Выбрать главу

— I być może przespacerujemy się po wiosce — dodał Juilin. — Ludzie dużo mówią, kiedy coś im się nie podoba, a na ulicy wyczuwałem dużo niechęci.

— Bardzo dobrze — powiedziała Elayne. Tak bardzo chcieli wierzyć, że przydadzą się do czegoś więcej niźli tylko do powożenia końmi i noszenia bagaży. Tak rzeczywiście było w Tanchico — oraz w Mardecin, oczywiście — i mogło znowu się zdarzyć, ale raczej nie tutaj.

— Bądźcie ostrożni i nie wchodźcie w drogę Białym Płaszczom. — Wymienili zdumione spojrzenia; jakby nie widziała ich już z pokrwawionymi i pokaleczonymi twarzami, wracających z poszukiwania informacji, ale wybaczyła im wszystko i uśmiechnęła się do Thoma. — Już się nie mogę doczekać, kiedy usłyszę, czego się dowiedzieliście.

— Rankiem — twardo oznajmiła Nynaeve. Nie patrzyła na Elayne, ale jej nieruchome oczy, wbite w jakiś punkt na ścianie, jednoznacznie mówiły, że równie dobrze mogłaby cały swój gniew skierować przeciwko niej. — Jeżeli zakłócicie nam spokój wcześniej, z jakiegoś powodu mniej znaczącego niż napaść trolloków, odczujecie to na własnej skórze.

Mężczyźni spojrzeli na siebie wymownie — dostrzegłszy to, Nynaeve uniosła groźnie brwi — ale kiedy z niechęcią wręczyła im kilka monet, wyszli, zgadzając się nie zakłócać im snu.

— Jeżeli nie mogę porozmawiać nawet z Thomem... -zaczęła Elayne, ale Nynaeve przerwała jej.

— Nie mam zamiaru pozwolić, by mnie nachodzili śpiącą w samej bieliźnie. — Niezgrabnie odpinała już guziki z tyłu swej sukni. Gdy Elayne podeszła, by jej pomoc, powiedziała: — Dam sobie radę. Ty możesz podać mi pierścień.

Elayne z westchnieniem podniosła spódnicę i sięgnęła do małej kieszonki, którą naszyła od spodu. Jeżeli Nynaeve ma ochotę się irytować, należy jej na to pozwolić; ona się nie odezwie, nawet jeśli tamta znowu zacznie się otwarcie wściekać. W kieszonce były dwa pierścienie. Zostawiła złotego Wielkiego Węża, którego otrzymała na znak wyniesienia do godności Przyjętej i wyciągnęła kamienny pierścień.

Cały nakrapiany i paskowany na czerwono, niebiesko i brązowo, był za duży, by nosić go na palcu, a poza tym zbyt poskręcany i spłaszczony. Wydawało się to dziwne, ale miał tylko jedną powierzchnię; gdyby przeciągnąć palcem po całej jego długości, dotarłoby się do miejsca, z którego się zaczęło. To był ter’angreal; pomagał się dostać do Tel’aran’rhiod nawet komuś, kto nie posiadał talentu, jaki Egwene dzieliła ze spacerującymi po snach. Żeby zadziałał, wystarczyło spać, trzymając go blisko przy skórze. W przeciwieństwie do dwóch ter’angreali, które zabrały Czarnym Ajah, nie wymagał przenoszenia. Na ile Elayne się orientowała, mógł go używać nawet mężczyzna.

Nynaeve, odziana tylko w lnianą bieliznę, nawlekła pierścień na skórzany rzemień obok zawieszonego na nim sygnetu Lana i jej własnego pierścienia z Wielkim Wężem, potem zawiązała go na powrót i zawiesiła na szyi, zanim legła w jednym z łóżek. Uważnie poprawiła na skórze pierścienie i ułożyła głowę na poduszkach.

— Czy zostało jeszcze trochę czasu, zanim Egwene i Mądre się pojawią? — zapytała Elayne. — Jakoś nigdy nie potrafię sobie wyobrazić, która godzina jest w Pustkowiu.

— Czasu jest dość, chyba że postanowi przyjść wcześniej, ale zapewne tego nie uczyni. Mądre trzymają ją na bardzo krótkiej smyczy. Ostatecznie wyjdzie to jej tylko na dobre. Zawsze była uparta.

Nynaeve otworzyła oczy, spojrzała prosto na nią — na nią! — jakby te ostatnie słowa stosowały się również do Elayne.

— Pamiętaj poprosić Egwene, by powiedziała Randowi, że o nim myślę. — Nie miała zamiaru dopuścić, by wszczęła awanturę. — Powiedz jej, żeby... powiedziała mu, iż kocham go i nikogo więcej.

Już. Miała to za sobą.

Nynaeve przewróciła oczami w naprawdę obraźliwy sposób.

— Skoro tak sobie życzysz — oznajmiła sucho, moszcząc się na poduszkach.

Kiedy jej oddech stał się spokojniejszy, Elayne przyciągnęła jeden z kufrów pod drzwi, siadła na nim i zaczęła wyczekiwać. Zawsze nienawidziła czekania. Nynaeve dopiero by jej pokazała, gdyby zeszła teraz do wspólnej izby. Thom zapewne wciąż tam będzie i... I nic. Przecież w oczach świata miał być jej woźnicą. Zastanawiała się, czy Nynaeve pomyślała o tym, zanim zgodziła się zostać pokojówką. Z westchnieniem oparła się o drzwi. Naprawdę nienawidziła czekania.

14

Spotkania

Skutki działania ter’angreala a kształcie pierścienia już nie potrafiły zaskoczyć Nynaeve. Była dokładnie w tym miejscu, o którym myślała, zanim nadszedł sen — w wielkiej komnacie w Łzie zwanej Sercem Kamienia, znajdującej się we wnętrzu masywnej fortecy, w Kamieniu Łzy. Pozłacane stojące lampy były zgaszone, jednak blade światło, zdające się docierać zewsząd i znikąd jednocześnie, oświetlało ją dookoła, w oddali rozpływając się w mglistych cieniach. Przynajmniej nie było gorąco; nigdy nie czuła ani gorąca, ani zimna w Tel’aran’rhiod.

Las masywnych kolumn z czerwonego kamienia rozciągał się na wszystkie strony, kopulaste sklepienie ginęło wysoko ponad głową, gdzieś tam, skąd zwieszały się na złotych łańcuchach kolejne złote lampy. Blade płyty posadzki pod jej stopami były powycierane; Wysocy Lordowie Łzy przychodzili do tej komnaty — rzecz jasna, w świecie jawy — tylko wtedy, gdy wymagało tego prawo lub obyczaj, ale działo się tak od czasów Pęknięcia Świata. Pośrodku, pod samą kopułą znajdował się Callandor, przypominający z pozoru lśniący tysiącem iskier kryształowy miecz, zatopiony do połowy ostrza w kamieniu posadzki. Dokładnie tak, jak go zostawił Rand.

Nie miała ochoty zbliżać się do niego. Rand twierdził, że przy pomocy saidina uplótł wokół miecza pułapki, których nie potrafiłaby dostrzec żadna kobieta. Spodziewała się, iż są doprawdy paskudne — najlepsi mężczyźni okazują się wstrętni, kiedy postanowią się zachować przebiegle — paskudne i zapewne zwrócone w takim samym stopniu przeciwko kobietom, jak i mężczyznom; choć tylko mężczyźni mogli używać tego ter’angreala. Musiał zabezpieczyć go nie tylko przed Przeklętymi, ale także przed tymi, które mieszkały w Wieży. Wyjąwszy samego Randa, ten który by dotknął Callandora, naraziłby się zapewne na śmierć, i to bez wątpienia okrutną.

Taka była podstawowa zasada obowiązująca w Tel’aran’rhiod. Co znajdowało się. w świecie jawy, tutaj również było, aczkolwiek niekoniecznie na odwrót. Świat Snów, Niewidzialny Świat, odbijał świat prawdziwy czasami w przedziwny sposób, być może zresztą również i inne światy. Verin Sedai powiedziała Egwene, że istnieje wzór spleciony ze światów, z rzeczywistości znajdujących się tutaj i gdzie indziej, dokładnie przypominający splot ludzkich losów, który tworzy Wzór Wieków. Tel’aran’rhiod stykał się ze wszystkimi tymi światami, chociaż jedynie nielicznym udawało się przypadkiem doń dostać i zazwyczaj nie pamiętali niczego z tych przelotnych chwil, pogrążeni w swych ziemskich snach. Były to niebezpieczne momenty dla owych śniących, chociaż nie zdawali sobie z tego sprawy, chyba że mieli pecha. Poza tym to, co przydarzało się śniącemu w Tel’aran’rhiod, okazywało się realne również w świecie jawy. Śmierć w Świecie Snów równała się jak najbardziej rzeczywistej śmierci.

Miała wrażenie, że spośród cieni zalegających między kolumnami coś ją obserwuje, ale nie kłopotała się tym uczuciem. To z pewnością nie była Moghedien.