— Rozkazy pochodziły od niej. Napisane w nich było, „z rozkazu Zasiadającej na Tronie Amyrlin”. Napisane było, że sama Amyrlin nakazuje, abym uciekła się do wszelkich środków z wyjątkiem morderstwa. Będziecie żałować, że nie jesteście martwe, kiedy Amyrlin dostanie was w swe ręce! -Krótkie skinienie głowy, którym podkreśliła wypowiedziane słowa, pełne było wściekłej satysfakcji.
— Pamiętaj, że jak dotąd nie wpadłyśmy jeszcze w niczyje ręce — sucho odparowała Nynaeve. — Natomiast ty jesteś w naszych.
Jednak w jej oczach odbijało się to samo bezgraniczne zdumienie, które Elayne czuła w myślach.
— Czy podane zostały jakieś powody?
Przypomnienie, że to ją schwytano, spowodowało, iż kobieta jakby otrzeźwiała odrobinę. Apatycznie wsparła się o Luci i tak trwały, nawzajem powstrzymując się od upadku na podłogę.
— Nie. Czasami Narenwin tłumaczy motywy swych rozkazów, ale tym razem było inaczej.
— Zamierzałaś trzymać nas tutaj pod wpływem narkotyku. zanim ktoś po nas przyjdzie?
— Planowałam odesłać was wozem, ubrane w jakieś stare rzeczy. — Głos kobiety nie zdradzał już nawet śladów oporu. — Wysłałam gołębia, aby Narenwin dowiedziała się, że tu jesteście i co zamierzam z wami zrobić. Therin Lugay winien mi jest wiele, chciałam dać mu tyle widłokorzenia, aby starczyło do Tar Valon, na wypadek gdyby Narenwin nie wysłała wcześniej sióstr na wasze spotkanie. On myśli, że zachorowałyście, a napar jest jedyną rzeczą, która utrzyma was przy życiu, dopóki siostry was nie Uzdrowią. Kobieta, która w Amadicii para się lekami, musi być ostrożna. Wystarczy, że wyleczysz zbyt wielu albo zbyt dobrze, a już ktoś szepnie „Aes Sedai” i następnego dnia przekonasz się, iż twój dom spłonął aż do fundamentów. Albo jeszcze gorzej. Therin wie, że musi trzymać język za zębami, w kwestii tego co...
Nynaeve kazała Thomowi podprowadzić się bliżej i spojrzała z góry na szwaczkę.
— A wiadomość? Prawdziwa wiadomość? Nie wystawiłabyś znaku tylko w nadziei zwabienia nas do środka.
— Powiedziałam wam, jaka była prawdziwa wiadomość — oznajmiła zmęczonym głosem kobieta. — Nie sądziłam, żeby to miało komukolwiek zaszkodzić. Nie rozumiem jej i... proszę...
Nagle wybuchnęła szlochem, przyciskając się do Luci z taką samą siłą, z jaką młodsza kobieta tuliła się do niej; obie zaczęły zawodzić i jęczeć do wtóru.
— Proszę, nie pozwól mu użyć przeciwko mnie soli! Proszę! Tylko nie sól! Och, proszę!
— Zwiąż je — powiedziała po chwili z wyraźnym niesmakiem Nynaeve. — I zejdźmy na dół, żeby porozmawiać.
Thom pomógł jej usiąść na brzegu najbliższego łóżka, potem szybko pociął na pasy koc z sąsiedniego.
W przeciągu kilku chwil obie kobiety zostały związane plecami do siebie, dłonie jednej przywiązane były do stóp drugiej, zwinięte kawałki koca posłużyły jako kneble. Wciąż płakały, kiedy Thom pomagał Nynaeve wyjść z pokoju.
Elayne żałowała, że nie potrafi poruszać się jeszcze tak sprawnie jak tamta, wciąż potrzebowała pomocy Juilina, aby nie stoczyć się ze schodów. Poczuła drobne ukłucie zazdrości, gdy zobaczyła, jak Thom otacza ramieniem Nynaeve.
„Jesteś głupią małą dziewczynką” — skarcił ją głos Lini.
„Jestem dorosłą kobietą — odparła z takim zdecydowaniem, na jakie nie zdobyłaby się wobec swej starej piastunki nawet dzisiaj. — Naprawdę kocham Randa, ale on jest tak daleko, natomiast Thom to wyrafinowany, inteligentny i...”
Brzmiało to w znacznej mierze jak wymówka, nawet w jej własnych uszach. Lini w tym momencie zapewne parsknęłaby śmiechem na znak, że ma już dosyć słuchania takich głupot.
— Juilin — zapytała z wahaniem — co zamierzałeś zrobić z solą i olejem do smażenia? Nie musisz podawać szczegółów — zastrzegła szybko. — Wystarczy mi ogólne pojęcie.
Patrzył na nią przez chwilę.
— Nie wiem. Ale one również o tym nie wiedziały. Na tym polega cała sztuczka, ich wyobraźnia podpowiedziała im gorsze rzeczy, niźli kiedykolwiek mógłbym wymyślić. Widziałem, jak załamał się naprawdę twardy człowiek, kiedy posłano po kosz fig i kilka myszy. Jednak trzeba z tym uważać. Niektórzy przyznają się do wszystkiego, czy będzie to prawda, czy całkowity fałsz, byle tylko uniknąć tego, co sobie wyobrażają. Nie sądzę jednak, żeby któraś z nich kłamała.
Ona również myślała podobnie. Jednak nie potrafiła pohamować dreszczu, który przeszył ją na wylot.
„Do czego ktoś mógłby użyć fig i myszy?”
Miała nadzieję, że przestanie o tym myśleć, zanim zaczną ją nawiedzać nocne koszmary.
Kiedy dotarli do kuchni, Nynaeve chodziła już, chwiejnie, ale za to bez pomocy Thoma, i teraz przeszukiwała kredens pełen kolorowych puszek. Elayne musiała usiąść na jednym z krzeseł. Niebieska puszka stała na stole, obok niej pełny zielony czajniczek, starała się jednak nie patrzeć w ich stronę. Wciąż nie mogła przenosić. Potrafiła objąć saidara, lecz kiedy starała się go utrzymać, wyślizgiwał się. Przynajmniej odzyskała pewność, że Moc powróci do niej. Odwrotna możliwość była zbyt straszna, by choćby o niej pomyśleć i aż do tej chwili wzbraniała się przed tym.
— Thom — powiedziała Nynaeve, nie przestając otwierać rozmaitych puszek i zaglądać do środka. — Juilin.
Przerwała na moment, wzięła głęboki oddech i wciąż nie patrząc na obu mężczyzn, rzekła:
— Dziękuję wam. Zaczynam rozumieć, dlaczego Aes Sedai mają Strażników. Jestem wam naprawdę wdzięczna.
Jej uwaga nie dotyczyła wszystkich Aes Sedai. Czerwone, na przykład, uważały wszystkich mężczyzn za skażonych z powodu tego, co robili ci, którzy potrafili przenosić, inne Ajah wcale nie troszczyły się o Strażników, nigdy bowiem nie opuszczały Wieży a jeszcze inne nie brały nowego Strażnika w miejsce tego, który poległ. Zielone były jedynymi, które zezwalały na nakładanie zobowiązań na więcej niż jednego Strażnika. Elayne chciała zostać właśnie Zieloną. Nie z powyższego powodu, rzecz jasna, ale dlatego, że Zielone nazywały się Bojowymi Ajah. Podczas gdy Brązowe poszukiwały utraconej wiedzy, Błękitne zaś brały udział w sprawach świata, Zielone siostry przygotowywały się do Ostatniej Bitwy, podczas której miały stanąć przeciwko — tak, jak to miało miejsce wcześniej, podczas Wojen z Trollokami — nowym Władcom Strachu.
Obaj mężczyźni patrzyli na siebie, nie skrywając zdumienia. Najwyraźniej zdążyli się już przyzwyczaić do ostrego języka Nynaeve. Elayne również była co najmniej zdziwiona. Nynaeve lubiła jak jej pomagano mniej więcej w tym samym stopniu, jak lubiła nie mieć racji; w obu przypadkach jeżyła się i prychała, chociaż oczywiście o sobie samej twierdziła zawsze, że stanowi ucieleśnienie przytomności umysłu i rozsądku.
— To Wiedząca — Nynaeve nabrała szczyptę proszku z jednej z puszek, powąchała, potem posmakowała końcem języka. — Czy też jak się je tutaj nazywa.
— Wcale ich się nie nazywa — odrzekł Thom. — Niewiele kobiet w Amadicii para się twoim dawnym rzemiosłem. Jest ono zbyt niebezpieczne. Dla większości stanowi tylko uboczne zajęcie.
Nynaeve wyciągnęła z głębi kredensu skórzaną torbę i zaczęła robić małe zawiniątka z odrobiną zawartości niektórych puszek.
— A co robią, gdy ktoś zachoruje? Wzywają znachora?
— Tak — odpowiedziała Elayne. Zawsze sprawiało jej przyjemność pokazywanie w obecności Thoma, że ona również. zna się na rozmaitych sprawach tego świata. — W Amadicii to mężczyźni zajmują się badaniem ziół.
Nynaeve skrzywiła się pogardliwie
— A co mężczyźni mogą wiedzieć na temat leczenia? Równie dobrze mogłabym prosić kowala o uszycie sukienki.
Nagle Elayne zrozumiała, iż właściwie usiłuje myśleć o czymkolwiek, byle tylko nie pamiętać o tym, co powiedziała pani Macura.