Выбрать главу

— Myślę, że... Nie pamiętam. — Ze wszystkich sił starała się stłumić te defensywne tony pobrzmiewające w jej głosie.

„Światłości, wyznałam wszystko, zrobiłam z siebie idiotkę, i tylko jeszcze pogorszyłam całą sprawę!”

— Postaram się sobie przypomnieć.

— Dobrze. Musimy je znaleźć, Nynaeve. — Przez chwilę Egwene wpatrywała się w nią badawczo, podczas gdy ona ze wszystkich sił starała się powstrzymać przed powtarzaniem tej głupiej frazy. — Nynaeve, będziesz musiała się zająć Moghedien. I nie szarżuj niczym niedźwiedź na wiosnę tylko dlatego, że uciekła ci wtedy w Tanchico.

— Nie jestem głupia, Egwene — ostrożnie powiedziała Nynaeve. To było doprawdy trudne trzymać swoje emocje na wodzy, ale jeśli Egwene najzwyczajniej ignorowała wybuchy jej gniewu albo po prostu traktowała ją z góry, niczego więcej nie mogła osiągnąć, niż tylko wyjść na jeszcze większą prostaczkę niżli dotąd.

— Wiem. Ty tak powiedziałaś. Tylko zawsze o tym pamiętaj. Bądź ostrożna. — Egwene nie rozpłynęła się tym razem powoli, zniknęła równie nagle jak Birgitte.

Nynaeve patrzyła tępym wzrokiem na miejsce, gdzie przed chwilą stała tamta, w głowie kłębiły jej się słowa, których nigdy by nie wypowiedziała. Na koniec zdała sobie sprawę, że równie dobrze mogłaby tutaj stać całą noc; powtarzała więc sobie, że czas na to, by cokolwiek powiedzieć, nieodwołalnie minął. Mamrocząc coś pod nosem, wyszła z Tel’aran’rhiod prosto do swego łóżka w Siendzie.

Egwene wytrzeszczonymi oczyma starała się przeniknąć całkowitą ciemność, rozświetloną tylko nieznacznie promieniami księżyca wślizgującymi się przez otwór odprowadzający dym. Zadowolona była, że głęboko zagrzebała się pod stertą kocy; ogień wygasł, a mroźne zimno wypełniało wnętrze namiotu. Jej oddech zamieniał się w parę tuż przed twarzą. Nie unosząc głowy, uważnie przyglądała się otoczeniu. Żadnych Mądrych. Wciąż była sama.

To było przedmiotem jej największych obaw podczas samotnych wypraw do Tel’aran’rhiod - że powracając, zastanie Amys lub jedną z pozostałych w swoim namiocie. Cóż, być może nie tego bała się najbardziej — niebezpieczeństwa, jakie czyhały w Świecie Snów były rzeczywiście tak groźne, jak to powiedziała Nynaeve — ale w każdym razie obawiała się tego bardzo. Nie chodziło tutaj nawet o karę, nawet taką, jakiej mogłaby się spodziewać od Bair: Gdyby się obudziła i zastała jedną z Mądrych wpatrującą się w nią, łatwo zgodziłaby się ponieść nawet najsurowszą karę, jednak Amys powiedziała jej, prawie na samym początku, że jeśli wejdzie do Tel’aran’rhiod bez jednej z nich., to odeślą ją wówczas i nie będą już dłużej niczego jej uczyć. Tego właśnie obawiała się bardziej niż czegokolwiek innego, co mogłyby ,jej zrobić. Ale nawet mając to na uwadze, musiała tak postępować. Niezależnie od tego, jak szybko starały się ją wszystkiego nauczyć, dla niej było to zbyt wolno. Chciała już teraz wiedzieć, wiedzieć wszystko.

Przeniosła i zapaliła lampę, potem roznieciła ogień na palenisku; nic nie zostało do spalenia, ale splotła strumienie w taki sposób, że ogień płonął bez konieczności utrzymywania splotów. Leżała przez chwilę nieruchomo, obserwując, jak jej oddech zamienia się w parę tuż przy ustach i czekając, aż zrobi się dosyć ciepło, by mogła się ubrać. Było już późno, ale być może Moiraine jeszcze nie śpi.

To, co się zdarzyło z Nynaeve, wciąż przepełniało ją rozbawieniem.

„Przypuszczam, że naprawdę by wypiła, gdybym ją dalej naciskała”.

Tak bardzo się obawiała, że. Nynaeve dowie się, iż właściwie wcale nie ma pozwolenia Mądrych na samodzielną włóczęgę po Świecie Snów. Była do tego stopnia przekonana, że rumieniec zażenowania ją zdradzi, iż potrafiła tylko myśleć o tym, jak nie dopuścić tamtej do głosu, nie pozwolić jej odkryć prawdy. Nie wątpiła, że na koniec wszystko i tak wyjdzie na jaw — ta kobieta była najzupełniej zdolna do tego, by ją wydać i twierdzić, że to dla jej dobra — potrafiła więc tylko nieprzerwanie mówić, każdorazowo starając się kierować rozmowę na to, co Nynaeve źle robiła. Nieważne do jakiego stopnia Nynaeve udałoby się ją rozzłościć, i tak byłaby niezdolna nawet do podniesienia głosu. Ale dzięki temu w jakiś sposób udało jej się osiągnąć przewagę.

Jeśli już o to chodzi, to Moiraine również rzadko podnosiła głos, a kiedy już tak czyniła, wówczas okazywało się, że to najmniej skuteczny sposób na osiągnięcie zamierzonego celu. Było tak również, zanim zaczęła się zachowywać tak dziwnie względem Randa. Mądre także nigdy na nikogo nie krzyczały — wyjąwszy siebie nawzajem, czasami — i mimo całego narzekania, że wodzowie ich nie słuchają, jakoś udawało im się o wiele częściej postawić na swoim niż odwrotnie. Istniało stare powiedzenie, którego nigdy dotąd w pełni nie rozumiała: „Wytęża się, by usłyszeć szept ten, kto odmawia przyjęcia do wiadomości krzyku”. Nigdy więcej odtąd nie będzie już krzyczeć na Randa. Cichy, nieustępliwy, kobiecy głos, o to właśnie chodziło. A poza tym nie powinna krzyczeć na Nynaeve również dlatego, że była kobietą, nie zaś dziewczynką kierowaną napadami złego humoru.

Przyłapała się na tym, że chichocze. W szczególności nie powinna podnosić głosu w obecności Nynaeve, kiedy spokój przynosił takie rezultaty.

W namiocie na koniec zrobiło się wystarczająco ciepło, że mogła wypełznąć spod koców; ubrała się szybko. Musiała jednak rozbić skorupę lodu w miednicy, żeby zmyć ślady snu z twarzy. Narzuciła płaszcz z ciemnej wełny na ramiona i rozwiązała nici Ognia — Ogień sam z siebie mógł się stać niebezpieczny, gdy się go zostawiało bez dozoru — a kiedy płomienie zgasły, wymknęła się z namiotu. Chłód pochwycił ją w swe objęcia niczym szczęki imadła, kiedy śpieszyła przez obóz.

Widziała tylko najbliższe namioty, niskie ocienione kształty, które równie dobrze mogły być częścią poszarpanego terenu, mimo że obóz rozciągał się na wiele mil w każdą stronę.

Wysokie, ostre szczyty ponad głową nie były jeszcze Grzbietem Świata, ten był o wiele wyższy i leżał o dzień drogi na zachód. Z wahaniem podeszła do namiotu Randa. Wzdłuż pokrywy wejścia dostrzegła srebrne niteczki światła. Kiedy znalazła się bliżej, na jej powitanie uniosła się z ziemi Panna, z rogowym łukiem na plecach, kołczanem przy pasie, włóczniami i tarczą w dłoniach. Egwene nie. mogła w mroku dostrzec pozostałych, ale wiedziała, że one tam są, nawet tutaj, w otoczeniu sześciu klanów, które przysięgły lojalność Car’a’carnowi. Miagoma znajdowali się gdzieś na zachodzie, szli równolegle do trasy ich marszu; Timolan nie określił, jakie są jego zamiary. Gdzie były pozostałe klany, o to Rand najwyraźniej się nie troszczył. Jego uwagę zajmował wyścig do Przełęczy Jangai.

— Czy on już śpi, Enaila? — zapytała.

Cienie księżycowej poświaty zadrgały na twarzy Panny, gdy pokręciła głową.

— Śpi zdecydowanie za mało. Mężczyzna nie poradzi sobie bez wystarczającego odpoczynku. — W jej głosie, gotowa była przysiąc, brzmiały tony właściwa raczej matce lamentującej nad swoim synem.

Cień obok namiotu poruszył się, rozpoznała w nim Aviendhę, opatuloną szczelnie szalem. Zdawała się zupełnie nie odczuwać zimna, martwiła się jedynie późną porą.

— Zaśpiewałabym mu kołysankę, gdybym sądziła, że to coś pomoże. Słyszałam o kobietach, które nie śpią przez całe noce z powodu swego dziecka, ale dorosły mężczyzna powinien wiedzieć, że inni też chcieliby odpocząć. — Ona i Enaila zaśmiały się razem, krótkim chichotem.