Выбрать главу

Nigdy nie marzł, nigdy nie odczuwał głodu. Rozkoszą jego życia były stosunki z kobietami – na wyznaczonych przez niego zasadach – i odwieczne marzenie, aby opuścić ten marny świat i udać się do tego innego, jasnego, tego, który znajdował się za tajemniczymi wrotami.

Wrota otworzyć mogły tylko trzy kamienie Lemurów.

Jeden z kamieni ujrzał nareszcie światło dzienne. Cudowny szafir.

Sigilion “wiedział już, w którym domu mieszka Taran, jej brat Dolg i czarnoksiężnik. Przysiadł na sąsiednim dachu, skąd miał widok na cały budynek, zwłaszcza na drzwi. Ponieważ był widzialny, z trudem przedostawał się do zwykłych, dobrze chronionych domów mieszkalnych. Czasami jednak otwierano okna; Sigilion czekał teraz, aby okno otworzyło się w domu Taran.

Albo żeby ona sama wyszła.

Widział już Dolga i przeraziło go nadzwyczajne podobieństwo chłopaka do Lemurów, jego największych wrogów. Wprawdzie Lemurowie i Silinowie nigdy nie prowadzili ze sobą wojen, ich kraje bowiem leżały w zbytnim oddaleniu, ale Lemurowie posiadali skarb, kamienie, i już z tego powodu Sigilion uważał ich za nieprzyjaciół.

Zdawał sobie sprawę, że Dolga nie da się zaatakować, mogło się to skończyć katastrofą. Weźmie za to jako zakładniczkę jego siostrę, a wtedy Dolg będzie musiał oddać klejnot.

W dodatku młoda Taran okazała się niezwykle powabną kobietą. Przeciągnął wąskim językiem po wargach na wspomnienie chwili, kiedy ujrzał ją przed kilkoma dniami w lesie. Znalazł się wówczas tak blisko dziewczyny, obudziły się jego żądze, ledwie zdołał się pohamować.

Ale potem coś się stało…

Nie, ona sama miała w sobie jakąś moc sprawiającą, że trudno było jej dosięgnąć. Sigilion nie wiedział, że to dotknięcie szafiru w pewnym stopniu zapewniło Taran bezpieczeństwo. Za to później z lasu nadciągnęło coś, co chroniło ją jeszcze mocniej, nie zdążył się zorientować, co to takiego, sam musiał się ukryć, a potem dziewczyna zniknęła.

Teraz znów ją wytropił. Ponieważ trudno było ją pojmać, musiał podziałać na nią erotyzmem, tak aby nie miała sił mu się opierać.

I po prostu czekał.

Tego dnia widział ich wszystkich. Cała rodzina wspólnie opuściła dom, ale w obecności krewnych nie mógł tknąć Taran. Wkrótce jednak Taran wróciła wraz z parą starszych ludzi, kobietą, którą nazywała babką, i mężczyzną, do którego zwracała się Erling. Towarzyszyło im dwoje zwyczajnych młodych ludzi. To dopiero połowa rodziny. Czarnoksiężnik, jego żona i dwaj synowie nie pojawili się do wieczora.

Na pewno wrócą…

Sigilion usadowił się wygodniej.

Bystrym wzrokiem wpatrywał się w nocną ulicę. Nadchodziła samotna kobieta. Poczuł, jak rozpalają się w nim żądze…

Następnego dnia ze statku w bergeńskim porcie zszedł mężczyzna. Wąskimi, bladymi oczyma rozejrzał się dokoła. Nosił przypominający uniform płaszcz, miał bowiem zamiłowanie do mundurów, a za granicą nie pozwalano mu nosić jego własnego. W dodatku chciał zachować pełną anonimowość.

Nie było to wcale takie proste. Ludzie odruchowo oglądali się za sztywną postacią, uwagę zwracały także bardzo jasne, krótko przystrzyżone włosy i lodowato zimne oczy. To twarz, na której nigdy nie gości uśmiech, myślano, wydawało się bowiem, że właściciel używał ust jedynie do wkładania w nie jedzenia, obrzucania ludzi sarkastycznymi uwagami i wydawania poleceń.

Hrabia Rasmus Finkelborg zamówił dorożkę i rozkazał woźnicy zawieźć się do najlepszej gospody w mieście.

Niechętnie zapłacił za podwiezienie, bez napiwku, nie patrząc nawet na woźnicę, uważał bowiem, że to poniżej jego godności. Taki był jego sposób upokarzania plebejuszy.

Po ascetycznym posiłku – pieniędzy miał dość, lecz lubował się w żołnierskim stylu życia – zaczął się rozpytywać. Na początek wspomniał Erlinga Müllera, który, jak wiedział, pochodzi z Bergen. Baron von Bergenmüller…

Rzecz jasna nie mógł rozmawiać z nikim innym jak z samym oberżystą, lecz i wobec niego przybrał pogardliwy ton.

Gospodarzowi wcale się nie spodobał nowy gość. Jako jeden z tych, którzy z wielką niechęcią traktują wszelką podległość, miał na ogół złą opinię o wszystkim, co duńskie. Duńczyków goszczących u niego od biedy tolerował.

Ale nie tego.

Ten gość okazał się najbardziej aroganckim, zadzierającym nosa obrzydliwcem, jakiego zdarzyło mu się spotkać. Nie miał najmniejszej ochoty udzielać mu jakichkolwiek informacji.

Odpowiadał mu jednak z lodowatą uprzejmością.

– Owszem, Erling Müller mieszka tutaj, na tej ulicy, w tym wielkim białym domu. Nie było go w Bergen od wielu już lat, ożenił się bowiem z damą z austriackiej rodziny cesarskiej, z bocznej linii. Właśnie całą rodziną przyjechali w odwiedziny. Cóż za czarujący ludzie, wszyscy bez wyjątku! Miałem przyjemność obsługiwać wczoraj księżną panią, doprawdy wcale nie okazywała wyniosłości. Prawdziwa arystokratka! Pan Erling także. Jest teraz baronem.

Nie wiadomo, czy Rasmus Finkelborg pojął aluzję.

– Otaczają się czarownikami, prawda? – spytał nonszalancko. Wyjął tabakierkę, zażył tabaki i kichnął głośno, po męsku.

Oberżysta za kontuarem jeszcze bardziej się spiął.

– Nie nazwałbym zięcia księżnej czarownikiem. Owszem, on wiele potrafi, lecz swoje umiejętności wykorzystuje dla dobra innych.

Finkelborg sprawiał wrażenie niesłychanie znudzonego.

– A jego dzieci? Tacy sami bezbożnicy?

– O ile wiem, od czasu do czasu chodzą do kościoła, nie można więc ich nazwać bezbożnikami.

– Podobno ma jakiegoś dziwnego syna?

Twarz gospodarza się rozjaśniła.

– Jeśli młodego Dolga jaśnie pan ma na myśli, to on jest najżyczliwszą istotą stąpającą po ziemi! Pomógł mi zaprowadzić porządek w moim ogródku z ziołami.

– Słyszałem, że czarownik ma też córkę?

Jeśli wiesz aż tyle, to nie musisz mnie zadręczać, bryło lodu, pomyślał gospodarz.

– Owszem, ma troje dzieci, wśród nich czarującą córkę. Może trochę szaloną, ale bardzo sympatyczną.

– Czy oni także mieszkają u Müllerów? – spytał Rasmus, nie patrząc na oberżystę.

– Nie, wynajmują oddzielny dom na czas pobytu w mieście. Leży dwie przecznice stąd. Można go poznać po bogato zdobionej bramie.

Oberżysta miał zamiar dodać jeszcze, że czarnoksiężnik z rodziną udał się na Islandię, ale Finkelborg wyniosłym ruchem ręki kazał mu się oddalić. Rób sobie, co chcesz, pomyślał właściciel gospody i odszedł.

Rasmusa Finkelborga nie obchodzili Müllerowie. Odnalazł dom z okazałą bramą i wziął go pod obserwację.

Z kolei Sigilion ze swego punktu obserwował Duńczyka.

Król Silinów – król bez poddanych – zmienił miejsce, widział bowiem, jak starsze małżeństwo zabrało Taran do swej siedziby. Dlatego też Sigilion poszukał dachu, z którego roztaczał się widok na oba domy i rozdzielającą je ulicę.

Nie miał zamiaru informować nowego przybysza, że w domu czarnoksiężnika nikt nie mieszka. Niech ten człowiek sam się zorientuje.

Sigilion lubił mieć przewagę.

Dwie doby zabrało Rasmusowi odkrycie, co się stało. W końcu, wściekły, zaniechał wszelkich reguł ostrożności i zadzwonił do sąsiedniego domu tak gwałtownie, że o mały włos nie urwał dzwonka.

Służąca niewiele umiała mu powiedzieć. Obcy, a zwłaszcza jego twarz naznaczona podłużnymi bliznami, wydał jej się odrażający. Słyszała kiedyś, jak państwo rozmawiali o czymś podobnym, o niemieckich studentach fechtujących się dla zabawy wyostrzonymi szablami i szczycących się jak największą ilością blizn.

Ale ten człowiek mówił czystym językiem duńskim. Pewnie studiował w Prusach, doszła do wniosku dziewczyna. Słusznie, bo Finkelborg rzeczywiście tam studiował i przejął pruski ideał żołnierza, twardego, żyjącego po spartańska Irytowało go nawet, że nie jest Prusakiem, a tylko duńskim właścicielem ziemskim. Ale… mógł przecież uchodzić za jednego z żołnierzy elitarnych oddziałów krok Fryderyka II.