Выбрать главу

– Zaczekaj moment – odrzekł Austin i wywołał pilota przez interkom. – Na ile wystarczy nam paliwa?

– Nadlatujemy teraz nad Turcję. Nie mamy dużego obciążenia, więc zanim spadniemy na ziemię, utrzymamy się w powietrzu jeszcze jakieś czterdzieści pięć minut. Planujesz skok w bok?

– Możliwe – odparł Austin i spojrzał na Gunna. Rudi, który słuchał rozmowy z kapitanem Atwoodem, skinął lekko głową, jakby akceptował przebicie ceny na aukcji. Austin powiedział Atwoodowi, że spróbują znaleźć “Sea Huntera”. Potem przekazał pilotowi ostatnią znaną pozycję statku. Helikopter przechylił się w zakręcie i poleciał w tamtym kierunku.

Zavala otworzył oczy. Słuchał na walkmanie kompaktu z muzyką latynoamerykańską. Był doświadczonym pilotem i natychmiast wyczuł zmianę kursu. Zdjął słuchawki, wyjrzał przez szybę i zrobił zdziwioną minę.

– Objazd na drodze – wyjaśnił Austin. Potem zadzwonił na “Argo” i poprosił kapitana, żeby zawiadomił Troutów o zmianie planów. Paul i Gamay zostali na statku, żeby zrobić mapę dna morskiego w rejonie zatopionego frachtowca.

Austin zamknął oczy i spróbował wyobrazić sobie “Sea Huntera”. Pamiętał statek sprzed dwóch lat, kiedy prowadził na nim badania na Karaibach. Widział go teraz jak na symulacji komputerowej. Zadanie było stosunkowo łatwe, bo statek bliźniaczo przypominał “Argo”. Oba zbudowano w tej samej stoczni w Bath w Maine. Sześćdziesięciometrowy “Sea Hunter” był turkusowego koloru, jak wszystkie jednostki NUMA. Nad rufą sterczała rama w kształcie litery A. Na podwyższonym pokładzie za mostkiem wznosił się dźwig hydrauliczny. Przy sterburcie był mniejszy bom przeładunkowy. Z kremowej nadbudowy wystawał zwężający się ku górze komin. Na dziobie umieszczono wysoki maszt radiowy.

Austin wędrował w myślach po statku. Zaczął od pokładu rufowego. Stanowisko wciągarki, główne laboratorium, biblioteka i mesa. Pod pokładem magazyny naukowe, dolne laboratorium, kajuty dla dwunastoosobowej załogi i tyluż pracowników naukowych. Stała obsada. W sterowni dobroduszny kapitan Lloyd Brewer, doświadczony marynarz-naukowiec, który nie zignorowałby wezwania z innego statku NUMA.

Pilot leciał kursem wytyczonym między ostatnią znaną pozycją statku i jego portem docelowym. Austin zajął stanowisko po jednej stronie helikoptera, Zavala przyciskał nos do szyby po drugiej. Gunn siedział w kokpicie i obserwował morze na wprost. Widzieli kutry rybackie, frachtowce i statki pasażerskie. Im dalej od głównych szlaków komunikacyjnych, tym mniejszy był ruch w dole.

Austin zerknął na zegarek i wywołał pilota przez interkom.

– Jak stoimy z paliwem?

– Zaraz trzeba będzie wracać.

– Dasz nam jeszcze pięć minut? – zapytał błagalnie Austin.

– Dam wam nawet dziesięć, ale sekunda dłużej i będziemy musieli nauczyć się chodzić po wodzie.

Austin poprosił pilota, żeby zrobił, co się da. Z zamyślenia wyrwał go głos Zavali.

– Kurt, sprawdź na godzinie drugiej!

Austin przeniósł się na drugą stronę kabiny i spojrzał tam, gdzie Zavala pokazywał palcem. Kilka kilometrów dalej na powierzchni morza rysował się wielki ciemny kształt. Pilot usłyszał alarm Zavali i skierował w tamtą stronę ostry dziób maszyny. Po chwili słońce oświetliło niebieskozielony kadłub i czarny napis NUMA, namalowany na śródokręciu.

Austin rozpoznał sylwetkę statku.

– To “Sea Hunter”.

– Nie widzę kilwatera – zauważył z kokpitu Gunn. – Wygląda na to, że stoi.

Helikopter zszedł nad iskrzącą się wodę. Minęli maszt statku, zawrócili i zawisnęli w powietrzu. Normalnie powitałyby ich zadarte głowy i machające ręce. Ale oprócz trzepoczących bander na “Sea Hunterze” nic się nie ruszało. Pilot przechylił maszynę w lewo, potem w prawo, żeby pasażerowie mogli spojrzeć prosto w dół. Rotory napędzane dwiema turbinami strasznie hałasowały.

– Ten warkot obudziłby nawet Neptuna – powiedział Gunn. – Nikogo nie widzę. Kotwice nie są opuszczone. Chyba dryfuje.

– Możecie ich wywołać przez radio? – zapytał Austin.

– Spróbujemy.

Pilot zameldował, że statek nie odpowiada.

– Szkoda, że nie mogę usiąść – dodał. – Pokład jest za bardzo zagracony.

Statek badawczy był zasadniczo pływającą platformą, z której naukowcy opuszczali do morza rozmaite sondy i pojazdy podwodne. Mogli prowadzić jednocześnie wiele różnych programów badawczych. Pokłady dawały się łatwo dostosować do potrzeb. Miały kołki i zaczepy do mocowania ekwipunku linami lub łańcuchami. Czasem na statek zabierano kontenery, żeby zwiększyć powierzchnię laboratoryjną. Pokład “Argo” był stosunkowo pusty i mieścił się tam helikopter, podczas gdy na “Sea Hunterze” miejsce na lądowisko zajmowały dodatkowe laboratoria.

Austin przyjrzał się pokładowi i zatrzymał wzrok na kontenerze.

– Jak nisko możemy zejść? – zapytał pilota.

– Na dziesięć, dwanaście metrów. Potem rotor może zawadzić o maszt. Byłoby niewesoło.

– Masz wyciągarkę?

– Jasne. Używamy jej do krótkich przelotów z towarem, który nie mieści się w środku.

Zavala uważnie słuchał rozmowy. Znał pomysły Austina i wiedział, o co mu chodzi. Sięgnął po plecak. Austin wyłożył pilotowi swój plan i sprawdził bębenek rewolweru. Wetknął broń do plecaka i zarzucił go na ramię.

Z kokpitu przyszedł drugi pilot. Otworzył boczne drzwi i do kabiny wtargnął podmuch morskiego powietrza. Gunn pomógł mu odwinąć linę z bębna wyciągarki i przeciągnąć ją przez drzwi. Austin usiadł w wejściu z nogami zwieszonymi na zewnątrz. Helikopter zszedł niżej. Austin zsunął się po linie i stanął jedną nogą na haku. Kołysał się tam i z powrotem jak wahadło poruszane pędem powietrza z rotorów.

Pilot nie widział go z kokpitu. Zdał się na drugiego pilota, który kucnął w otwartych drzwiach i wykrzykiwał komendy. Helikopter zszedł jeszcze niżej. Lina kręciła się, statek pod stopami Austina wirował. Większą część pokładu rufowego zajmował główny dźwig hydrauliczny, zwoje lin i łańcuchów, pomarańczowe plastikowe pojemniki z różnymi instrumentami, kartony, pachołki i wentylatory.

Austin wskazał ręką najbliższy kontener. Helikopter przesunął się kawałek i zawisnął dokładnie nad nim. Bęben wyciągarki obrócił się wolno, lina odwinęła się. Austin zeskoczył na kontener, gdy był on niecały metr pod jego stopami. Przetoczył się kilka razy, żeby zamortyzować upadek i uniknąć uderzenia w głowę hakiem wirującym dziko tuż nad nim.

Lina wróciła do góry. Austin wstał i pomachał do helikoptera, że wszystko w porządku. Zavala nie tracił czasu. Zjechał na dół i zeskoczył na kontener. Źle wyliczył i spadłby na pokład, gdyby Austin go nie złapał. Pilot upewnił się, że obaj są na statku, i odleciał. Austin patrzył na helikopter pędzący w kierunku horyzontu i modlił się, żeby wystarczyło mu paliwa.

Kiedy maszyna zmalała do wielkości komara, Austin i Zavala przemyli otarte liną dłonie płynem odkażającym z apteczek. Z kontenera mieli dobry widok na statek. Wyglądał jak wymarły.

Zeszli na pokład. Z bronią gotową do strzału posuwali się ostrożnie wzdłuż burt w kierunku dziobu. W ciszy słyszeli tylko łopot bander i proporców na wietrze. Doszli do pokładu dziobowego w tym samym czasie.

Zavala miał zdumioną minę.

– Nikogo, Kurt. Jak na “Marie Celeste” – powiedział, nawiązując do słynnego starego żaglowca, który znaleziono dryfujący bez załogi. – A u ciebie?

Austin przywołał go gestem. Przyklęknął obok ciemnej smugi na metalowym pokładzie między relingiem i drzwiami do wnętrza statku. Dotknął ostrożnie lepkiej plamy i powąchał palec.