Siuan aż wzdrygnęła się, gdy zrozumiała, że niektóre zaczepki mężczyzn kierowane są do niej. Nie rozzłościły jej — w jej mniemaniu nie odnosiły się do niej w żadnej mierze — tylko zaskoczyły. Wciąż nie mogła przywyknąć do zmian, jakie przeszła. Tym mężczyznom mogła się wydawać atrakcyjna... Zerknęła na swe odbicie w brudnej szybie jakiejś wystawy, ale zobaczyła tylko niewyraźny obraz dziewczyny o gładkiej cerze, w słomianym kapeluszu. Była młoda; nie tylko zdawała się młoda, ale, na ile potrafiła ocenić, zwyczajnie była młoda. Nie starsza od Min. Po prostu młodziutka dziewczyna, patrząc z perspektywy lat, które naprawdę przeżyła.
„Korzyść wynikająca z bycia ujarzmioną” — powtórzyła sobie.
Spotykała kobiety, które zapłaciłyby każdą sumę, żeby tylko ujęto im piętnaście lub dwadzieścia lat; niektóre z nich zapewne uznałyby cenę, jaką ona zapłaciła, za dobry interes. Często sama się przyłapywała na tym, że wymienia kolejne takie korzyści, być może w daremnej próbie wmówienia sobie, iż są istotne. Przynajmniej mogła teraz kłamać do woli, skoro uwolniła się od Trzech Przysiąg. I nie rozpoznałby jej własny ojciec. Tak naprawdę to nie wyglądała tak samo jak za młodu, zmiany, jakie w jej twarzy wyryła dojrzałość, wciąż na niej były, tylko złagodzone przez świeżość młodego wieku. Doszła do wniosku, myśląc chłodno i obiektywnie, iż zapewne wyładniała, a przecież „ładna” to był największy komplement, jakim ją kiedykolwiek obdarzono. Określenie „przystojna” padało znacznie częściej. Nie potrafiła jednak połączyć tej twarzy ze sobą samą, z Siuan Sanche. Tylko wewnątrz nic się nie zmieniło; jej umysł wciąż zawierał całą swoją wiedzę. We własnej głowie była wciąż sobą.
Niektóre gospody i tawerny Lugardu miały takie nazwy, jak: „Młot Kowala”, „Tańczący Niedźwiedź”, „Srebrna Świnia”, i często na ich frontonach wisiały stosowne godła. Zdarzały się również nazwy, które powinny być zabronione, najmniej nieprzyzwoity był „Pocałunek Dziewki Domani”, któremu towarzyszył wizerunek miedzianoskórej kobiety — obnażonej aż do talii! — z wydętymi ustami. Siuan przez chwilę zastanawiała się, jak by na to zareagowała Leane, ale biorąc pod uwagę jej obecny sposób zachowania, i napis, i wizerunek mogły jej się wydać jak najbardziej stosowne.
Na koniec jednak, przy bocznej ulicy, równie szerokiej zresztą jak główna, tuż za pozbawioną odrzwi wyrwą w zrujnowanym wewnętrznym murze miasta, odnalazła gospodę, której szukała — dwupiętrowy budynek z szarego kamienia, o dachu krytym purpurową dachówką. Na godle ponad drzwiami namalowano wyjątkowo rozpustną kobietę, której całe odzienie stanowiły jedynie włosy, ułożone tak, by skrywały najmniej jak to tylko możliwe, siedzącą na oklep na koniu; nazwę gospody wyrzuciła z pamięci natychmiast po zaznajomieniu się z nią.
Wspólna izba była sina od fajkowego dymu, wypełniona po brzegi podejrzanymi mężczyznami, którzy pili, i śmiali się w głos i podszczypywali służebne dziewczyny unikające, jak się dało ich dłoni; przylepione na stałe uśmiechy nie znikały z ich twarzy. Ledwie słyszalne w tym hałasie cytra i flet akompaniowały młodej kobiecie, która śpiewała i tańczyła na blacie stołu w jednym z krańców długiego pomieszczenia. Od czasu do czasu śpiewaczka zadzierała spódnicę, ukazując nogi w całej niemalże okazałości; to, co Siuan zrozumiała ze słów piosenki, sprawiło, że miała ochotę podejść do tamtej i zetrzeć jej słowa z ust. Jak tak można? Paradować nago? I śpiewać o takich rzeczach bandzie pijanych łajdaków? Nigdy wcześniej nie była w takim miejscu. Zamierzała jak najbardziej skrócić swą wizytę tutaj.
Nie miała kłopotów ze znalezieniem właścicielki gospody. Wysoka, potężnie zbudowana kobieta, wbita w suknię z czerwonego, niemal jarzącego się jedwabiu; utrefione, sztucznie barwione loki — natura nigdy nie wytworzyłaby takiego odcienia czerwieni, z pewnością nie wraz z ciemnymi oczyma — otaczały wystający podbródek i zimne, twarde usta. Między rozkazami wykrzykiwanymi dziewkom służebnym zatrzymywała się to przy jednym stoliku, to przy innym, aby zamienić kilka słów i poklepać po ramionach swych klientów.
Siuan sztywno wyprostowała plecy i starając się ignorować szacujące spojrzenia mężczyzn, podeszła do kobiety o szkarłatnych włosach.
— Pani Tharne? — Po trzykroć musiała powtórzyć nazwisko, za każdym razem głośniej niż poprzednio, zanim właścicielka wreszcie na nią spojrzała. — Pani Tharne, chciałabym dostać posadę śpiewaczki. Potrafię śpiewać...
— Potrafisz śpiewać, co? — Zaśmiała się wysoka kobieta. — Cóż, mam już śpiewaczkę, ale zawsze zatrudniam drugą, aby tamta mogła czasami odpocząć. Niech no zobaczę twoje nogi.
— Potrafię zaśpiewać Pieśń o trzech rybach — oznajmiła głośno Siuan. To musiała być właściwa osoba. Z pewnością dwie kobiety w jednym mieście nie mogą mieć włosów takiej barwy, nie mówiąc już o tym, że we właściwej gospodzie zareagowała na właściwe imię.
Pani Tharne zaśmiała się jeszcze głośniej i klepnęła w ramię jednego z mężczyzn siedzących przy najbliższym stole, tak silnie, że omal nie spadł z ławy.
— Nie ma chyba szczególnego zapotrzebowania na tę piosenkę, co, Pel?
Szczerbaty Pel, z długim batem woźnicy owiniętym wokół ramienia, zarechotał do wtóru.
— I potrafię jeszcze zaśpiewać Brzask na błękitnym niebie.
Kobieta potrząsnęła głową i zaczęła pocierać oczy, jakby przed chwilą rzeczywiście zaśmiewała się aż do łez.
— Potrafisz, co? Ach, jestem pewna, że chłopcom się to spodoba. Teraz pokaż mi nogi. Pokazujesz nogi, dziewczyno, albo wynocha!
Siuan zawahała się, ale pani Tharne stała tylko i patrzyła na nią. A oprócz niej coraz większa liczba męskich oczu. To musiała być właściwa kobieta. Powoli podciągnęła spódnice do kolan. Właścicielka gospody niecierpliwie machnęła dłonią. Zamknąwszy oczy, Siuan zbierała coraz więcej materiału spódnicy w dłoniach. Z każdym calem jej twarz stawała się jeszcze bardziej czerwona.
— Skromnisia — zarechotała pani Tharne. — Cóż, jeśli te piosenki stanowią granicę twoich możliwości, to lepiej żebyś miała takie nogi, na widok których mężczyźni będą mdleli. Trudno to jednak stwierdzić, dopóki nie zdejmiesz tych wełnianych pończoch, co, Pel? Dobra, chodź ze mną. Może nawet masz jakiś głos, ale w tym hałasie i tak nie da się tego stwierdzić. Chodź, dziewczyno! No, ruszże tyłkiem!
Siuan otworzyła gwałtownie oczy, zapłonął w nich gniew, ale wysoka kobieta szła już na zaplecze wspólnej izby. Z kręgosłupem sztywnym jak żelazny pręt Siuan opuściła spódnice i poszła za nią, starając się ignorować rechoty i grubiańskie propozycje skierowane pod jej adresem. Jej twarz była niczym wykuta z kamienia, jednak w duszy zmartwienie walczyło z gniewem.
Zanim została wyniesiona na Tron Amyrlin, kierowała szpiegowską siatką Błękitnych Ajah, niektóre z jej agentek, zarówno wtedy, jak i później, stanowiły jej osobiste oczy i uszy. Mogła nie być już dłużej Amyrlin, czy choćby nawet Aes Sedai, ale wciąż pamiętała te kobiety. Duranda Tharne służyła już Błękitnym, kiedy przejęła siatkę, jej informacje zaś były zawsze aktualne. Niełatwo znaleźć dobrych szpiegów, z ich wiarygodnością też bywało rozmaicie — po drodze z Tar Valon była tylko jedna, której ufała, w Czterech Królach, w Andorze, ale ona zniknęła — jednak wraz z kupieckimi karawanami przez Lugard przepływała masa informacji i plotek. Zapewne byli tu również szpiedzy innych Ajah; należało o tym pamiętać.
„Ostrożność przywiedzie łódź do portu” — upomniała się. Ta kobieta idealnie pasowała do opisu Durandy Tharne, z pewnością żadna inna gospoda nie mogła nosić równie paskudnej nazwy, ale dlaczego odpowiedziała w taki sposób, gdy Siuan podała hasło identyfikujące ją jako agentkę Błękitnych? Musiała zaryzykować; Min i Leane, każda na swój sposób, stawały się równie niecierpliwe jak Logain. Ostrożność przywiedzie łódź do portu, ale czasami dzięki śmiałości można przywieźć pełną ładownię ryb. W najgorszym wypadku zdzieli kobietę czymś po głowie i ucieknie tylnym wyjściem. Oszacowała szerokie ramiona, wzrost i twarde dłonie tamtej; miała jednak nadzieję, że jej się uda.