Выбрать главу

– Dziękuję, panie prezydencie – odpowiedział dźwięcznym głosem, który przez lata rozbrzmiewał w senacie. – Z pewnością każdy z panów zna dramatyczną sytuację w Rosji. Za kilka tygodni lub nawet dni możemy się spodziewać upadku legalnie wybranego prezydenta tego kraju. Ich gospodarka znajduje się w ruinie i Rosja z pewnością nie dotrzyma swoich zobowiązań wobec świata.

– Powiedz im o wojsku – podsunął prezydent.

– Armia rosyjska jest bezbronna. Ludzie mają dosyć korupcji i zorganizowanej przestępczości. Nacjonalizm i wrogość do Stanów Zjednoczonych i Europy sięgają zenitu. Jednym słowem, Rosja to bomba, którą może zdetonować byle incydent.

Tingley urwał dla efektu i zerknął w kierunku Sandeckera. Admirał wiedział, że sekretarz zawsze wszystko komplikuje. Nie zamierzał słuchać zawiłych pouczeń.

– Domyślam się – powiedział uprzejmie – że chodzi o incydent na Morzu Czarnym z udziałem NUMA.

Tingley poczuł się nieco zbity z tropu.

– Z całym szacunkiem, panie admirale, ale nie nazwałbym incydentem naruszenia obcej przestrzeni powietrznej i wód terytorialnych oraz inwazji na suwerenne państwo.

– A ja nie nazwałbym tego inwazją, panie sekretarzu – odparł Sandecker ze spokojem buddyjskiego mnicha. – Jak panu wiadomo, uznałem to zdarzenie za tak ważne, że natychmiast złożyłem w departamencie stanu pełny raport, żeby nikt nie był zaskoczony ewentualną skargą rządu rosyjskiego. Ale spójrzmy na fakty. Ktoś ostrzelał ponton amerykańskiej ekipy telewizyjnej, zabił tureckiego rybaka przy sterze. Reporterzy nie mieli wyboru; musieli popłynąć do brzegu. Wówczas zaatakowali ich bandyci. Amerykanom pomógł inżynier NUMA, który ich szukał. Potem zabrał ich nasz statek badawczy.

– Wszystko załatwiono z pominięciem odpowiednich kanałów – skontrował sekretarz.

– Zdaję sobie sprawę z zapalnej sytuacji w Rosji, ale mam nadzieję, że nie będziemy tego rozdmuchiwać do niewłaściwych proporcji. Cały incydent trwał zaledwie kilka godzin. Ekipa telewizyjna rzeczywiście naruszyła obce wody terytorialne, ale w końcu nic się nie stało.

Sekretarz ostentacyjnie otworzył teczkę z emblematem departamentu stanu.

– Raport pańskiej agencji mówi co innego. Oprócz tureckiego rybaka zginął co najmniej jeden obywatel rosyjski. Inni mogli zostać ranni w tym “incydencie”.

– Czy rząd rosyjski złożył protest “odpowiednimi kanałami”, o których pan wspomniał?

– Jak dotąd, nie odezwali się ani Rosjanie, ani Turcy – wtrącił się Rogers, doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego.

– Więc jest to burza w szklance wody – podsumował Sandecker. – Jeśli Rosjanie oskarżą nas o naruszenie ich suwerenności, chętnie przedstawię im fakty i osobiście przeproszę ich ambasadora. Zapewnię go, że to się więcej nie powtórzy. Znam go dobrze dzięki współpracy NUMA z jego krajem.

Tingley zwrócił się do Sandeckera, ale patrzył na prezydenta.

– Mam nadzieję – powiedział kwaśno – że nie weźmie pan tego do siebie, admirale, ale nie pozwolimy, żeby gromada morskich maniaków dyktowała politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych.

Jego dowcip nikogo nie rozbawił. Zwłaszcza Sandeckera. Nazwać NUMA “gromadą morskich maniaków”? Uśmiechnął się jak barrakuda, a jego spojrzenie miało temperaturę lodu. Szykował się do rozerwania Tingleya na strzępy.

Wiceprezydent zobaczył, na co się zanosi i zastukał w stół.

– Każdy z panów przedstawił już swoje stanowisko. Jak zwykle z pełnym przekonaniem. Nie będziemy dłużej zabierać prezydentowi cennego czasu. Jestem pewien, że admirał uzna racje sekretarza stanu, a pan Tingley przyjmie wyjaśnienia i zapewnienia NUMA.

Sekretarz otworzył usta, ale Sandecker skorzystał z furtki, którą wskazał Sparkman.

– Cieszę się, że udało nam się polubownie załatwić tę sprawę.

Prezydent nie lubił kłótni i słuchał ich z wyraźną przykrością.

– Dziękuję, panowie – powiedział z uśmiechem. – Jedno już załatwiliśmy. Przejdźmy teraz do ważniejszej sprawy.

– Zniknięcia łodzi podwodnej NR-1? – zapytał Sandecker.

Prezydent popatrzył na niego z niedowierzaniem, potem wybuchnął śmiechem.

– Zawsze słyszałem, że ma pan oczy z tyłu głowy, admirale. Skąd pan o tym wie? Powiedziano mi, że to ściśle tajne.

– To żadna tajemnica, panie prezydencie. Wielu naszych ludzi ma codzienne kontakty z marynarką wojenną, która jest właścicielem NR-1. Część załogi łodzi pracowała w NUMA. Ojciec kapitana Logana to mój przyjaciel. Zaniepokojone rodziny dzwoniły do mnie z pytaniami o swoich bliskich. Przypuszczały, że coś wiem.

– Jesteśmy panu winni przeprosiny – powiedział prezydent. – Nie chcemy ujawniać tej sprawy, dopóki nie będziemy znali jakichś konkretów.

– To oczywiste – przyznał Sandecker. – Czy łódź zatonęła?

– Nie. Sprawdziliśmy.

– Nie rozumiem. Więc co się stało?

Prezydent zerknął na dyrektora CIA.

– Ludzie w Langley uważają, że została porwana.

– Czy ktoś się odezwał, żeby to potwierdzić? Żądał okupu?

– Nie.

– Więc dlaczego nie podano do publicznej wiadomości, że łódź zniknęła? Mogłoby to pomóc w wytropieniu jej. Z pewnością nie muszę przypominać nikomu, że na pokładzie jest załoga. Nie mówiąc o tym, że łódź kosztowała miliony.

Włączył się wiceprezydent.

– Uważamy, że podanie tego do wiadomości publicznej nie wyszłoby załodze na dobre.

– Wydaje mi się, że wręcz odwrotnie. Powinno się zaalarmować cały świat.

– W normalnych okolicznościach. Ale sprawa jest dość skomplikowana, admirale – odrzekł prezydent. – Obawiamy się, że naraziłoby to ich na niebezpieczeństwo.

– Być może – powiedział bez przekonania Sandecker i utkwił w nim świdrujące spojrzenie. – Domyślam się, że macie jakiś plan.

Wallace poruszył się niespokojnie na krześle.

– Sid, masz odpowiedź dla admirała?

– Chcielibyśmy być optymistami – odparł Sparkman – ale podejrzewamy, że załoga nie żyje.

– Macie na to jakiś dowód?

– Nie, ale to bardzo prawdopodobne.

– To za mało, żeby siedzieć z założonymi rękami.

Sekretarz stanu uznał tę uwagę za obrazę i wybuchnął:

– Nie siedzimy z założonymi rękami, admirale! Rząd rosyjski prosił, żebyśmy na razie stali z boku. Mają kontakty i mogą coś zdziałać. Nie będziemy ryzykowali wtrącania się, zwłaszcza przy narastającym w Rosji nacjonalizmie, prawda, panie prezydencie?

Sandecker zignorował sekretarza i zwrócił się do prezydenta.

– Chyba nie myśli pan, że łódź porwali Rosjanie?

Wallace znów wyręczył się wiceprezydentem.

– Sid, znasz tę sprawę od pierwszego dnia. Możesz to wyjaśnić admirałowi?

– Oczywiście, panie prezydencie, z przyjemnością. To się wiąże z naszym poprzednim tematem, admirale. Krótko po zniknięciu NR-1 skontaktowali się z nami ludzie z rządu rosyjskiego. Powiedzieli, że mogliby odzyskać łódź. Uważają, że zniknięcie NR-1 ma związek z zamieszaniem w ich kraju. Na razie nie mogę powiedzieć nic więcej i proszę pana o cierpliwość.

– Nie rozumiem takiej logiki – odparł Sandecker. – Mamy powierzyć los naszych ludzi rządowi, który może w każdej chwili upaść? Wydaje mi się, że rosyjskie szychy skoncentrują się raczej na ratowaniu własnej skóry niż na szukaniu amerykańskiej łodzi podwodnej.

Wiceprezydent skinął głową.

– Mimo to zgodziliśmy się nie wkraczać. Nawet przy tylu problemach Rosjanie najlepiej potrafią poradzić sobie z tym, co się dzieje na ich podwórku.