Przez skromne drzwi w korytarzu wiodącym w stronę kuchni weszły do skąpo umeblowanego pokoju, mieszczącego w sobie biurko z krzesłem na strzępie niebieskiego dywanu, duże lustro na ścianie i, co zaskoczyło Siuan, półkę z kilkoma książkami. Kiedy tylko drzwi się za nimi zamknęły, wygłuszając do pewnego stopnia hałas wspólnej izby, wysoka kobieta odwróciła się do Siuan, wspierając pięści na obszernych biodrach.
— No dobrze. Czego chcesz ode mnie? Nie musisz mi podawać swego imienia. Nie chcę. go znać, nieważne, czy jest prawdziwe czy fałszywe.
Siuan poczuła jak opuszcza ją, po części przynajmniej, poprzednie napięcie. Gniew jednak pozostał.
— Nie miałaś prawa traktować mnie tam w taki sposób! Co chciałaś osiągnąć, zmuszając mnie bym...
— Miałam wszelkie prawo — odwarknęła pani Tharne — i zaręczam ci, że było to konieczne. Gdybyś przyszła w momencie, kiedy zamykam lub otwieram gospodę, jak to jest przewidziane, wpuściłabym cię do środka i nikt by niczego nie widział. Czy myślisz, że któryś z tych mężczyzn nie zacząłby się zastanawiać, gdybym odprowadziła cię na tyły niczym od dawien dawna nie widzianą przyjaciółkę? Nie mogę sobie pozwolić, żeby ktokolwiek zaczął się mną interesować. Masz szczęście, że nie kazałam ci zastąpić Susu na stole na czas jednej lub dwu piosenek. I uważaj, jak się do mnie odnosisz.
Ostrzegawczo uniosła w górę szeroką, twardą dłoń.
— Wydałam za mąż córki starsze od ciebie, ale kiedy je odwiedzam, stąpają skromnie i odzywają się właściwie. Jeżeli będziesz zachowywać się wobec mnie jak Pani Impertynentka, to wkrótce dowiesz się, dlaczego tak jest. Nikt tam nie usłyszy twoich krzyków, a jeśli nawet, to i tak nie będzie się wtrącał. — Energicznie kiwnęła głową, jakby potwierdzając tym własne słowa i ponownie wsparła dłonie na biodrach. — A teraz mów, czego chcesz?
Siuan kilkakrotnie podczas tej przemowy próbowała wtrącić choć jedno słowo, ale strumień płynący z ust tamtej przewalał się po nich niczym fala przypływu. Nie była do czegoś takiego przyzwyczajona. Kiedy pani Tharne skończyła, cała aż trzęsła się z gniewu, obie dłonie zaciskając na krawędziach spódnicy, aż pobielały jej kłykcie. Z równą siłą starała się trzymać na wodzy swój temperament.
„Występuję tutaj tylko jako inna agentka” — upominała się zdecydowanie. — „Już nie Amyrlin, tylko inna agentka”.
Poza tym spodziewała się, iż kobieta może wprowadzić w życie swe groźby. To było dla niej wciąż nowym doświadczeniem, że musi strzec się kogoś tylko dlatego, że jest większy i silniejszy.
— Otrzymałam wiadomość, którą muszę dostarczyć do zgromadzenia tych, które służą. — Miała nadzieję, że pani Tharne weźmie napięcie w jej głosie za objaw przestrachu; może okazać się bardziej pomocna, gdy uzna Siuan za stosownie onieśmieloną. — Nie było ich tam, gdzie mi powiedziano. Mogę mieć tylko nadzieję, że wiesz coś, co pomoże mi je znaleźć.
Zaplótłszy ramiona na masywnych piersiach, pani Tharne wpatrywała się w nią przez jakiś czas.
— Wiesz, jak opanować swój temperament, kiedy jest to potrzebne, co? Dobrze. Co się stało w Wieży? I nie próbuj zaprzeczać, że stamtąd przybywasz, moja dumna pięknotko. Jest to wypisane na twojej twarzy i z pewnością nie nabyłaś tych snobistycznych manier w jakiejś wsi.
Siuan wzięła głęboki oddech, zanim odpowiedziała.
— Siuan Sanche została ujarzmiona. — Jej głos nawet nie zadrżał i była z tego dumna. — Nową Amyrlin jest Elaida a’Roihan.
Tym razem jednak nie potrafiła całkowicie stłumić goryczy, jaka zabrzmiała w tych słowach.
Pani Tharne w najmniejszej mierze nie zdradziła, co poczuła, słysząc te wieści.
— Cóż, to przynajmniej tłumaczy niektóre z rozkazów, jakie otrzymałam. Przynajmniej ich część. Ujarzmiły ją, powiadasz? Myślałam, że będzie już Amyrlin na zawsze. Widziałam ją raz, kilka lat temu w Caemlyn. Z daleka. Wyglądała, jakby potrafiła przeżuwać rzemienie uprzęży na śniadanie. — Niemożliwie szkarłatne loki zafalowały, gdy potrząsnęła głową. — Cóż, co się stało, to się nie odstanie. Ajah się podzieliły, nieprawdaż? To jest jedyne możliwe wytłumaczenie moich rozkazów i tego, że ujarzmiły tego starego sępa. Jedność Wieży zniszczona, a Błękitne uciekły.
Siuan zazgrzytała zębami. Próbowała wytłumaczyć sobie, że ta kobieta jest lojalna wobec Błękitnych Ajah, nie zaś osobiście względem niej, ale to nie pomagało.
„Stary sęp? Sama jest wystarczająco stara, aby być moją matką. A gdyby była, to chyba bym się utopiła”.
Z wysiłkiem nadała swym słowom pokorne brzmienie.
— Moja wiadomość jest bardzo ważna. Muszę ruszać w drogę tak szybko, jak się tylko da. Możesz mi pomóc?
— Ważna wiadomość? No cóż, wątpię w to. Problem polega na tym, że mogę ci coś zaoferować, ale sama będziesz musiała rozszyfrować, co to takiego. Chcesz tego? — Ta kobieta nie zamierzała niczego ułatwić.
— Tak, proszę.
— Sallie Daera. Nie mam pojęcia, kim ona jest, czy też kim była, ale kazano mi podać to imię każdej Błękitnej, która się tu pojawi i będzie wyglądać na zagubioną, jeżeli można tak powiedzieć. Możesz nie być jedną z sióstr, ale zadzierasz nos tak wysoko, że wyglądasz przynajmniej na taką. Więc ci mówię. Sallie Daera. Zrób z tym, co zechcesz.
Siuan stłumiła dreszcz podniecenia i ponownie przybrała obojętny wyraz twarzy.
— Ja również nigdy o niej nie słyszałam. Muszę więc dalej ich szukać.
— Gdy je znajdziesz, powiedz Aeldene Sedai, że wciąż jestem lojalna, cokolwiek się wydarzy. Od tak dawna pracuję już dla Błękitnych, że nie wiedziałabym, co dalej ze sobą począć.
— Powiem jej — zapewniła ją Siuan. Nawet nie wiedziała, że Aeldene zastąpiła ją w kierowaniu siatką Błękitnych; Amyrlin, niezależnie od tego, z których Ajah ją wyniesiono, należała do wszystkich, a jednocześnie do żadnej. — Przypuszczam, że znajdziesz jakiś powód, dla którego nie możesz mnie jednak zatrudnić. Naprawdę nie potrafię śpiewać, to powinno wystarczyć.
— Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie dla tej bandy za drzwiami. — Wielka kobieta uniosła brew i uśmiechnęła się w sposób, który nie spodobał się Siuan. — Coś wymyślę, dziewczyno. I dam ci drobną radę. Jeżeli nie zejdziesz o szczebel czy dwa, jakieś Aes Sedai mogą cię ściągnąć na sam dół drabiny. Zaskoczona jestem, że jeszcze się tak nie stało. Teraz idź już. Wynoś się stąd.
„Wstrętna kobieta — Siuan aż warknęła w duszy. — Gdyby to było możliwe, przydzieliłabym jej takie kary, aż by jej oczy wyszły na wierzch”.
Ta kobieta sądziła, że należy jej się więcej szacunku, czyż nie?
— Dziękuję ci za pomoc — oznajmiła chłodno i wykonała ukłon stosowny do pałacowego wnętrza. — Byłaś dla mnie doprawdy zanadto uprzejma.
Przeszła już trzy kroki w głąb wspólnej izby, kiedy za nią pojawiła się pani Tharne, wybuch jej przeraźliwego śmiechu przebił się przez, wszechogarniający gwar.
— To ci dopiero wstydliwa panienka! Nóżki tak białe i smukłe, że wszystkim by ślina z ust ciekła, a rozpłakała się jak dziecko, kiedy jej powiedziałam, że będzie musiała wam je pokazać! Po prostu siadła na podłodze i zaczęła ryczeć! Biodra krągłe, iż każdemu by się spodobały, a ona...!