, przesypywał się w klepsydrze. Ciemne oczy Nynaeve płonęły, ale czy strachem, czy gniewem tego nie potrafiłaby określić. Nie, Nynaeve się nie podda. Była to jedna z tych rzeczy, które u tamtej podziwiała. Nynaeve mogłaby leżeć z głową na katowskim pieńku, a jeszcze by walczyła.

„Nasze głowy właściwie już są pod toporem!”

Wstydziła się, że jest o tyle słabsza od Nynaeve. Pewnego dnia zostanie Królową Andoru, tymczasem teraz miała ochotę wyć z przerażenia. Nie robiła tego, nawet w myślach — zawzięcie próbowała zmusić swe usta, by wymówiły choć jedno słowo, walczyła, by dotknąć saidara - ale przecież miała ochotę. W jaki sposób miałaby kiedykolwiek zostać królową, skoro jest taka słaba? Ponownie sięgnęła po Źródło. T znowu. I znowu. Prześcignąć ziarnka piasku. Kolejny raz.

I powtórnie stało się tak, że piasek w klepsydrze przesypał się do końca, a Luci nie było. Równie wolno udało jej się osiągnąć stan, w którym mogła znowu unieść dłoń. A potem głowę! Cóż z tego, kiedy natychmiast znowu opadła. Słyszała, jak Nynaeve mamrocze coś do siebie i była w stanie zrozumieć większość wypowiadanych przez nią słów.

I znowu drzwi otworzyły się gwałtownie. Elayne uniosła głowę, przygotowana na powtórny zawód... i nie uwierzyła własnym oczom. W drzwiach, niczym bohater jednej ze swych opowieści, stał Thom Merrilin, jedną ręką ściskając za kark omdlewającą niemalże Luci, w drugiej dzierżąc gotowy do rzutu nóż. Elayne zaśmiała się radośnie, choć z jej gardła wydobył się jedynie skrzek.

Thom brutalnie pchnął dziewczynę w kąt pokoju.

— Zostaniesz tam albo naostrzę ten nóż na twojej skórze! — Po chwili był już u boku Elayne, odgarnął jej włosy, na jego pomarszczonej twarzy pojawiła się troska. — Co im dałaś, dziewczyno? Powiesz mi albo...

— Nie ona — wymamrotała Nynaeve. — Ta druga. Poszła. Pomóż mi. Muszę wstać.

Thom niechętnie, jak osądziła Elayne, odszedł od jej łóżka. Ponownie pogroził Luci swym nożem — skuliła się w taki sposób, jakby już nigdy nie miała choćby drgnąć — błysnęło ostrze, nóż zniknął w rękawie. Thom podźwignął Nynaeve i zaczął z nią spacerować, kilka kroków tam i z powrotem, na ile pozwalała skromna przestrzeń pokoju. Opierała się na nim bezwładnie i powłóczyła nogami.

— Zadowolony jestem, dowiadując się, że to nie ten mały przerażony kotek was pochwycił — powiedział. — Gdyby to była ona...

Potrząsnął głową. Bez wątpienia mocno by straciły w jego oczach, gdyby Nynaeve powiedziała mu prawdę; Elayne z pewnością tego nie chciała.

— Złapałem ją, jak pędziła po schodach, tak przerażona, że nawet nie usłyszała, iż idę za nią. To niedobrze, że drugiej udało się odejść, a Juilin niczego nie spostrzegł. Czy może sprowadzić innych ludzi ze sobą?

Elayne przewróciła się na bok.

— Nie wydaje mi się, Thom — wybełkotała. — Nie może pozwolić... by zbyt wielu... dowiedziało się o niej.

Po upływie kolejnej minuty była już w stanie usiąść. Spojrzała na Luci, dziewczyna cofnęła się pod jej wzrokiem, jakby próbowała się wtopić w ścianę.

— Białe Płaszcze... zajęliby się nią równie... szybko jak nami.