Выбрать главу

15

Czego można się dowiedzieć w snach

Nynaeve uważnie odtworzyła w umyśle obraz gabinetu Amyrlin, dokładnie w taki sam sposób, w jaki wyobraziła sobie Serce Kamienia, kiedy kładła się spać. Zmarszczyła czoło, nic bowiem Się nie zdarzyło. Powinna się przenieść do Białej Wieży, do pomieszczenia, o którym myślała. Spróbowała ponownie, tym razem przywołując obraz pomieszczenia, które odwiedzała o wiele częściej, mimo iż bywała wówczas znacznie bardziej nieszczęśliwa.

Serce Kamienia zamieniło się w gabinet Mistrzyni Nowicjuszek, solidne, pokryte ciemną boazerią ściany, pokój wypełniony prostymi mocnymi meblami, których używały całe pokolenia kobiet sprawujących ten urząd. Kiedy wykroczenia nowicjuszek były tak duże, że zwykła pokuta. czyli dodatkowe godziny szorowania podłóg albo inne tego typu zajęcia okazywały się niewystarczające, wówczas odsyłano je do tego gabinetu. W przypadku Przyjętej otrzymanie takiego wezwania równało się bardzo poważnemu wykroczeniu, ale idąc tam, miała nogi jak z waty, gdyż wiedziała, że kara będzie równie bolesna, być może nawet bardziej.

Nynaeve nie miała ochoty przyglądać się dokładniej pomieszczeniu — podczas jej licznych wizyt w tym miejscu Sheriam określała ją jako umyślnie upartą — ale przyłapała się na tym, że patrzy w lustro zawieszone na ścianie, w którym nowicjuszki i Przyjęte musiały oglądać odbicie swego zapłakanego oblicza, słuchając jednocześnie wykładu Sheriam na temat przestrzegania reguł lub okazywania odpowiedniego szacunku, czy czego tam jeszcze. Posłuszeństwo względem reguł ustanawianych przez innych, tudzież okazywanie wymaganego szacunku zawsze przychodziło Nynaeve z trudem. Ledwie widoczne pozostałości po złoceniach na rzeźbionej ramie lustra wskazywały, że musi wisieć tutaj od czasów Wojny Stu Lat, a być może nawet od samego Pęknięcia.

Taraboniańska sukienka była piękna, ale każdy kto ją w niej zobaczy, od razu nabierze podejrzeń. Nawet kobiety Domani zazwyczaj ubierały się skromnie, kiedy składały wizytę w Wieży, a nie potrafiła wyobrazić sobie nikogo, kto śniłby o swej bytności w tym miejscu i nie zachowywałby się równocześnie najlepiej, jak potrafi. Nie chodziło o to, że spodziewała się tutaj spotkać kogoś, wyjąwszy być może tych, którzy na kilka chwil wśnili się najzupełniej przypadkowo do Tel’aran’rhiod; przed Egwene od dawna nie było w Wieży żadnej kobiety zdolnej do wejścia w Świat Snów, to znaczy od czasów Corianin Nedeal, ponad czterysta lat temu. Z drugiej jednak strony, wśród ter’angreali skradzionych z Wieży, które wciąż pozostawały w rękach Liandrin i jej wspólniczek, jedenaście badała właśnie Corianin. Dwa pozostałe obiekty jej badań, te dwa, które miały ona i Elayne, stwarzały możliwość przeniesienia się do Tel’aran’rhiod; należało więc zakładać, iż pozostałe pełnią podobne funkcje. Szanse na to, że Liandrin albo któraś z pozostałych powróciła we śnie do Wieży, z której wcześniej uciekła, były doprawdy niewielkie, ale nie należało ryzykować, skoro istniało choćby najmniejsze prawdopodobieństwo wpadnięcia w pułapkę. Jeśli już o to chodzi, nie mogła być do końca pewna, że lista ukradzionych ter’angreali zawiera wszystkie, które badała Corianin. Zapisy w księgach często bywały niejasne, jeśli chodzi o ter’angreale, których działania żadna z sióstr nie rozumiała, a więc inne, podobnie działające równie dobrze mogły pozostawać w rękach Czarnych sióstr wciąż obecnych w Wieży.

Sukienka zmieniła się całkowicie, miała teraz na sobie białą wełnę pośledniejszego gatunku, obszytą lamówką z siedmioma kolorowymi paskami, po jednym dla każdych Ajah. Gdyby zobaczył ją ktoś, kto nie zniknąłby po paru chwilach, mogłaby swobodnie się przenieść natychmiast do Siendy, ta osoba zaś pomyślałaby, że ta tylko jedna z Przyjętych dotknęła Tel’aran’rhiod w swoim śnie. Nie. Nie da gospody, lecz do gabinetu Sheriam. Każda, przed którą musiałaby się w ten sposób chować. mogłaby przecież być jedną z Czarnych Ajah, a je wszak zobowiązana była ścigać.

Dokończyła swego przebrania i szarpnęła za warkocz, który nagle zaczął połyskiwać czerwonym złotem, potem wykrzywiła się do patrzącej na nią z lustra twarzy Melaine. Tak, oto była kobieta, którą z radością wydałaby w ręce Sheriam.

Gabinet Mistrzyni znajdował się w pobliżu kwater nowo przyjętych, na szerokim zaś, wykładanym płytami korytarzu skrzyła się biel sukien przerażonych nowicjuszek znikająca w wyszukanych draperiach ścian i za zgaszonymi stojącymi lampami. Doprawdy wiele dziewczęcych koszmarów dotyczyła Sheriam. Nie zwracała na nie uwagi, śpiesząc się; nie znajdowały się zresztą w Świecie Snów na tyle długo, aby ją zobaczyć, a jeśli nawet, ter z pewnością uznają ją za część własnego snu.

Do gabinetu Amyrlin można było łatwo dotrzeć po szerokich schodach. Kiedy podeszła bliżej, nagle pojawiła się przed nią Elaida, pot spływał jej po twarzy, miała na sobie czerwoną suknię., stuła zaś Zasiadającej na Tronie Amyrlin otaczała jej ramiona. Czy też coś, co przypominała stułę Amyrlin, nie było bowiem na niej błękitnego pasa.

Bezwzględne ciemne oczy spoczęły na postaci Nynaeve.

— Ja jestem Zasiadającą na Tronie Amyrlin, dziewczyno! Czy nie wiesz, jak okazać należny mi szacunek? Pokażę ci wię... — W pół słowa zniknęła.

Nynaeve stała przez chwilę, ciężko dysząc. Elaida jako Amyrlin; to z pewnością był koszmar.

“Przypuszczalnie jej najśmielsze marzenia” — pomyślała gniewnie. — „Prędzej śnieg spadnie w Łzie, niż ona wzniesie się tak wysoka”.

Przedpokój był laki sam, jak go zapamiętała, z szerokim stołem i ustawianym za nim krzesłem — miejscem Opiekunki Kronik. Pod ścianami znajdowało się kilka krzeseł przeznaczonych dla Aes Sedai, które oczekiwały na audiencję u Amyrlin; nowicjuszki i Przyjęte. w takich wypadkach musiały stać. Jednak porządek, który panował na stole wśród dokumentów, zwojów papieru i pergaminu zupełnie nie pasował do Leane. Nie żeby była bałaganiarą, wręcz przeciwnie, jednak Nynaeve zawsze się wydawało, że dopiero nocami tamta porządkowała swój stół.

Pchnęła drzwi wiodące do wewnętrznego pomieszczenia, ale kiedy weszła do środka, poczuła, że nogi ma jak z waty. Nic dziwnego, iż nie była w stanie wśnić się tutaj — pomieszczenie w niczym nie przypominało obrazu, jaki zapamiętała. Ten zdobnie rzeźbiony stół i wysokie, przypominające tron krzesło. Rzeźbione w liście winorośli stołki stały idealnym półkolem przed stołem, żaden nawet na cal nie wysuwał się do przodu. Siuan Sanche lubiła proste umeblowanie, jakby chciała tym samym pokazać, że wciąż jest tylko zwykłą córką rybaka, i miała w pokoju tylko jedno dodatkowe krzesło, z którego zresztą nie zawsze pozwalała odwiedzającym korzystać. I jeszcze ta biała waza pełna czerwonych róż, sztywno stercząca na postumencie ,jak pomnik. Siuan lubiła kwiaty, ale preferowała bukiety złożone z rozmaitych kolorów, niczym miniaturowe pola porośnięte dzikim kwieciem. Nad kominkiem wisiał kiedyś prosty rysunek przedstawiający łodzie rybackie o wysokich masztach. Teraz zastąpiły go dwa obrazy; scenę przedstawianą przez jeden z nich Nynaeve natychmiast rozpoznała — Rand walczący z Przeklętym, który nazywał siebie Ba’alzamonem, w chmurach nad Falme. Drugi, składający się z trzech drewnianych panneau, przedstawiał sceny, których nie potrafiła skojarzyć z niczym, co znała.

Drzwi otworzyły się, a Nynaeve serce podeszło do gardła. Rudowłosa Przyjęta, której nigdy dotąd nie w widziała, weszła do pomieszczenia i zapatrzyła się na nią. W przeciwieństwie do pozostałych nie zniknęła natychmiast. Dokładnie w tej samej chwili, gdy Nynaeve ,już była gotowa się przenieść z powrotem do gabinetu Sheriam, rudowłosa przemówiła: