Выбрать главу

Siuan aż zatoczyła się pod huraganem śmiechu. który jednak nie stłumił całkowicie litanii tamtej. Udało jej się przejść w miarę wolno jeszcze trzy kroki, z twarzą czerwoną niczym burak, potem rzuciła się biegiem.

Zatrzymała się dopiero na ulicy, usiłując odzyskać oddech i uspokoić łomoczące serce.

„Wstrętna stara zdzira! Powinnam...!”

Nie miało znaczenia, co powinna zrobić, ta obrzydliwa kobieta powiedziała jej wszystko, czego potrzebowała. Nie Sallie Daera; w ogóle nie chodziło o kobietę. Tylko Błękitne będą wiedziały lub choćby podejrzewały. Salidar. Miejsce narodzin Deane Aryman, Błękitnej siostry, która została Amyrlin po Bonwhin i uratowała Wieżę przed zniszczeniem, na jakie naraziła ją tamta. Salidar. Jedno z ostatnich miejsc, gdzie ktokolwiek szukałby Aes Sedai, tak blisko przecież Amadicii.

Dwaj mężczyźni w śnieżnobiałych płaszczach i błyszczących, wypolerowanych puklerzach jechali w jej stronę po ulicy, niechętnie ustępując z drogi wozom. Synowie Światłości. Obecnie można ich było spotkać wszędzie. Siuan cofnęła się pod niebiesko-zieloną ścianę gospody i spuściwszy głowę, obserwowała ostrożnie Białe Płaszcze spod ronda swego kapelusza. Spojrzeli na nią przelotnie, przejeżdżając obok — twarde twarze pod lśniącymi stożkowymi hełmami — i pojechali dalej.

Siuan aż zagryzła usta ze złości. To przypuszczalnie fakt, że się kuliła, ściągnął ich uwagę. A gdyby zobaczyli jej twarz...? Nic by się oczywiście nie stało. Białe Płaszcze mogą się pokusić o zabicie samotnej Aes Sedai, ale przecież jej twarz nie była już dłużej twarzą Aes Sedai. Zauważyli tylko, jak się stara przed nimi ukryć. Gdyby Duranda Tharne nie rozdrażniła jej do tego stopnia, nigdy nie popełniłaby tak głupiego błędu. Pamiętała czasy, gdy pod wpływem czegoś tak błahego, jak uwagi pani Tharne nie zmyliłaby nawet kroku, czasy, kiedy ta przerośnięta zeschła ryba nie ośmieliłaby się odezwać do niej ani słowem.

„Gdyby tej jędzy nie spodobały się moje maniery, to bym jej dopiero...”

I ostatecznie mogła się tylko udać w swoją stronę wystarczająco szybko, żeby pani Tharne nie stłukła jej tak, by przez tydzień nie mogła usiąść w siodle. Czasami trudno było pamiętać, że czasy, gdy królowie i królowe przybywali na każde jej wezwanie, minęły bezpowrotnie.

Kroczyła po ulicy ze wzrokiem pałającym taką wściekłością, iż niektórzy z woźniców mełli w ustach komentarze, które mieli zamiar wygłosić pod adresem samotnej ślicznej dziewczyny. Niektórzy.

Min siedziała na ławie pod ścianą w zatłoczonej wspólnej izbie gospody „Dziewięciokonny Zaprzęg”, obserwując stół otoczony przez stojących mężczyzn; niektórzy mieli przy sobie długie baty, inni przypasane miecze, co pozwalało się w nich domyślać strażników kupieckich karawan. Kolejnych sześciu siedziało ramię przy ramieniu za stołem. Ledwie potrafiła dojrzeć Leane i Logaina przy przeciwległym ,jego krańcu. Nie mogła opanować grymasu niezadowolenia, widząc, jak tamten zdawał się spijać każde z przetykanych uśmiechem słów, które spływały z jej ust.

Powietrze ciężkie było od tytoniowego dymu, ludzie przekrzykiwali się nawzajem, prawie całkowicie zagłuszając muzykę fletu i tamburyna oraz śpiew kobiety tańczącej na stole między kamiennymi kominkami. Jej piosenka opowiadała o dziewczynie, która potrafiła przekonać sześciu mężczyzn, że każdy z nich jest wymarzonym kochankiem; Min ubawiła się setnie, mimo że momentami nie mogła opanować rumieńca. Śpiewaczka od czasu do czasu rzucała zazdrosne spojrzenia w stronę stołu, przy którym tłoczyli się tamci. A raczej w stronę Leane.

Wysoka kobieta Domani zdążyła całkowicie zdominować Logaina, jeszcze zanim weszli do gospody, a jej kołyszący się płynny krok i światło w oczach natychmiast przyciągnęły do niej innych mężczyzn tak, jak miód przyciąga pszczoły. Omal nie wybuchła bójka, Logain i strażnicy stali naprzeciw siebie z dłońmi na rękojeściach mieczy, wyciągano już noże, krępy właściciel i dwaj potężnie umięśnieni ludzie biegli już ze swymi pałkami. A Leane zdusiła płomień równie łatwo; jak go roznieciła, uśmiechając się do jednego, tu rzucając kilka słów, tamtego poklepując ,po policzku. Nawet karczmarz zmarudził przez jakiś czas przy ich stole, uśmiechając się głupawo, dopóki nie odciągnęły go obowiązki względem innych klientów. A Leane twierdziła, że potrzebuje więcej praktyki. To było doprawdy nie w porządku.

„Gdybym potrafiła zrobić coś takiego temu jednemu mężczyźnie, byłabym bardziej niż zadowolona. Być może ona mnie nauczy... Światłości, o czym ja myślę?” — Zawsze pozostawała sobą, a inni mogli ją akceptować taką, jaką była alba wcale. A teraz myślała, aby się zmienić, i to dla mężczyzny. Było już wystarczająco źle, że musiała się przebierać w suknie, zamiast jak kiedyś nosić kaftan i spodnie. — „Popatrzy na ciebie w głęboko wyciętej sukni. Masz przecież więcej do pokazania niż Leane, a ona... Skończ z tym!”

— Musimy ruszać na południe — usłyszała głos Siuan za sobą i wzdrygnęła się. Nie zorientowała się, kiedy tamta nadeszła. — Zaraz.

Wywnioskowała z błysku w tych błękitnych oczach, że Siuan musiała się czegoś dowiedzieć. Czy podzieli się z nimi informacjami, to już, była zupełnie inna sprawa. Przeważnie zdawała się sądzić, że wciąż jest Amyrlin.

— Nie zdążymy przed zmrokiem dotrzeć do żadnej innej gospody — protestowała Min. — Równie dobrze możemy tutaj zostać na noc.

Przyjemnie byłoby znowu spać w łóżku zamiast gdzieś pod płotem, albo w stogu stana, nawet jeśli musiałaby, tak jak zawsze, dzielić łóżko z Leane i Siuan. Logain chciał wynajmować im oddzielne pokoje, lecz Siuan była skąpa, mimo że to on płacił.

Siuan rozejrzała się dookoła, ale wśród zgromadzonych we wspólnej izbie każdy, kto nie patrzył na Leane, słuchał śpiewaczki.

— To nie.jest możliwe. Wydaje mi się... że Białe Płaszcze mogą o mnie rozpytywać.

Min zagwizdała cicho przez zęby.

— Dalynawi się to nie spodoba.

— A więc nic mu nie mów. — Siuan potrząsnęła głową, widząc zgromadzenie wokół Leane. — Tylko powiedz Amaenie, że musimy już jechać. On pójdzie za nią. Należy mieć nadzieję, że pozostali nie postąpią podobnie.

Min uśmiechnęła się krzywo. Siuan mogła twierdzić, że nie dba a to, iż Logain — Dalyn — objął prowadzenie, ignorując wszystkie jej próby zmuszenia go, by cokolwiek zrobił, ale wciąż się starała przywołać go do porządku.

— A tak w ogóle, co to jest dziewięciokonny zaprzęg? — zapytała, wstając. Wcześniej wyszła nawet na zewnątrz w nadziei, że godło dostarczy jej jakiejś wskazówki, ale nad drzwiami gospody była tylko nazwa. — Widziałam ośmio— lub dziesięciokonne, ale nigdy dziewięciokonne.

— W tym mieście — odparła sztywno Siuan — lepiej o takie rzeczy nie pytać.

Plamy czerwieni, które znienacka wykwitły na jej policzkach, nasunęły Min podejrzenie, że sama doskonale wie, co to znaczy.

— Idź, powiedz im. Mamy do przebycia długą drogę i ani chwili do stracenia. I nie pozwól, by ktoś cię podsłuchał.

Min parsknęła cicho. Żaden z mężczyzn nawet jej nie zauważy, interesował ich tylko ten leciutki uśmiech, który igrał na twarzy Leane. Bardzo chciała się dowiedzieć, w jaki sposób Siuan udało się wpaść w oko Białym Płaszczom. To była ostatnia rzecz, jakiej im było trzeba, a wszak popełnianie błędów nie leżało w stylu Siuan. Żałowała, że nie umie skłonić Randa, by patrzył na nią tak, jak ci mężczyźni spoglądali na Leane. Jeżeli mają jechać przez całą noc — a podejrzewała, że na to się zanosi — być może tamta zechce jej udzielić kilku wskazówek.