Cóż ze mnie za egoistka, zafrasowała się Taran. Muszę coś z tym zrobić.
Zabiorę się do dzieła, kiedy wrócą, teraz jest już za późno. Ale obiecuję, że postaram się spędzać więcej czasu z Danielle.
Obaj chłopcy wyjeżdżali. Zostawała młodziutka panienka, kochająca jednego, a kochana przez drugiego.
A ja nie mam nikogo, pomyślała Taran z goryczą. Przecież nie mogę zakochać się w Rafaelu, on absolutnie nie jest w moim typie.
Wszystko nagle stało się takie trudne!
By odegnać smutki, znów wyszła do lasu.
Czuła, że jest w okropnie złym humorze, i z czystej złośliwości ruszyła na drugą stronę drogi tuż przed nadjeżdżającym chłopskim wozem. Jak zwykle odciągnięto ją w czas, a pogróżki wzburzonego gospodarza przyjęła z ponurą miną.
Taran wiedziała, że nie jest to jej wielki dzień.
Dlaczego tak się zachowuję wobec mojego miłego opiekuna? zastanawiała się. Dlaczego jestem taka złośliwa?
O, dobrze wiem. To przez tę przeklętą Blitildę.
Głośno zaś oświadczyła:
– Obiecuję, że będę grzeczna, jeśli ty przestaniesz stawiać mi za przykład ten ideał o idiotycznym imieniu. Co w niej jest takiego wspaniałego?
“Nie jest, było”, odpowiedział. “Czcigodna Blitilda żyła dawno temu”.
– Dlaczego więc nie przestajesz o niej marudzić?
Doszli już do lasu. Otoczyła ich cisza.
“Ponieważ była zacną, szlachetną i cnotliwą kobietą. Całkiem inną niż ty”.
– Dziękuję. Przyjmuję to za komplement. Czy ona była piękna?
“Uroda nie ma z tym nic wspólnego”, odparł dostojnie.
Nagle Taran przyspieszyła. Ruszyła przez las szalonym pędem, żeby przekonać się, czy uda się jej go pozbyć.
On jednak spieszył za nią, wyczuwała jego poirytowane ostrzeżenia: “Możesz się potknąć, przewrócić, podrapiesz się o świerkowe gałęzie albo spadniesz z wysokości, albo…”
– Nie gadaj tyle! – syknęła Taran biegnąc dalej. – To znaczy, że Blitilda była brzydka!
Drażniła się z nim przez cały dzień. Postanowiła popływać w leśnym jeziorku. “Uważaj, pędy lilii wodnych mogą cię ściągnąć w głąb. Bądź ostrożna, tu jest głęboko”.
Nie było końca gwałtownym protestom, kiedy rozbierała się do naga, żeby wskoczyć do wody. Taran jednak tylko się śmiała. Dobrze ci to zrobi, pomyślała, uwodzicielskim krokiem podchodząc do brzegu.
Przeliczyła się jednak co do własnej wytrzymałości. Pływała, jak się jej zdawało, przez całą wieczność, kiedy nagle poczuła, że ręce jej mdleją, a całe ciało w wodzie dziwnie ciąży. Akurat znalazła się na środku jeziora.
– Pomóż mi – poprosiła, – Pomóż mi się dostać do brzegu, nie mam już siły!
Musiał ją ciągnąć, bo od chłodu leśnej wody chwycił ją kurcz. Tym razem Taran porządnie się wystraszyła, ale uścisk wokół ramion dawał poczucie bezpieczeństwa. Po trwającej dobre pół godziny męce wyciągnął ją wreszcie na ląd.
Na brzegu Taran zmęczona osunęła się na ziemię, przedtem owinęła się tylko płaszczem, zarówno po to, aby się wysuszyć, jak i zakryć.
Gdy wreszcie doszła do siebie, zorientowała się, że nie wyczuwa obecności swego ducha opiekuńczego.
Czyżby ją opuścił? Zrezygnował z niej?
Bardzo tego nie chciała!
Rozżalona wyjęła z kieszeni runę umożliwiającą widzenie duchów.
Zobaczyła go. Leżał wyciągnięty na niewielkim wzniesieniu, w miękkim mchu.
Rozłożył się na plecach, zamknął oczy kompletnie wyczerpany.
Postąpiłam tak złośliwie, wyrzucała sobie Taran. Jaki on piękny! To anioł, chociaż nie ma skrzydeł. A może duch opiekuńczy? Ale nie ten co zwykle. Wygląda mi na to, że się zamienili. Czyżby mój mały elf, ten, który mi stale towarzyszył, nie mógł sobie ze mną poradzić?
Popatrzyła na niego, przyjrzała mu się uważniej. W głowie zaczęły jej krążyć przewrotne myśli.
Ciekawe, czy aniołowie zbudowani są tak jak ludzie? Wszędzie? Ciekawe, czy on jest czuły na takie wrażenia?
Interesujące byłoby sprawdzić, jak wygląda.
Najdelikatniej jak umiała uniosła kraj białej szaty. Czy starczy mi odwagi, żeby pod nią zajrzeć?
Ten pomysł okropnie ją rozśmieszył, ale nie wydała z siebie ani jednego dźwięku.
Jeśli jednak chciała coś zobaczyć, musiała podsunąć ją wyżej.
Centymetr po centymetrze przesuwała rękę coraz dalej, popychając delikatnie materiał.
W pewnym momencie zrobiła nieostrożny gest i natychmiast znieruchomiała. Nie śmiała drgnąć ani nawet odetchnąć.
Ponieważ jednak on się nie obudził, nabrała śmiałości. Musnęła ręką jego kolano, pogładziła wewnętrzną stronę uda.
Przeszył ją dreszcz, roześmiała się bezgłośnie. Szata odrobinę się podniosła w tym tajemniczym miejscu, jakie mają mężczyźni. A więc on jest stworzony tak jak ziemianie, pomyślała podniecona. I ona także odczuła przyjemne, łaskoczące napięcie.
Nagle poderwała się przestraszona. Obudził się.
Usiadł z jękiem, patrząc prosto na nią. Taran prędko opuściła jego szatę, ale na twarzy wyraźnie miała wypisane poczucie winy. Duch opiekuńczy rzecz jasna doskonale rozumiał jej zamiary.
Zerwał się na równe nogi.
– Dość tego! – oświadczył. – Mam cię już dość!
A gdy pojął, że Taran na niego patrzy, wrzasnął bardzo nie po niebiańsku:
– Od jak dawna mnie widzisz?
– Od pewnego czasu – odparła wymijająco. – Przepraszam, teraz już…
– Dosyć! – powtórzył. – Naprawdę mam cię dość. Miarka się przebrała. Wracaj do domu sama – ciągnął oburzony. – Nie godzę się na to, poskarżę się swoim przełożonym…
Gniewne słowa cichły coraz bardziej, kiedy rzucił się biegiem przez las ku Bergen.
Wspaniale, pomyślała Taran i wolno zaczęła się ubierać. Nareszcie będę mogła być sama.
Ale jej spokój był pozorny. Wargi jej drżały, a ręce się trzęsły, kiedy naciągała ubranie.
Podczas tej gwałtownej wymiany zdań żadne z nich nie zauważyło, że nie są sami. Ktoś się pojawił, czarny cień na moment przesłonił słońce.
Taran nie spostrzegła, że coś przysiadło na strzelistej sośnie.
Coś, co obserwowało ją z nieskrywanym triumfem.
Istota długo przyglądała się dziewczynie.
Wreszcie zaczęła spuszczać się ku niej w dół. Zsuwała się po pniu drzewa ruchem jaszczurki, okrążając pień z głową w dół.
Rozdział 8
Uriel, kandydat na anioła, niemal płynął nad ziemią, parskając urażony. Okropna dziewczyna! Fe, f e! Piękna jak grzech, i w rzeczy samej straszna grzesznica!
Jak śmiała tak postąpić z przyszłym aniołem?
Zwolnił wreszcie, aby w końcu się zatrzymać.
Przysiadł na porośniętym trawą wzgórzu i oparł głowę na rękach. O mało nie wybuchnął płaczem, tak bardzo poczuł się urażony.
– Mistrzu – zwrócił się ku niebu. – Nie zasłużyłem na to, zwolnij mnie z wyznaczonego zadania!
W powietrzu świsnęło i zwierzchnik stanął przed nim. Uriel prędko strzepnął z szaty kilka sosnowych igieł i mocniej ścisnął uda. Nie dlatego, aby jego kłopotliwy stan był wciąż widoczny, zrobił to po prostu odruchowo.
– O tym właśnie ci mówiłem, Urielu. Nigdy dotąd nie byłeś narażony na pokusy, a poddajesz się pierwszej drobnej…
– Drobnej? – przerwał mu Uriel. – To najgorsze, co mnie kiedykolwiek spotkało.
– Wobec tego niewiele doświadczyłeś. A może Blitilda przywiodła cię na zatracenie, namawiając, abyście pozbierali maliny za płotem sąsiada? Albo bezmyślnie pozwoliła ci trzymać motek z wełną w sobotni wieczór, kiedy dzwony obwieściły już nadejście święta? – W głosie dostojnika pojawiła się surowość: – Ta dziewczyna, Taran, potrzebuje cię. Wciąż wplątuje się w coraz większe kłopoty.