— Nynaeve, gdyby Melaine dowiedziała się, że posługujesz się jej twarzą, nie poprzestałaby na przebraniu cię w dziewczęcą sukienkę.
I zupełnie znienacka okazało się, że stoi przed nią Egwene odziana w zwykły ubiór Aielów.
— Tak mnie przeraziłaś, że omal się nie postarzałam o dziesięć lat — wymamrotała Nynaeve. — A więc Mądre na koniec pozwoliły ci swobodnie poruszać się po snach? Czy też Melaine jest gdzieś...
— Powinnaś się bać — warknęła Egwene, a rumieńce zabarwiły jej policzki. — Jesteś głupia, Nynaeve. Dziecko bawiące się świeczką w stodole pełnej siana.
Nynaeve aż otwarła usta ze zdumienia.
„Egwene ją strofuje?”
— Posłuchaj mnie, Egwene al’Vere. Nie pozwoliłam Melaine traktować się w taki sposób i nie zniosę tego...
— Lepiej, żebyś komuś wreszcie pozwoliła, zanim zostaniesz zabita.
— Ja...
— Powinnam zabrać ci ten kamienny pierścień. Powinnam dać go Elayne i powiedzieć, by w ogóle nie pozwalała ci z niego korzystać.
— Spróbuj jej tylko to...!
— Czy ty sądzisz, że Melaine przesadzała choć odrobinę? — powiedziała zdecydowanie Egwene, celując w nią palcem dokładnie tak samo, jak wcześniej Melaine. — Nie przesadzała, Nynaeve. Mądre bez przerwy powtarzają ci prostą prawdę na temat Tel’aran’rhiod, ale ty najwyraźniej sądzisz, że to pogwizdywania głupców podczas wichury. A na pozór jesteś dorosłą kobietą, nie zaś głupim małym dzieckiem. Przysięgam, że o ile miałaś kiedyś choć odrobinę zdrowego rozsądku, teraz wygląda na to, że się ulotnił niczym kłąb dymu. Cóż, znajdź go, znajdź, Nynaeve!
Parsknęła głośno, poprawiając szal na ramionach.
— Teraz właśnie próbujesz igrać z porządnym ogniem płonącym na kominku, zbyt głupia, by zdać sobie sprawę, że możesz wpaść do środka.
Nynaeve stała, patrząc na nią w zadziwieniu. Kłóciły się wystarczająco często, ale Egwene nigdy dotąd nie próbowała się zwracać do niej jak do dziewczynki schwytanej z ręką w dzbanie z miodem. Nigdy! Suknia. Miała na sobie suknię Przyjętej i cudzą twarz. Szybko zmieniła się, powracając do swego poprzedniego wyglądu, do dobrych, niebieskich wełen, które często zakładała. na spotkania Koła i wtedy, gdy trzeba było przywołać do porządku Radę. Poczuła, jak wraz z ubiorem powraca do niej cały autorytet Wiedzącej.
— Doskonale zdaję sobie sprawę, jak niewiele wiem — oznajmiła pozbawionym intonacji głosem — ale te kobiety Aiel...
— A czy zdajesz sobie sprawę, że możesz wśnić się w coś, z czego nie będziesz mogła się wydostać? Tutaj sny są realne. Jeżeli zanurzysz się w jakiś dziwny, choćby nawet miły sen, może cię on pochwycić. Sama możesz wpaść we własną pułapkę, w której pozostaniesz, dopóki nie umrzesz.
— Czy...
— W Tel’aran’rhiod ucieleśniają się koszmary, Nynaeve.
— Czy dopuścisz mnie wreszcie do głosu? — warknęła Nynaeve. Albo raczej próbowała warknąć na Egwene; w jej głosie było nazbyt dużo konsternacji i prośby, by ją ta zadowoliło. W każdym razie tego już było dla niej za wiele.
— Nie, nie dopuszczę — twardo odrzekła Egwene. — Dopóki nie będziesz miała do powiedzenia czegoś, co byłoby warte wysłuchania. Koszmary, powiedziałam i miałam na myśli koszmary, Nynaeve. Kiedy ktoś śni koszmar, a znajduje się akurat w Tel’aran’rhiod, ten koszmar również staje się rzeczywisty. I czasami udaje mu się przeżyć tego, który go wyśnił. Nie zdajesz sobie z tego sprawy, nieprawdaż?
Nagle potężne dłonie pochwyciły Nynaeve za ramiona. Jej głowa zaczęła się trząść, oczy wyszły z orbit. Dwaj ogromni mężczyźni w łachmanach podnieśli ją do góry, spływające śliną usta odsłaniały ostre, pożółkłe zęby. Usiłowała sprawić, by zniknęli — jeżeli mogły tego dokonać. spacerujące po snach Mądre, również jej to się musi udać — a wtedy jeden z nich rozdarł jej suknię niczym zetlały pergamin. Drugi ujął podbródek zrogowaciałą, pokrytą brodawkami i zgrubieniami dłonią, przysunął do swojej twarzy, nachylił się nad nią, otworzył usta. Czy chciał ją pocałować, czy ugryźć, nie wiedziała, ale pewna była, że raczej woli umrzeć, niźli zgodzi się na jedno bądź drugie. Sięgnęła rozpaczliwie po saidara i nie znalazła nic; wypełniało ją najczystsze przerażenie, nie zaś gniew. Potężne paznokcie zagłębiły się w jej policzkach, nie miała jak poruszyć głową. To wszystko było dziełem Egwene. Egwene w jakiś sposób to zrobiła.
— Proszę, Egwene! — Z jej ust wydarł się pisk, ale była nazbyt przestraszona, by się tym przejmować. — Proszę!
Ci ludzie — te stwory — zniknęli, a jej stopy ciężko grzmotnęły o posadzkę. Przez chwilę zdolna była tylko się trząść od szarpiących nią łkań. Potem jednak pospiesznie naprawiła poszarpaną suknię, ale zadrapania po długich pazurach pozostały na jej szyi i piersiach. Z ubiorem w Tel’aran’rhiod radziła sobie łatwo, ale co się działo z ciałem... Kolana drżały pod nią tak mocno, że musiała bardzo się starać, by nie upaść.
Na poły oczekiwała, że Egwene podejdzie i pocieszy ją, tym razem przyjęłaby to z zadowoleniem. Ale tamta powiedziała tylko:
— Są tutaj znacznie gorsze rzeczy, jednak same koszmary już bywają wystarczająco złe. Te ja stworzyłam i zniszczyłam, ale nawet ja miałam kłopoty z tymi, na które się dotąd natknęłam. I specjalnie się nie starałam ich podtrzymywać, Nynaeve. Gdybyś wiedziała, jak je zniszczyć, nie miałabyś z tym najmniejszych problemów.
Nynaeve gniewnie podrzuciła głowę, postanawiając nie ocierać łez spływających po policzkach.
— Mogłam się wśnić w jakieś inne miejsce. Do gabinetu Sheriam albo z powrotem do swego łóżka. — Nie zabrzmiało to szczególnie ponuro. Z pewnością nie.
Patrzyła płonącymi oczyma na drugą kobietę, ale nie działało to w taki sposób jak zazwyczaj; zamiast wdać się z nią w sprzeczkę, Egwene zwyczajnie uniosła brwi.
— Żadna z tych rzeczy nie pasuje do Siuan Sanche — powiedziała po chwili Nynaeve, aby zmienić temat. Co wstąpiło w tę dziewczynę?
— To prawda — zgodziła się Egwene, rozglądając się po pomieszczeniu. — Teraz rozumiem, dlaczego musiałam się przenieść do swego dawnego pokoju w kwaterach nowicjuszek. Ale przypuszczam, że ludzie czasami decydują się na zmianę wystroju.
— To właśnie miałam na myśli — cierpliwie tłumaczyła jej Nynaeve. Jej głos nie brzmiał już ponuro, ona zaś nie wyglądała na zagniewaną. To było bezsensowne. — Kobieta, która umeblowała ten pokój, nie patrzy na świat w taki sam sposób, jak ta, która wybrała poprzednie umeblowanie. Spójrz na te obrazy. Nie mam pojęcia, co pokazuje ten potrójny, ale ten drugi możesz rozpoznać z równą łatwością jak ja. — Obie były przy przedstawionych na nim wydarzeniach.
— Powiedziałabym, że to jest Bonwhin — z namysłem oznajmiła Egwene. — Nigdy nie słuchałaś wykładów tak uważnie, jak powinnaś. A nazywa się tryptyk.
— Jakkolwiek się nazywa, istotny jest ten drugi. — Wystarczająco uważnie słuchała wykładów udzielanych przez Żółte. Cała reszta, a przynajmniej spora część, to był zbiór bezużytecznych nonsensów. — Wydaje mi się, że kobieta, która to powiesiła, potrzebowała ciągłego napomnienia a tym, jak niebezpieczny jest Rand. Jeśli Siuan Sanche z jakiegoś powodu zwróciła się przeciwko Randowi... Egwene, to może być znacznie gorsze niźli tylko próba sprowadzenia Elayne do Wieży.
— Możliwe — odrzekła z namysłem Egwene. — Być może dowiemy się czegoś z tych dokumentów. Ty poszukaj tutaj, kiedy skończę z biurkiem Leane, przyjdę ci pomóc.
Nynaeve odprowadziła Egwene urażonym wzrokiem, kiedy tamta wychodziła z pomieszczenia.