Выбрать главу

W dole leżało morze. Taran ruszyła krawędzią skały, niebezpiecznie balansując spoglądała w niebieską toń.

“Zejdź ze skały”, nakazał głos; pobrzmiewała w nim lekka histeria. “ Natychmiast stąd odejdź”.

Przekorna Taran szła dalej, z trudem utrzymując równowagę.

Oczywiście się poślizgnęła. Zdrętwiała ze strachu, bo takiego zamiaru wcale nie miała, ale w momencie, kiedy usiłowała znaleźć punkt zaczepienia dla rąk, poczuła, że ktoś łapie ją za nadgarstki i ciągnie w górę.

Taran poddała się temu więcej niż chętnie.

– Dziękuję – szepnęła. – Bardzo dziękuję za pomoc, nigdy więcej czegoś podobnego nie zrobię.

“Mam taką nadzieję”, rozległa się odpowiedź w jej głowie.

– Wiem, wiem – mruknęła. – Blitilda nigdy… wiesz co, niech ta Blitilda siedzi sobie w domu pod swoją cnotliwą kołdrą!

“Blitilda nigdy nie używała kołdry, pozwalała sobie tylko na ascetyczną derkę z końskiego włosia, biedulka!”

– Tak żeby porządnie ją gryzło – pokiwała głową Taran. – Pewnie dbała o to, że drapało ją tu i tam?

“Fe, cóż za obrzydliwy pomysł!”

– Owszem! – Taran uśmiechnęła się szeroko. – Ale bardzo zabawny!

Głos nic na to nie powiedział. Jedyną odpowiedzią było tylko urażone milczenie.

Nudziarz, pomyślała Taran.

Ale bawiła się świetnie. Znalazła nową, niezwykle interesującą rozrywkę. Dopóki on nie wie, że ona może go zobaczyć kiedy tylko zechce, nic nie stoi na przeszkodzie, by drażnić się z nim, ile dusza zapragnie.

I taki właśnie miała zamiar.

Rozdział 7

Przez następne dni Taran starała się jak tylko mogła wyprowadzić swego anioła stróża z równowagi. W myślach nazywała go aniołem stróżem, bo lepszego określenia nie znalazła.

Co dzień pożyczała sobie czarnoksięską runę Móriego, lecz w końcu stało się to zbyt kłopotliwe i niebezpieczne. Ktoś mógł przecież złapać ją na gorącym uczynku. Sporządziła więc sobie kopię runy. Aby dodać jej mocy, położyła ją na księdze z runami ojca i wymruczała niezrozumiałe zaklęcia. Zaklęcia nie wywarły oczywiście żadnego skutku, ale może stało się to za przyczyną magicznej księgi? W każdym razie znak działał. Wprawdzie nie tak dobrze jak oryginalna runa ojca, ale ściskając ją w dłoni dostrzegała kątem oka kontury swego opiekuna.

To jej wystarczyło.

Chyba tylko dlatego, że tak bardzo chciała spędzać dni w samotności, rodzina nagle uświadomiła sobie, że Taran zaniedbano. Wspomniał o tym przy obiedzie Dolg. Jego niezwykły badawczy wzrok długo spoczywał na dziewczynie, aż Taran zrobiło się nieprzyjemnie. Dolg stwierdził:

– Powinniśmy poświęcić naszej siostrze więcej uwagi. Ona się nudzi, podczas gdy my tak bardzo jesteśmy zajęci przygotowaniami do wyjazdu.

Gdyby wspomniał o tym kilka dni wcześniej, z wdzięcznością rzuciłaby się mu na szyję. Teraz gotowa była go udusić.

– Miewam się doskonale – zapewnił? pospiesznie.

– Naprawdę? – spytał Dolg, a Taran nie śmiała, spojrzeć mu w oczy.

Postanowili jednak zaangażować ją do codziennych obowiązków, aby nie czuła się odsunięta.

– Jedźcie sobie – oświadczyła lekkim tonem. – O mnie się nie martwcie, ja tu sobie będę siedzieć. Dobrze mi z samą sobą i z moją robótką. Och, naprawdę, naprawdę się mną nie przejmujcie!

Nie mogli się powstrzymać od śmiechu, słysząc jej słowa. Wszyscy wiedzieli, że Taran nigdy w życiu nie miała w ręku żadnej robótki.

I ona się roześmiała z nadzieją, że zapomną o swych szlachetnych postanowieniach.

Odkryła, że jej niewidzialny opiekun nic potrafi odczytywać wszystkich jej myśli, jeśli nie życzyła sobie wprost, aby jej wysłuchał. Ucieszyło ją to, bo dzięki temu mogła myśleć swobodniej.

Nawiązanie z nim kontaktu – to znaczy doprowadzanie go do granic rozpaczy – przychodziło jej najłatwiej w lesie lub innych miejscach poza obszarem miasta. Gdzie indziej jednak również zachowywała się wobec swego anioła stróża bezlitośnie. Gdy na ulicy słała za młodymi przystojnymi mężczyznami powłóczyste spojrzenia, za każdym razem czuła pełne irytacji szarpnięcie za ramię.

Pewnego dnia w odwiedziny przyszli znajomi Erlinga z dawnych czasów. Przyprowadzili ze sobą także syna, młodzieńca nieszczególnie zabawnego, lecz Taran ukradkiem uwodziła chłopca, który na przemian czerwienił się i bladł, a coś w powietrzu wokół dziewczyny okropnie się denerwowało.

“Może pójdę z nim do łóżka”, skierowała Taran myśl do konkretnego adresata.

“Nawet sobie tego nie wyobrażaj!” rozległy się zjadliwe słowa w jej głowie. “To przecież jeszcze dziecko! W dodatku wcale nie jest interesujący!”

Taran uśmiechnęła się pod nosem. W ostatnim zdaniu dawało się wychwycić cień… no właśnie, czego?

“Oczywiście, że tego nie zrobię”, odparła uspokajająco. “Chciałam tylko usłyszeć twoje zdanie”.

Odpowiedziało jej prychnięcie prosto do ucha.

Innym razem adorował ją pewien znajomy, starszy pan. Taran z czystej złośliwości pozwalała mu na to aż do chwili, kiedy chciał ją zaciągnąć do ciemnego pokoju.

Granica została przekroczona.

“Pomóż mi”, poprosiła. “Zabierz tego obrzydliwca!”

Nikt chyba nigdy nie działał równie szybko i skutecznie. Kiedy natarczywy zalotnik podniósł do góry kieliszek z wódką, jednocześnie obejmując Taran za ramiona, coś się stało. Kieliszek wyślizgnął się z jego rąk, a zawartość chlusnęła mu w twarz i zalała eleganckie ubranie.

Taran wybuchnęła głośnym śmiechem, lecz jej towarzysz wcale nie uważał tego za zabawne. Wkrótce wyszedł pomimo gorących usprawiedliwień dziewczyny.

Taran dotychczas nie ośmieliła się spojrzeć wprost na swego niezwykłego opiekuna. Dopóki nie zdawał sobie sprawy, że ona go widzi, miała nad nim przewagę.

Taran najlepiej czuła się w lesie. Tam mogła się drażnić ze swym aniołem stróżem i dręczyć go, ile dusza zapragnie, wprowadzając w życie najbardziej absurdalne pomysły, by go przestraszyć. Odczuwała radość słysząc, że się o nią boi, ale nie tylko. Bardzo ją to też wzruszało.

Pewnego dnia uświadomiła sobie, że go lubi. On się o nią troszczył! Zajmował się nią jak nikt przedtem, chociaż miała najlepszą rodzinę na świecie, której wszyscy członkowie bardzo się kochali i dbali o siebie nawzajem. Jedynie w ostatnich dniach Taran poczuła się odsunięta na bok, tylko dlatego, że pozostali pochłonięci byli przygotowaniami do emocjonującej podróży, w której nie pozwolono jej brać udziału.

Po zastanowieniu przyznała, że jest niesprawiedliwa. Przecież Erling, babcia Theresa, Rafael i Danielle także nie jechali na Islandię, a nikt z nich nie narzekał. Tylko ona.

Parę dni przed wyjazdem cała piątka młodych siedziała w salonie popijając lemoniadę. Wówczas to Taran odkryła coś, co powinna zauważyć już dawno temu.

Młodziutka Danielle, delikatna i niezwykle wrażliwa, miała łzy w oczach. Taran w ostatniej chwili ugryzła się w język, żeby nie wyskoczyć z jakąś niemądrą uwagą.

Danielle wpatrywała się w Dolga, zajętego rozmową z pozostałymi chłopcami.

Taran wiedziała, że Danielle od zawsze żywiła wielki podziw dla Dolga, ale dotychczas było to dziecinne zauroczenie. Teraz sytuacja się zmieniła.

Danielle, siedemnastolatka, przeżywała pierwszą w życiu miłość. I nikt nie mógł mieć wątpliwości, że nieszczęśliwą. Pomysł zakochania się w Dolgu od zarania był tak chybiony jak tylko można to sobie wyobrazić. Dolg dla nikogo nie żywił podobnych uczuć, Taran gotowa dać głowę, że tak jest.

Na tym nie koniec, dostrzegła bowiem coś jeszcze. Cierpiała nie tylko Danielle. Villemann, jej brat bliźniak, od czasu do czasu zerkał na Danielle, a oczy miał przy tym tak samo zasmucone. Ona bowiem nawet nie spojrzała w jego stronę.