– Bingo! – powiedział.
Kiedy oglądał zdjęcia satelitarne, zwrócił uwagę na odsłonięte miejsce koło jednego z dźwigów na pokładzie. Ktoś lekkomyślnie nie przykrył go brezentem i Austin mógł zajrzeć w ciemną czeluść. Był pewien, że to basen do opuszczania pojazdów podwodnych, jak na “Argo” i innych statkach NUMA.
Wiedział z doświadczenia, że drzwi basenu powinny być zamknięte. Taka była standardowa procedura operacyjna. Inaczej opór wody hamował statek. Pamiętał jednak, że niektóre statki NUMA mają mniejsze baseny używane do wodowania ROV-ów. Wypatrzył coś takiego na lewej burcie, gdy spojrzał od strony większego basenu w kierunku dziobu. Czworokąt miał powierzchnię około metra kwadratowego. Podpłynęli bliżej. Okazało się, że wrota studni do wodowania ROV-u są szczelnie zamknięte.
Austin odczepił od pasa palnik tlenowy Oxy-Arc i rozwinął wąż. Trout uniósł butlę spawalniczą, którą dźwigał. Połączył ją z wężem. Austin wyjął z torby przy pasie dwa małe silne magnesy z uchwytami na ręce. Przyczepił je do kadłuba. Opuścili z Troutem ciemne plastikowe osłony masek, żeby ochronić oczy przed jasnym płomieniem. Austin przytrzymał się jedną ręką uchwytu magnetycznego, Trout zapalił palnik. Mimo osłon czuli się tak, jakby patrzyli prosto w słońce.
Austin zaczął ciąć. Miał nadzieję, że wrota basenu są cieńsze niż kadłub. Statek stał, ale wokół wielkiego stalowego cielska tworzyły się prądy, które znosiły Austina. Z pomocą Trouta utrzymywał się mniej więcej w jednym miejscu. Nagle gwałtowny prąd obrócił nim dookoła i Austin musiał puścić uchwyt. Odruchowo chwytając się drugiego, zgubił palnik.
Trout miał podobne problemy i stracił butlę spawalniczą. Zdołali złapać się uchwytów i podnieść osłony masek w samą porę, żeby zobaczyć, jak butla i płonący palnik znikają w głębinach.
Trout usłyszał w słuchawkach soczyste marynarskie przekleństwa, jakich Austin nauczył się przez lata służby na morzu. Kiedy Austinowi wyczerpał się repertuar, powiedział:
– Nie mogłem utrzymać palnika.
– Może zauważyłeś, że zgubiłem butlę. Nie miałem pojęcia, że znasz tyle przekleństw.
Austin zachichotał.
– Hiszpańskich nauczył mnie Zavala. Przepraszam, że ciągnąłem cię taki kawał drogi na darmo.
– Gdybym nie tkwił teraz na środku Atlantyku pod dnem statku, Gamay zmusiłaby mnie do wytapetowania całego domu. Masz jakiś plan rezerwowy?
– Może nam otworzą, jeśli zapukamy? Albo wypłyńmy na powierzchnię, poszukajmy drabinki i wdrapmy się na górę.
– Mało realne.
– Pytałeś, czy mam jakiś pomysł. Nie mówiłeś, że ma być realny.
Austin miał właśnie zarządzić odwrót, gdy Trout wydał okrzyk zdumienia i pokazał palcem w dół.
Bystry wzrok Paula wyłowił w ciemnej głębinie słabe światło. Zbliżało się. Zamglony blask przypominał Austinowi fosforyzującą rybę, którą William Beebe znalazł podczas nurkowania w batyskafie na głębokości ośmiuset metrów. Obiekt rósł w oczach. Uciekli mu z drogi, kryjąc się za burtę statku. Odwrócili się i zobaczyli małą łódź podwodną. Zawisła około trzydziestu metrów pod kadłubem statku. Jej kształt wyraźnie wyznaczały światła.
Trout rozpoznał charakterystyczną sylwetkę.
– A niech mnie. To NR-1. Ciekawe, co tu robi?
Austin już miał nowy plan.
– Zapraszam w rejs.
Podpłynął do łodzi z tyłu. Kiedyś nurkował w N R-1 i wiedział, że przed kioskiem jest kamera. Razem z Paulem złapali się szczebli drabinki na kiosku. Po kilku sekundach w górze pojawiła się cienka smuga żółtego światła. Rozsuwały się wrota basenu.
Trout zadarł głowę.
– Widziałem coś takiego w Archiwum X, kiedy kosmici porywali człowieka.
– Zawsze miło poznać nowych przyjaciół – odrzekł Austin. Wpatrywał się w cienką smugę. Rozszerzyła się, tworząc długi, wąski prostokąt, a potem kwadrat oślepiającego światła.
Zaszumiały pionowe wirniki łodzi i NR-1 uniosła się wolno do brzucha statku. Austin i Trout zsunęli się z jej kadłuba, zanim wynurzyła się w basenie. Popłynęli w kierunku ciemnej przestrzeni między kręgami światła, rzucanymi przez reflektory wewnątrz statku. Na końcu basenu ostrożnie wystawili głowy z wody.
Z bezpiecznego cienia Austin ocenił wymiary. Prostokąt miał około sześćdziesięciu metrów długości i trzydziestu szerokości. Z obu stron znajdowały się pomosty ze stalowej kraty z krótkimi ażurowymi schodkami.
O poręcze opierali się mężczyźni w kombinezonach. Obserwowali wynurzenie się łodzi. Kiedy zasuwały się wrota basenu, ogromną komorę wypełnił głośny zgrzyt kół zębatych. Z sufitu opuszczono podnośniki ze stalowymi hakami. Z boku komory otworzyły się drzwi i do wody skoczyło kilku nurków w skafandrach. Wsunęli pod dziób i rufę łodzi szerokie obejmy. Przyczepili do nich haki. Potężne kołowroty uniosły NR-1 jak wyciągi łańcuchowe, używane do wyjmowania silników z samochodów.
Hydrauliczne wrota zasunęły się, odcinając komorę od morza. Niewidoczne pompy zaczęły głośno wysysać wodę z basenu. Osuszyły go w kilka minut. Kołowroty opuściły łódź. Na zamulone dno basenu zbiegła po schodkach obsługa. Jedni oczyścili pokład z wodorostów i rzucających się ryb, inni umocowali NR-1 linami i zablokowali belkami, żeby nie przesuwała się przy ruchach statku. Zaszumiały wentylatory i do pomieszczenia napłynęło świeże powietrze.
Kiedy ruszyły pompy, Austin i Trout wdrapali się na drabinkę i teraz wisieli nad pokładem. Czuli ciężar swojego ekwipunku do nurkowania. Gdy kulili się w cieniu, w blasku świateł pod nimi obsługa przystawiła drabinkę do łodzi. Otworzyła się klapa kiosku. Z włazu wygramolił się mężczyzna z siwą brodą. Przy pasie miał kaburę z rewolwerem. Odpowiadał rysopisowi fałszywego naukowca i porywacza łodzi, Pułaskiego, który podał chorąży Kreisman.
Z NR-1 wyszli dwaj następni mężczyźni. Austin rozpoznał kapitana Logana i sternika; widział wcześniej ich zdjęcia. Pojawili się jeszcze czterej ludzie. Mieli ponure gęby i broń automatyczną. Wyglądali na ochroniarzy. Dwuosobowa załoga NR-1 została wprowadzona po schodkach na górę i zniknęła z oczu. W ślad za nimi udała się obsługa basenu z workami morskich śmieci. Reflektory zgasły. Pozostała tylko poświata nad głowami Austina i Trouta.
– Co teraz? – zapytał Paul.
– Mamy dwie drogi: w górę albo w dół.
Trout spojrzał w ciemność pod sobą, a potem chwycił się wyższego szczebla i zaczął się wspinać. Z każdym krokiem sprzęt do nurkowania wydawał im się cięższy. Na szczęście po około sześciu metrach dotarli do wąskiego podestu. Trout stęknął z wysiłku i podciągnął się. Przelazł przez poręcz, zrzucił butle tlenowe i pas balastowy. Potem pomógł Austinowi. Usiedli, żeby złapać oddech.
Austin oparł się plecami o grodź i wyciągnął bowena z wodoszczelnej torby. Trout miał szwajcarski pistolet sig-sauer, kaliber 9 mm. Doszli do miejsca, gdzie krótki podest łączył się pod kątem prostym z pomostem. Przejście prowadziło do jasno oświetlonego korytarza. Po kilku krokach trafili do dużej niszy. Stała w niej biała lśniąca półkula z małymi bulajami. Natychmiast rozpoznali komorę dekompresyjną.
Upewnili się, że nikogo w niej nie ma, wrócili po sprzęt do nurkowania i włożyli go do środka. Ściągnęli skafandry i dołożyli je do butli tlenowych. Niedaleko komory dekompresyjnej znaleźli szatnię. Na grubym drągu wisiały ociekające wodą skafandry nurków, którzy przyczepiali NR-1 do wyciągów. Austina bardziej zainteresowały starannie złożone kombinezony na półkach. Włożyli je na ocieplacze.
Trout miał ponad dwa metry wzrostu i ważył sto dwadzieścia dwa kilogramy. Nie mógł znaleźć odpowiedniego dla siebie rozmiaru. Nogawki sięgały mu do kostek, rękawy były za krótkie.