Dziewczyna potrafiła mu powiedzieć jedynie, że obecnie dom stoi pusty. Młoda dama, która w nim mieszkała, przeniosła się do swej babki i dziadka.
Finkelborg zauważył, że w domu bawiło przedtem jeszcze kilka osób, chyba nawet cała rodzina?
Owszem, ale oni wyjechali wcześniej.
Dokąd?
Tego służąca nie umiała wyjaśnić.
Finkelborg niczego więcej już się nie dowiedział, ale od razu się domyślił, kim jest babka Taran. To ta księżna, która poślubiła Erlinga Müllera. Znaczyło to, że musi wziąć pod obserwację ich dom.
Dwa zmarnowane dni! Rasmus ze złości zazgrzytał zębami. Często zgrzytał zębami, nie zdawał sobie sprawy, do jakiego stopnia są już starte i że z czasem, jeśli się od tego nie odzwyczai, będą sprawiać mu ból. Nie rozumiał także, że na ostre bóle głowy cierpi również właśnie za przyczyną zębów. Częsta to przypadłość u osób mocno zaciskających szczęki.
Przeniósł swój strategiczny punkt obserwacyjny w pobliże wielkiej posiadłości Müllerów, dawnej rezydencji hanzeatyckiej. Sigilion nie spuszczał z niego oka, patrzył, jak Finkelborg wyszukuje sobie kryjówkę, pusty magazyn na piętrze kupieckiego domu.
Sigilion zastanawiał się, o co chodzi temu człowiekowi, dlaczego i on pilnuje tej rodziny? I gdzie się podziali tamci, czarnoksiężnik z żoną i synami? Została tylko Taran, tamtych od dawna nie widział. A Taran przeniosła się do tego drugiego domu.
Król Silinów nie panował nad sytuacją, a to uczucie było mu bardzo niemiłe. Od paru dni nie widział też dziewczyny. Ale dobrze wykorzystał ten czas…
Władze miejskie musiały się zająć rozwikłaniem niezwykłej zagadki. Co się stało z pięcioma ulicznicami? Zniknęły bez śladu.
Rasmus Finkelborg w kwestii Taran posunął się nieco dalej. Kilka drobnych, niewinnych pytań przyniosło rezultat: dowiedział się, że w domu Müllerów odbędzie się bal, wydany na cześć księżnej Theresy, ale także i po to, aby troje młodych ludzi, którzy pozostali w mieście, Taran, Danielle i Rafael, mogło się zabawić i poznać bergeńską młodzież z wyższych sfer.
“Troje młodych ludzi, którzy pozostali w mieście? – spytał Finkelborg swego rozmówcę. – A co z resztą rodziny? Z braćmi Taran?”
Mężczyzna, z którym rozmawiał, popatrzył na niego zdziwiony. Czyżby naprawdę o niczym nie wiedział? Przed tygodniem pożeglowali na Islandię. Podobno mieli tam długo zabawić, może nawet parę miesięcy.
Twarz Finkelborga pobladła, rysy wyostrzyły się jeszcze bardziej. Odwrócił się na pięcie i odszedł bez pożegnania.
Na Islandię? Tak daleko, na prawie niedostępną wyspę w samym środku nicości? I jeśli Dolg wyjechał, to zabrał też z pewnością szafir.
Na cóż w takiej sytuacji zda się pojmanie Taran jako zakładniczki?
Ścisnął trzymany w kieszeni cienki sznur, za którego pomocą zamierzał ją pochwycić. Miał wrażenie, że tą informacją zadano mu straszny cios, nie zdawał sobie sprawy, że oddalając się od nabrzeża chwieje się na nogach i zatacza.
Wreszcie jednak twarz mu się nieco rozjaśniła. Parę miesięcy to nie wieczność. Dobrze wykorzysta ten czas, dowie się więcej o Taran, ona też z pewnością posiada wiele cennych informacji. Może trzymać ją w ukryciu, dręczyć i torturować, jeśli okaże się to konieczne.
Wszystko będzie dobrze!
Musi tylko zdobyć zaproszenie na bal. Wiedział już, dc kogo powinien się zwrócić. Wcześniej, korzystając z drobnej wymówki, odwiedził kantor Müllerów i poznał tam siostrę Erlinga, zimną, oddaną interesom damę, sprawiającą wrażenie ulepionej z tej samej gliny co on.
Okaże jej swoje zainteresowanie.
Rasmus Finkelborg rozumował słusznie. Siostra Erlinga Müllera dała się złapać na haczyk i z przyjemnością zaprosiła czarującego Duńczyka na bal.
Chyba tylko ona mogła uznać za czarującego lodowatego aroganta, jakim był Rasmus Finkelborg.
Rozdział 11
Taran promieniała radością.
Bal, bal we wspaniałym domu rodzinnym Erlinga! Mnóstwo młodych, sympatycznych Norwegów. Dziewcząt oczywiście także, ale w tej chwili ich obecność miała drugorzędne znaczenie. Rafael wyglądał tak pięknie, tak romantycznie, widać było, że to obdarzony darem bogów poeta, przybywali też kolejni młodzieńcy, których przedstawiano “trojgu austriackim dzieciom”, jak o nich mówiono. Taran w równym stopniu czuła się Norweżką i Islandką, co Austriaczką, a ponadto dawno temu przestała już być dzieckiem, ale to przecież nieistotne szczegóły.
Danielle wyglądała uroczo niczym pączek dzikiej róży. Jej pierwszy bal. Taran dostrzegała jednak smutek w oczach dziewczyny. Nigdy jeszcze Danielle nie wyglądała tak pociągająco, a nie widział tego ani ubóstwiany przez nią Dolg, ani Villemann, wierny towarzysz dziecięcych zabaw.
Biedny Villemann, taki zakochany w Danielle, a ona nawet go nie zauważała! Taran wiedziała, że musi coś z tym zrobić, skierować myśli i zainteresowania dziewczyny w odpowiednią stronę, ale to później, kiedy bracia wrócą.
Sama Taran wyglądała wprost zjawiskowo i doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale kiedy chciała, potrafiła osiągnąć mistrzostwo w fałszywej skromności. Doskonale się bawiła udając wstyd I onieśmielenie, a w odróżnieniu od Blitildy stać ją też było na autoironie. Od czasu do czasu musiała wychodzić do hallu, gdzie mogła się szczerze z siebie pośmiać. Wracała później i uczestniczyła w ceremonialnych powitaniach z wyrazem czystej niewinności na twarzy.
Babcia Theresa postarała się, aby wnuczka prezentowała się jak najpiękniej. Taran dostała nową białą sukienkę, ozdobioną bukiecikami jasnoniebieskich i różowych kwiatków, tak szeroką, że na biodrach musiała mocować specjalną konstrukcję podtrzymującą spódnicę. Wycięcie sukni było skandalicznie głębokie, ale cieniusieńki woal niwelował nieco tę śmiałość. Do sukni dobrano parę jedwabnych trzewiczków na obcasie.
No i włosy. Babcia uważała, że nie należy ukrywać pięknych ciemnych włosów Taran, ale madame, która przyszła pomóc w ułożeniu koafiury, nalegała, aby kierować się najświeższą modą z Paryża.
Włosy Taran nasmarowano więc klajstrem z mąki i wody, sterczały po tym na wszystkie strony. Taran zaśmiewała się z tego do łez. Potem madame ułożyła z nich kunsztowną fryzurę – wronie gniazdo, stwierdziła natychmiast Taran – i przypudrowała całość na biało.
– Jeśli teraz przyleci ptak, to skala własne gniazdo – mruknęła Taran.
I, wierzcie albo nie, ale madame próbowała umieścić na czubku fryzury sztucznego rajskiego ptaszka! Taran jednak gwałtownie zaprotestowała, twierdząc, że ptaszek przyda fryzurze nadmiernego realizmu. Nieco urażona madame ozdobiła więc włosy dziewczyny jasnoniebieskim kwiatkiem z jedwabiu.
– Ratunku, jak ja się będę ruszać z tą latarnią morską na głowie – jęczała Taran, musiała jednak przyznać, że wygląda naprawdę interesująco. Gdy później pojawiło się jeszcze kilka dam z podobnymi sięgającymi nieba fryzurami, uznała, że jej nie jest wcale najgorsza.
Przez długą chwilę stała przed wielkim lustrem. Wyginając się i obracając, z zapartym tchem podziwiała swoje odbicie.
– Ślicznie wyglądam, wprost nieprzyzwoicie pięknie, prawda, Urielu?
Nie otrzymała odpowiedzi, zresztą wcale się jej nie spodziewała. Uriel nigdy się nie odzywał, kiedy przymawiała się o komplement.
Taran zdążyła już wypatrzyć sobie trzech młodych mężczyzn z zamiarem zaangażowania ich na cały wieczór. Rafaela postanowiła zostawić w spokoju, jego widywała wszak na co dzień. Jej wybór padł na uczonego Bartolomeusa, bawidamka Jarla i zamkniętego w sobie Nilsa Fredrika. Taran lubiła mężczyzn, z którymi trudno się flirtowało, traktowała to jako wyzwanie.