Poważnym naukowcom na pokładzie nie podobała się zapowiadana wizyta ekipy telewizyjnej. Uważali reporterów za intruzów, którzy będą im przeszkadzać w pracy głupimi pytaniami. Austin podchodził do tego zupełnie inaczej. Widział w tej wizycie wybawienie od codziennej nudy.
Ekipa miała się zjawić tego ranka. Nie pokazała się. Próby wywołania jej przez radio spełzły na niczym. Po lunchu Austin wspiął się do sterowni i przedstawił kapitanowi swój pomysł. Dowódca “Argo” Joe Atwood był wściekły, że ludzie z telewizji nie przypłynęli ani nie odezwali się. Spacerował od jednego skrzydła mostka do drugiego i badał horyzont przez lornetkę. Statek NUMA miał się przenieść w inne miejsce i nie mogli tkwić tu bez końca.
– Nasi goście nie dali znaku życia? – zapytał Austin, choć mina Atwooda wystarczyła mu za odpowiedź.
Kapitan zerknął za zegarek.
– Pewnie zabłądzili. Kiedy następnym razem ci idioci od public relations każą mi zabawiać jakichś gnojków z telewizji, powiem im, żeby wsadzili sobie swoje polecenie tam, gdzie słońce nie dochodzi.
Kapitan nie był w odpowiednim nastroju, by przypomnieć mu, że ludzie od public relations odwalają dla agencji kawał dobrej roboty: nagłaśniają osiągnięcia NUMA, co pomaga wyciągnąć od Kongresu fundusze. Między innymi na takie programy, jak badania na Morzu Czarnym.
– Mam propozycję – odpowiedział Austin. – Jestem teraz wolny. Może przelecę się po okolicy i spróbuję ich znaleźć?
Kapitan wyszczerzył zęby w porozumiewawczym uśmiechu.
– Nie oszukasz mnie, Austin. Chciałeś wsiąść do “Gooneya” od dnia, w którym postawiłeś nogę na pokładzie.
– Załatwię dwie sprawy za jednym zamachem. Przetestuję go i poszukam naszych niesłownych gości.
Austin nie dodał, że lot byłby dla niego doskonałym antidotum na nudę. Atwood przygładził palcami jasnorude włosy.
– Dobra, stary. Leć. Ale podawaj swoją pozycję co kilka minut. Wystarczy mi problem z tymi typkami z telewizji. Nie chcę uganiać się za tobą po całym Morzu Czarnym.
Austin podziękował mu i zszedł na dół przygotować “Gooneya”. Samolocik służył do wydłużenia zasięgu obserwacji “Argo”. Wprawdzie radar używany na większości statków NUMA wykrywał komara z odległości piętnastu kilometrów, ale czasem nic nie mogło zastąpić ludzkiego oka. “Gooneya” zaprojektował geniusz techniczny, Joe Zavala. Poprosił Austina o zabranie samolociku na pokład “Argo” i przetestowanie w warunkach naturalnych. Ponieważ jednak statek był cały czas w ruchu, dopiero teraz zdarzyła się okazja do przeprowadzenia lotu testowego.
Jednomiejscową maszynę nazwano “Gooneyem” od slangowego określenia albatrosa. Marynarze ochrzcili tak ptaka słynącego z pięknego lotu, ale niezdarnie startującego i lądującego. Austin obejrzał samolot w hangarze pokładowym. Nie zrażał się jego niezgrabnym wyglądem. Wiedział, że zaletą takich samolotów jest stabilność i łatwość obsługi.
Płaskodenny kadłub z włókna szklanego miał kształt kanu i pływaki na aluminiowych wspornikach. Zaopatrzony w chowane podwozie “Gooney” mógł lądować na wodzie lub na ziemi.
Samolot wyciągnięto z hangaru na pokład. Rozłożono i umocowano wąskie, dziewięciometrowe skrzydła pokryte dakronem. Austin wszedł do przytulnego kokpitu. Załoga “Argo” zepchnęła “Gooneya” z szerokiej pochylni rufowej do wody. Austin uruchomił silnik, rzucił cumę i popłynął na otwarte morze, żeby wyczuć stery. Samolocik dobrze się prowadziło po wodzie i Austin uznał, że czas zobaczyć, jak będzie w powietrzu. Ustawił “Gooneya” w kierunku startu i otworzył przepustnicę.
Kompaktowy silnik o mocy czterdziestu koni mechanicznych poderwał maszynę w górę. Przez jakieś trzydzieści metrów samolot muskał grzywy fal, a potem wzbił się w powietrze. Austin okrążył “Argo”, pomachał skrzydłami i wziął kurs na cieśninę Bosfor, łączącą Morze Czarne z Morzem Śródziemnym. Uważał, że skoro ekipa telewizyjna mieszka w Stambule, powinna przypłynąć z tamtego kierunku.
Dwusuwowy, dwucylindrowy silnik Rotaksa, napędzający śmigło za kokpitem, mógł rozpędzić tęponosy samolocik do stu pięciu kilometrów na godzinę. Nie była to szybkość zawrotna, ale maszynę prowadziło się znakomicie. Skręcała, wznosiła się i nurkowała, bez sprzeciwu słuchając sterów. Austin czuł się wolny jak mewy, które krążyły nad “Argo” w poszukiwaniu odpadków z kuchni okrętowej. Leciał dziewięćdziesiątką na wysokości trzystu metrów. Z tego pułapu widział wszystko w promieniu wielu mil morskich. Dziewiętnastolitrowy zbiornik paliwa wystarczał na dwieście czterdzieści kilometrów.
Powietrze było krystalicznie czyste, rozfalowana powierzchnia wody mieniła się srebrzyście w jasnym słońcu. Austin przeczesywał morze według klasycznego wzorca poszukiwawczego: latał tam i z powrotem po równoległych liniach prostych. Taka metoda pozwalała sprawdzić znaczny obszar w krótkim czasie. Przed opuszczeniem Stambułu ekipa telewizyjna wysłała na “Argo” krótką wiadomość radiową. Prosili o pozycję statku i podali przybliżony czas przybycia. Mieli przypłynąć kutrem rybackim. Austin widział w dole wiele kutrów, ale żaden nie kierował się w stronę “Argo”.
Latając tam i z powrotem, Austin szybko zużył paliwo. Została jedna trzecia zbiornika. Akurat tyle, żeby dolecieć na “Argo”. Austin sprawdził kompas i postanowił wracać na statek, gdy zauważył łódź zbliżającą się szybko do wybrzeża rosyjskiego. Ciekawość zwyciężyła. Zszedł na wysokość stu pięćdziesięciu metrów i prawie zrównał się z gumową łodzią. Nagle uderzyła w nią fala i przewróciła do góry dnem.
Austin zatoczył krąg. Zastanawiał się, co robić. Przewrócony ponton zachowywał się dziwnie. Fale znosiły go w stronę lądu, ale dryfował w bok.
Austin sięgnął po mikrofon.
– “Gooney” do “Argo”. zgłoś się.
– Tu “Argo” – odezwał się znajomy głos kapitana. – Jak się sprawuje nasz mały ptaszek morski?
– Jak wytresowany pterodaktyl. Właściwie lata sam. Dobra zabawa.
– Cieszę się. Żadnego śladu tych niewiarygodnych idiotów z Niewiarygodnych tajemnic!
Austin patrzył na łódź.
– Jedyną tajemnicą jest tutaj przewrócony zodiac. Trzymali się go jacyś ludzie, ale zniknęli.
– Gdzie jesteś?
– Blisko wybrzeża – odrzekł Austin i przyjrzał się skalistemu cyplowi. – Obok urwiska z plażą i wydmami. Zarys skały na przylądku przypomina mi profil admirała Sandeckera.
– Zapytam nawigatora. Pływał po tych wodach setki razy – powiedział Atwood. Po krótkiej przerwie wyjaśnił: – To Cypel Imama.
– Łódź dryfuje do brzegu. Za duże fale, żebym mógł usiąść na wodzie.
– Co mamy zrobić?
– Zejdę niżej i rozejrzę się. Jeśli kogoś znajdę, będę potrzebował pomocy. “Gooney” to nie samolot pasażerski.
– Ruszamy w drogę. Spotkanie za mniej więcej godzinę.
– Przyjąłem. Wyląduję i poszukam baru, gdzie serwują porządne martini.
Austin wyłączył mikrofon i znów popatrzył na łódź. Uśmiechnął się. Nie przywidziało mu się. Spod pontonu wyłoniła się trójka ludzi. Płynęli żabką do brzegu.
Zawsze najlepiej lądować pod wiatr. Teraz wiało od morza. Austin zszedł na trzydzieści metrów i wziął kurs na plażę. Celował w długą wydmę. Zamierzał zawrócić nad nią i usiąść na piasku.
“Gooney” przeleciał nad trójką pływaków. Pozwalali się nieść falom, żeby oszczędzić siły. Austin dostrzegł nisko położone budynki w głębi lądu, ale jego uwagę przykuł jasny błysk z ziemi. Samolocik potrafił zawrócić niemal w miejscu. Austin wykorzystał jego zwrotność i szarpnął drążkiem sterowym. “Gooney” wykonał ciasny skręt i Austin zobaczył płytką dolinkę za wydmą.