Выбрать главу

– Słowo “integracja” to przekleństwo wszystkich sił zbrojnych na świecie. Niech pan zapyta Amerykanów, ile forsy zmarnowali na duplikaty, bo wojska lądowe, marynarka, lotnictwo i marines chciały mieć własne wersje właściwie takich samych systemów broni. U nas było to samo. Marynarka radziecka nie miała ochoty dzielić się z nikim swoimi zdobyczami. Zwłaszcza z takimi jak pan. Działającymi poza wszelką kontrolą.

– Okręt skonstruowano podobno do ratownictwa podwodnego.

– Niech pan nie wierzy w bajki! Ile załóg uratował? Żadnej. Oczywiście, że nadawał się do tego. Klasa India mogła transportować w studniach za kioskiem dwa głębinowe pojazdy ratownicze. Mogły być połączone z lukami ewakuacyjnymi zatopionego okrętu podwodnego. Ale nie zbudowano ich po to, żeby zabierały z dna morskiego nieszczęsnych marynarzy. Służyły do tajnych operacji wywiadowczych i akcji Specnazu.

– Sił specjalnych?

– Oczywiście. Kiedy podkradaliśmy się do Szwecji, mieliśmy na pokładzie podwodne gąsienicowe amfibie opancerzone. Mogły pełzać po dnie morskim jak wielkie owady. India to był superokręt. Szybki i bardzo zwrotny.

– Podobno zbudowano dwie takie jednostki.

– Zgadza się. Jeden okręt miała flota północna, drugi południowa. Czasem obie indie działały razem.

– Co się z nimi stało?

– Przegraliśmy zimną wojnę i wycofano je ze służby. Spisano je na straty.

– Poszły na złom?

Admirał uśmiechnął się.

– Oczywiście.

Pietrow uniósł brwi.

– Przynajmniej na papierze – dodał admirał. – Wie pan, wszyscy się boją, żeby nasze bomby nuklearne nie dostały się w ręce jakiegoś szaleńca. Każdy o tym gada, ale jednocześnie sprzedajemy połowę naszej broni konwencjonalnej, która może być tak samo niebezpieczna w pewnych okolicznościach. O tym nikt nie mówi.

– Ja mówię. Gdzie są obie indie?

– Jedna naprawdę na złomowisku. Drugą kupiła osoba prywatna.

– Zna pan nazwisko?

– Oczywiście, ale czy to ważne? Facet reprezentował grupę, która najwyraźniej była przykrywką dla kogoś innego. Między kupcem i tym, kto naprawdę wyłożył forsę, mogło istnieć wiele ogniw.

– Ale czegoś się pan domyśla?

– Jestem prawie pewien, że okręt został w kraju. Kupiła go firma Volga Industries. Mieli biuro w Moskwie, ale diabli wiedzą, gdzie była centrala. I nikogo to nie obchodziło. Zapłacili gotówką.

Pietrow pokręcił głową.

– Jak można było ukryć okręt o długości ponad stu metrów?

– To rzecz normalna. Wystarczy znaleźć wkurzonych oficerów, którzy od roku nie dostali wypłaty. Wielu z nich żyje obietnicami. Potem dotrzeć do kliki rządowych gnid i sprawa załatwiona. Najgorsi są dawni komuniści.

– Jak my.

– Bzdura! Wymachiwaliśmy czerwonym sztandarem, ale nigdy nie byliśmy ideowcami. Wiem, że nie wierzył pan w tamte brednie. Robiliśmy swoje, bo to było podniecające i ktoś inny płacił rachunki.

– Pamięta pan nazwiska?

– Jak mógłbym je zapomnieć? Skurwiele, którzy zarabiali miliony na sprzedaży uzbrojenia, zapytali mnie, czy chcę z tego działkę. Odmówiłem. Powiedziałem, że okradanie państwa nie jest w porządku. No to wykopali mnie z marynarki. Nikt mnie nie chciał. I wylądowałem tutaj.

Zamilkł, pogrążając się w smutnych myślach.

– Proszę o nazwiska, admirale.

Admirał wziął się w garść.

– Przepraszam. Te lata nie były łatwe. Interes zrobiło pięciu ludzi.

Wyrecytował nazwiska.

– Znam ich – odrzekł Pietrow. – Dawni partyjniacy niskiego szczebla, którzy dorobili się na pozostałościach Związku Radzieckiego.

– Nic więcej nie mogę dodać. Klienci tej knajpy nie rozmawiając tajemnicach wojskowych. W każdym razie miło było znów pana zobaczyć. Moi szefowie każą mi robić rundę między stolikami co kilka minut. Więc przepraszam, ale muszę wracać do roboty.

– Może nie – odparł Pietrow i wyciągnął z kieszeni brązową kopertę. – Gdyby mógł pan wypowiedzieć jakieś życzenie, co by pan chciał?

– Oprócz wskrzeszenia mojej żony i przekonania dzieci, że czasem warto się do mnie odezwać? – Admirał zastanowił się. – Chciałbym wyjechać na stałe do Stanów. Na Florydę. Siedziałbym na słońcu i rozmawiał tylko z tymi, z którymi miałbym ochotę rozmawiać.

– Co za zbieg okoliczności – powiedział Pietrow. – W tej kopercie jest bilet w jedną stronę na jutrzejszy samolot do Fort Lauderdale, paszport, wiza i papiery imigracyjne. Dostanie pan zezwolenie na pobyt stały. Jest też trochę pieniędzy i nazwisko dżentelmena, który szuka wspólnika z wkładem do swojej firmy rybackiej. Zależy mu na kimś z doświadczeniem na morzu. Niestety, flota będzie dużo mniejsza niż ta, do której był pan przyzwyczajony.

– Niech pan mnie nie dobija. Kiedyś byliśmy kolegami.

– I nadal jesteśmy – odparł Pietrow i wręczył mu kopertę. – Niech pan potraktuje to jako spóźnioną nagrodę od państwa za wierną służbę.

Admirał zajrzał do koperty. Kiedy podniósł wzrok, miał łzy w oczach.

– Skąd pan wiedział?

– O Florydzie? Słyszy się to i owo. Nie było trudno się dowiedzieć.

– Nie wiem, jak mogę się panu odwdzięczyć.

– Już pan to zrobił. Muszę lecieć. A pan musi zawiadomić swoich szefów, że pan odchodzi.

– Zawiadomić ich? Przebieram się i znikam stąd.

– Niezły pomysł, biorąc pod uwagę ilość gotówki, którą ma pan przy sobie. Aha, byłbym zapomniał. Jest jeszcze coś.

Admirał zesztywniał.

– Tak? – zapytał nieufnie.

– Niech pan nie zapomina o okularach przeciwsłonecznych, kiedy będzie pan na wodzie.

Admirał objął Piętrowa i zgniótł w niedźwiedzim uścisku. Potem rzucił czapkę przez pokój. Za nią z brzękiem medali poszybowała kurtka mundurowa.

Pietrow wyszedł. W drzwiach uśmiechnął się, co rzadko mu się zdarzało. Uścisnął rękę bramkarzowi, wsuwając mu drugą studolarówkę. Miał dziś gest. Bramkarz przepchnął się przez tłum i utorował mu drogę. Pietrow pokuśtykał szybko przez zaułek i wtopił się w noc.

24

Morze Czarne

Kapitan Atwood zadzwonił, kiedy helikopter NUMA pędził nad Morzem Czarnym w kierunku Turcji. Austin zapisywał w notesie swoje przemyślenia, gdy w jego słuchawkach zaskrzeczał znajomy głos.

– Kurt, jesteś tam? Odezwij się – przynaglił Atwood.

– Już za mną tęsknisz, kapitanie? – zapytał Austin. – Jestem głęboko wzruszony.

– Przyznaję, że bez ciebie jest tu dużo spokojniej, ale nie dlatego dzwonię. Ciągle próbuję skontaktować się z “Sea Hunterem”, ale nic z tego nie wychodzi.

– Kiedy rozmawiałeś z nimi ostatni raz?

– Wczoraj wieczorem. Powiedziałem, że będziesz u nich rano. Wszystko grało. Po twoim starcie chciałem ich zawiadomić, że już jesteś w powietrzu. Nie odpowiadają. Próbujemy w regularnych odstępach. Kilka minut temu znów się łączyłem. Statek milczy.

– Dziwne – przyznał Austin i zerknął w dół na wiaderko na podłodze u jego stóp, gdzie w wodzie morskiej moczyła się srebrna szkatułka, wydobyta z “Odessa Star”. Gamay zaproponowała, żeby zadzwonić z “Argo” na “Sea Huntera” i zapytać, czy konserwator mógłby obejrzeć skrzyneczkę i jej zawartość. Kapitan “Sea Huntera” odpowiedział, że statek zakończył operację na Morzu Czarnym i płynie do Stambułu. Chętnie spotka się tam z Austinem.

– Rozumiesz coś z tego, do cholery?

Austin nie mógł znaleźć żadnego powodu milczenia statku. Wszystkie jednostki NUMA miary najnowocześniejsze systemy łączności, aż za dobre na ich potrzeby. Były ze sobą w stałym kontakcie.

– Nie. Dzwoniłeś do centrali NUMA? Może oni coś wiedzą?

– Dzwoniłem. Powiedzieli, że “Sea Hunter” odezwał się do nich wczoraj. Znalazł jakieś cenne przedmioty z epoki brązu i wybierał się do portu.