„Wyimaginowane oczy; tutaj nie ma obserwatorów. Sama kazałam Elayne nie zwracać na nie uwagi, a teraz...”
Moghedien na pewno nie ograniczyłaby się jedynie do obserwacji. A choćby nawet... żałowała tylko, że nie jest wystarczająco zagniewana, by przenosić. Oczywiście wcale nie czuła strachu. Nie była też wściekła. Bynajmniej nie przestraszona.
Poskręcany kamienny pierścień, ukryty pod bielizną, zdawał się lekki jak puch; w tym momencie zorientowała się, że nie ma na sobie nic więcej. Ledwie pomyślała o ubraniu, już miała na sobie sukienkę. To była sztuczka z Tel’aran’rhiod, którą lubiła najbardziej; w jakiś sposób przenoszenie okazywało się niekonieczne, tutaj bowiem mogła robić rzeczy, których, jej zdaniem, żadna Aes Sedai nie dokonałaby przy użyciu Mocy. Jednak nie była to suknia, jakiej oczekiwała — z mocnej, workowatej wełny z Dwu Rzek. Wysoki karczek obrzeżony koronką z Jaercruz podchodził jej pod sam podbródek, ale bladożółte jedwabie przylegały do ciała w sposób, który jakby trochę za mocno zdradzał kształty. Ileż to razy nazwała takie taraboniańskie suknie nieprzyzwoitymi, kiedy musiała je wkładać, by wtopić się w tłum na ulicach Tanchico? Wyraźnie jednak przywykła do nich bardziej, niż jej się zdawało.
Szarpnęła ostro za swój warkocz, karcąc się za takie rozproszenie myśli i zostawiła suknię w spokoju. Choć nie odpowiadała dokładnie jej pierwotnym zamiarom, nie jest przecież żadną kapryśną dziewuchą, żeby tak się przejmować i troszczyć o własny ubiór.
„Suknia to suknia”. — Będzie ją miała na sobie podczas spotkania z Egwene oraz tą Mądrą, która tym razem przybędzie razem z nią, a niech tylko któraś odważy się cokolwiek powiedzieć... — „Nie po to przybyłam wcześniej, by teraz paplać do siebie o sukienkach!”
— Birgitte? — Odpowiedziała jej cisza, podniosła więc głos, choć to raczej nie było konieczne. W tym miejscu każdy powinien usłyszeć swoje imię, choćby je wypowiedziano na drugim krańcu świata. — Birgitte?
Spomiędzy kolumn wyszła kobieta, w jej błękitnych oczach lśnił spokój i dumna wiara we własne siły, długie włosy zaplecione miała w warkocz o znacznie bardziej skomplikowanych splotach niźli fryzura Nynaeve. Krótki biały kaftan i obszerne spodnie z żółtego jedwabiu, zebrane w kostkach nad krótkimi butami o podwyższonych obcasach, stanowiły ubiór pochodzący sprzed ponad dwu tysięcy lat, ale ten upodobała sobie najbardziej. Strzały, których pióra sterczały z zawieszonego przy pasie kołczana, były chyba ze srebra, podobnie jak łuk trzymany w dłoni.
— Czy Gaidal jest w pobliżu? — zapytała Nynaeve. Zazwyczaj trzymał się blisko Birgitte i sprawiał, że Nynaeve czuła się niepewnie, odmawiał bowiem uznania jej istnienia i denerwował się, gdy Birgitte z nią rozmawiała. Za pierwszym razem był to dla niej nie lada wstrząs, kiedy się okazało, że spotkała Gaidala Caina i Birgitte — dawno zmarłych bohaterów występujących obok siebie w tak wielu legendach i opowieściach — w Tel’aran’rhiod. Ale, jak to ujęła sama Birgitte w jakim innym miejscu, bohaterowie przykuci do Koła Czasu mieliby oczekiwać na powtórne narodziny niźli w śnie? W śnie, który istniał od tak dawna jak samo Koło. To właśnie ich, Birgitte i Gaidala Caina, Rogosha Sokole Oko i Artura Hawkwinga, oraz wielu innych miał wezwać Róg Valere z powrotem, aby walczyli w Tarmon Gaidon.
Warkocz Birgitte zakołysał się, kiedy potrząsnęła głową.
— Nie widziałam go od jakiegoś czasu. Sądzę, że Koło na powrót wplotło go w świat. Zawsze się tak dzieje. — W jej głosie zabrzmiało jednocześnie oczekiwanie i zatroskanie.
Jeśli Birgitte miała rację, wówczas gdzieś w świecie narodził się chłopiec, kwilące niemowlę pozbawione wiedzy o tym, kim jest, choć przeznaczone do przygód, które dadzą początek nowym legendom. Koło wplatało bohaterów we Wzór zgodnie z zaistniałą potrzebą, by kształtowali sam Wzór, a kiedy umierali, wracali z powrotem do miejsca, gdzie przychodziło im czekać. To właśnie oznaczało przykucie do Koła. Nowi bohaterowie przekonają się, że sami są również do niego przykuci, ci mężczyźni i te kobiety, których odwaga i dokonania wyniosły ponad przeciętność — ale kiedy raz to już nastąpi, będzie tak aż po kres czasów.
— Jak długo wypadnie ci czekać? — zapytała Nynaeve. — Z pewnością będą musiały minąć lata.
Birgitte zawsze była związana z Gaidalem, we wszystkich opowieściach, we wszystkich Wiekach, w przygodach i romansach, więziami, których nawet Koło Czasu nie rozerwało. Za-wsze rodziła się po nim; rok, pięć, dziesięć lat, ale zawsze później. —
— Nie wiem, Nynaeve. Czas biegnie tutaj inaczej niźli w świecie jawy. Zdaje mi się, że spotkałam cię dziesięć dni temu, a Elayne dopiero wczoraj. Jak to było długo dla ciebie?
— Cztery dni i trzy noce — wymruczała Nynaeve. Ona i Elayne wchodziły w sen, by rozmawiać z Birgitte tak często, jak tylko mogły, chociaż nie zawsze było to możliwe, zwłaszcza kiedy Thom i Juilin spali razem z nimi i trzymali wartę. Birgitte pamiętała z własnego doświadczenia Wojnę o Moc — a przynajmniej swój żywot w owych czasach — oraz Przeklętych. Jej przeszłe życia były niczym książki przeczytane wiele lat temu, po których przechowała się odległa tylko pamięć, im dawniejsze, tym mniej wyraźnie, ale Przeklętych przypominała sobie dobrze. Szczególnie Moghedien.
— Widzisz, Nynaeve? Tutaj nawet upływ czasu może się zmieniać na rozmaite sposoby. Mogą minąć miesiące, zanim znów się odrodzę, albo tylko dni. Tutaj, dla mnie. W świecie jawy przeminą lata, nim to się stanie.
Nynaeve z wysiłkiem stłumiła swój niepokój.
— Dlatego nie wolno nam marnować czasu, który pozostał. Czy widziałaś któreś z nich od naszego ostatniego spotkania? — Nie było potrzeby wspominać, kogo.
— Aż nazbyt wielu. Lanfear często, rzecz jasna, odwiedza Tel’aran’rhiod, ale oprócz niej widziałam Rahvina, Sammaela i Graendel. Także Demandreda. Oraz Semirhage. — W głosie Birgitte przy tym ostatnim imieniu pojawiło się nieznaczne napięcie; nawet Moghedien, która jej nienawidziła, nie potrafiła wywołać tak wyraźnego przestrachu na jej twarzy, Semirhage to była jednak zupełnie inna sprawa.
Nynaeve również zadrżała — złotowłosa kobieta powiedziała jej zbyt dużo na temat tamtej — i zdała sobie sprawę, że ma na sobie gruby wełniany płaszcz, z kapturem nasuniętym głęboko, aby ukryć twarz; zarumieniła się i natychmiast sprawiła, iż zniknął.
— Żadne z nich cię nie widziało? — zapytała z niepokojem. Birgitte była na wiele sposobów bardziej podatna na ciosy, pomimo jej większej wiedzy na temat Tel’aran’rhiod. Nie potrafiła przenosić; każde z Przeklętych mogło ją zniszczyć z równą łatwością, z jaką się rozdeptuje mrówkę, nawet nie myląc kroku. A gdyby została tutaj zabita, nie odrodziłaby się już nigdy więcej.
— Nie jestem tak bezradna... ani głupia... by na to pozwolić. — Birgitte wsparła się na swym srebrnym łuku; legenda głosiła, że nigdy nie rozstawała się ani z nim, ani ze srebrnymi strzałami. — Oni są zanadto zajęci sobą, by się przejmować kimś innym. Widziałam Rahvina i Sammaela oraz Graendel i Lanfear, starali się podkraść do siebie niezauważenie. A Demandred i Semirhage ich śledzili. Od czasu, kiedy się uwolnili, nie widziałam ich tylu naraz w tym miejscu.
— Pewnie coś knują. — Nynaeve przygryzła wargę w pełnym niepokoju namyśle. — Ale co?
— Nie potrafię jeszcze powiedzieć, Nynaeve. Podczas Wojny z Cieniem przez cały czas spiskowali, równie często przeciwko sobie, ale ich dzieła nigdy nie służyły dobrze światu, czy to jawy, czy snu.