Выбрать главу

Nagle Elayne pochyliła się i wykonała dwa przewroty, jej kruczoczarne włosy spłynęły w dół, jedwab pończoch zalśnił w promieniach słońca. Przez tę chwilę, kiedy się prostowała, jej spódnice zdały się muskać gładką, równą powierzchnię, potem uniosła je znowu. Jeszcze dwa kroki i już była na drugiej platformie.

— Czy pan Sedrin potrafił to zrobić, panie Luca?

— Robił salta — odkrzyknął w odpowiedzi. Cicho zaś, pod nosem, dodał: — Ale nie miał takich nóg. Co za dama! Ha!

— Nie tylko ja jedna posiadam takie umiejętności — zawołała Elayne. — Juilin i...

Nynaeve zdecydowanie pokręciła przecząco głową, przenoszenie czy nie, jej żołądek zapewne zareagowałby na tę wysoką linę równie gwałtownie, jak na sztorm na otwartym morzu.

— ...i ja robiliśmy to wielokrotnie. Chodź, Juilin. Pokażemy mu.

Łowca złodziei miał taką minę, jakby już raczej wolał czyścić klatki gołymi rękoma. Klatki lwów, z Iwami w środku. Zamknął oczy, ustami poruszał w bezgłośnej modlitwie i podszedł do drabinki sznurowej jak człowiek idący na szafot. Kiedy znalazł się na szczycie, popatrzył na Elayne, potem na linę, na jego twarzy odbiło się skupienie. Nagle ruszył naprzód, szybko, gwałtownie, z rękami rozciągniętymi po bokach, oczy utkwił w Elayne, usta zaś wciąż powtarzały modlitwę. Dziewczyna zeszła odrobinę po drabince, żeby zrobić miejsce, potem pomogła mu znaleźć szczeble i sprowadziła na dół.

Thom uśmiechnął się do niej z dumą, kiedy wróciła do nich i wzięła czepek z rąk Nynaeve. Juilin wyglądał, jakby go zanurzono w gorącej wodzie, a potem wyżęto.

— To było dobre — powiedział Luca, pocierając z namysłem policzek. — Nie tak dobre jak Sedrin wprawdzie, ale niezłe. W szczególności podobało mi się, że tobie zdawało się to nie sprawiać najmniejszej trudności, podczas gdy... Juilin?... wyglądał na śmiertelnie przerażonego. To może wywołać znakomity efekt.

Juilin posłał mu blady uśmiech, w którym było coś takiego, jakby zaraz chciał sięgnąć po nóż. Luca odwrócił się do Nynaeve, zakręcił połami czerwonej peleryny; naprawdę wyglądał na bardzo usatysfakcjonowanego.

— A ty, moja droga Nano? Jakiż to zaskakujący talent posiadasz? Akrobatka może? Połykaczka mieczy?

— Ja rozdaję jałmużnę — powiedziała mu, klepiąc zwój. — Chyba, że mnie również chciałbyś zaproponować swój wóz?

Obrzuciła go uśmiechem, który sprawił, że zadowolenie zniknęło z jego oblicza, a potem ruszyła na niego tak, że cofnął się o dobre dwie stopy.

Okrzyki wywołały ludzi z wozów, wszyscy skupili się wokół, gdy Luca przedstawiał nowych członków trupy. Na temat Nynaeve wypowiadał się raczej oględnie, nazywając jej umiejętności zaledwie zaskakującymi; postanowiła, że jednak będzie musiała z nim porozmawiać.

Woźnice — furmani, jak Luca nazywał ludzi, którzy nie zdradzali żadnych talentów — wyglądali dość paskudnie, zachowywali się zaś gburowato, być może dlatego, że byli gorzej opłacani. Biorąc pod uwagę ilość wozów, było ich stosunkowo niewielu. Okazało się, że wszyscy muszą pomagać w pracy, włączywszy powożenie; w wędrownej menażerii nie przelewało się, nawet w takiej jak ta. Pozostali stanowili przedziwną zbieraninę.

Petra, siłacz, był największym człowiekiem, jakiego Nynaeve widziała w życiu. Niezbyt wysoki, za to szeroki w barach; skórzana kamizelka odsłaniała ramiona grubości pni drzew. Jego żoną była Clarine, pulchna kobieta o rumianych policzkach, która tresowała psy; przy rum wyglądała na jeszcze mniejszą niż w rzeczywistości. Latelle, która występowała z niedźwiedziami, była ciemnowłosą kobietą o surowej twarzy i krótko przyciętych czarnych włosach; kąciki jej ust wyginały się, jakby zaraz miała zacząć na wszystkich warczeć. Aludra, szczupła kobieta, rzekomy Iluminator, mogła nawet nim być. Ciemnych włosów nie zaplatała w taraboniańskie warkoczyki, co nie było niczym zaskakującym, zważywszy nastroje w Amadicii, ale miała właściwy akcent, a któż mógł wiedzieć, co się stało z Gildią Iluminatorów? Ich kapitularz w Tanchico z pewnością zamknął swe podwoje. Dalej akrobaci, twierdzili, że są braćmi i nazywają się Chavana, lecz choć wszyscy byli niscy i krępi, różnili się znacznie barwą skóry. Najbledszy był Taeric o zielonych oczach — wystające policzki i zakrzywiony nos wskazywały na domieszkę saldaeańskiej krwi — najciemniejszy zaś Barit, o cerze bardziej śniadej niźli skóra Juilina, z tatuażami Ludu Morza na przedramionach, chociaż bez żadnych kolczyków.

Wszyscy prócz Latelle ciepło powitali nowych członków zespołu; więcej wykonawców oznaczało większą liczbę publiczności podczas przedstawień, czyli więcej pieniędzy. Dwaj żonglerzy, Bari i Kin — okazało się później, że naprawdę byli braćmi — wciągnęli Thoma w pogawędkę o swym rzemiośle, kiedy tylko okazało się, że on stosuje zupełnie inne techniki. Przyciąganie większej liczby widzów to była jedna rzecz, konkurencja zaś była czymś zupełnie innym. Jednak uwagę Nynaeve przyciągnęła kobieta o jasnej skórze, która zajmowała się konio-dzikami. Cerandin stała sztywno, trzymając się z boku i prawie się nie odzywała — Luca twierdził, że podobnie jak jej zwierzęta pochodzi z Shary — ale jej miękki, niewyraźny sposób mówienia sprawił, że Nynaeve nadstawiła uszu.

Trochę czasu minęło, zanim ustawili wóz w przeznaczonym dla niego miejscu. Thom i Juilin wydawali się bardziej niż zadowoleni, że ich końmi zajmą się wreszcie woźnice; ich nadzieje ostatecznie okazały się próżne, natomiast do Elayne i Nynaeve zaczęły napływać zaproszenia. Petra i Clarine poprosili je na herbatę, kiedy tylko się rozlokują. Bracia Chavana chcieli, aby obie kobiety zjadły z nimi kolację, Kin i Bari zaś mieli podobne życzenie, co sprawiło; że nieprzyjemny grymas Latelle zamienił się w otwarte szczerzenie zębów. Zaproszenia te zostały grzecznie odrzucone, Elayne zapewne zachowywała się bardziej przyzwoicie niż Nynaeve; wspomnienie tego, jak wytrzeszczała oczy na Galada niczym jakaś żaba, było zbyt świeże. by teraz mogła się zdobyć na coś więcej niż tylko minimum grzeczności wobec jakiegokolwiek mężczyzny. Luca też chciał zaprosić samą Elayne, o czym poinformował ją, gdy’ Nynaeve nie mogła niczego słyszeć. Zarobił za to policzek, a Thom zaczął ostentacyjnie błyskać nożami, które zdawały się pojawiać i znikać w jego dłoniach, dopóki tamten nie odszedł, burcząc coś pod nosem i pocierając twarz.

Zostawiwszy Elayne, by rozpakowała rzeczy w wozie — rozrzuciła je po prawdzie, mrucząc coś przy tym wściekle — Nynaeve poszła do miejsca, w którym trzymano spętane konio-dziki. Wielkie szare stworzenia wydawały się dość spokojne, ale pamiętając dziurę w kamiennej ścianie „Królewskiego Lansjera”, nie ufała zbytnio skórzanym rzemieniom łączącym ich masywne przednie nogi. Cerandin drapała wielkiego samca ościeniem zakończonym hakiem z brązu.

— Jak one się naprawdę nazywają? — Nynaeve z oporami poklepała długi nos samca, czy też pysk, cokolwiek to było. Te kły były równie grube jak jej nogi i długie na dobre trzy kroki, samica miała niewiele mniejsze. Zwierzę sapnęło przez nos w jej suknie, ona zaś cofnęła się pośpiesznie.

— S’redit - powiedziała kobieta o jasnej skórze. — To są s’redit, jednak pan Luca uznał, że lepsza będzie nazwa, którą łatwiej wymówić.

Tego przeciągłego akcentu nie sposób było z niczym pomylić.

— Czy s’redit są powszechne w Seanchan?

Oścień znieruchomiał na moment, potem jednak kobieta podjęła drapanie.

— Seanchan? Gdzie to jest? S’redit pochodzą z Shary, podobnie jak ja. Nigdy nie słyszałam o...

— Być może nawet i widziałaś Sharę, Cerandin, ale ja osobiście w to wątpię. Jesteś Seanchanką. O ile się nie mylę, musiałaś przypłynąć razem z wojskami inwazyjnymi na Głowę Tomana, a potem nie zdążyli cię zabrać z Falme..