– Powiedz wreszcie wszystko – poprosił przygnębiony Móri.
– Rycerze Świętego Słońca także polują na Taran. Mają wobec niej takie same zamiary: wziąć ją jako zakładniczkę i w ten sposób zmusić Dolga do wydania szafiru. Ani rycerze jednak, ani Sigilion nie wiedzieli, że wyjechaliście na Islandię. Teraz być może już to wiedzą, rycerz w każdym razie na pewno.
– Kto to taki? Brat Lorenzo?
– Nie, Lorenzo jest już za stary. To nowy nabytek, paskudny typ, całkowicie pozbawiony skrupułów. Nazywa się Rasmus Finkelborg.
Móri jęknął cicho.
– Na Taran czyha więc niebezpieczeństwo z dwóch stron?
– To prawda. Ale teraz lepsza nowina…
– Czy ktoś z was jej pilnuje?
– To niemożliwe, ja odpowiadam za Dolga, a pozostali tu obecni należą do ciebie, Móri.
– Przecież Nidhogg i Zwierzę czuwali nad Tiril?
– Ale zrobić nic nie mogli. My jednak nie jesteśmy potrzebni Taran. Pozostaje pod możną opieką.
– Jak to?
– Po pierwsze, dotknęła kiedyś cudownego szafiru. Dawno temu przyciskała go do piersi. Po drugie, zmieniono jej anioła stróża, czy, jak wolisz, ducha opiekuńczego.
– Zmieniono? Co chcesz przez to powiedzieć?
Cień nonszalanckim gestem podniósł ręce do góry.
– Ktoś w wyższych sferach doszedł do wniosku, że duch, którego jej przydzielono, nie poradzi sobie z zadaniem. Właściwie zgłosił to sam ten duch, drobna, przypominająca elfa istota. Taran stała się dla niego zbyt trudną podopieczną.
– Wyobrażam sobie – pokiwał głową Villemann.
– Kiedy więc teraz zawisło nad nią podwójne niebezpieczeństwo, postanowiono przydzielić jej opiekuna z wyższego wymiaru, niemal anioła.
– Czy on jest dostatecznie silny?
– Powinien być. Kłopot polega na tym, że Taran go widzi. I drwi sobie z niego.
– O mój Boże – mruknął Dolg.
Cień podjął:
– On z pewnością poradzi sobie z tym lodowatym przedstawicielem Zakonu. Ale Sigilion…
Móri głęboko nabrał powietrza
– Kim naprawdę jest ten Sigilion? To właściwie wiemy, ale czym on jest?
Cień zamyślił się:
– Silinowie…? Musimy cofnąć się daleko, bardzo daleko w czasie. Mniej więcej dwieście milionów lat.
– Czy ty jesteś taki stary? – z niedowierzaniem spytał Dolg.
– Nie, ja nie. Mówimy teraz o pochodzeniu Silinów. Musimy wrócić do czasu wielkich jaszczurów, do okresów geologicznych zwanych triasem, jurą i kredą.
Móri, Dolg i Villemann popatrzyli po sobie. Nie zabrzmiało to zanadto przyjemnie.
– Rozwinęło się wówczas wiele gatunków gadów, które później wyginęły – ciągnął Cień. – Od chodzącego na dwóch nogach niedużego dinozaura, którego wy, ludzie, nazywacie Saltoposuchus, wywodzi się gad latający zwany Rhamphorhynchus, praprzodek olbrzymich gadów latających, pteranodonów, które pojawiły się w okresie kredy przed mniej więcej stu czterdziestoma pięcioma milionami lat.
– Rzeczywiście może się od tego zakręcić w głowie – przyznał Villemann. – Ale to bardzo interesujące. Mów dalej!
– Widzicie, istniał także inny gatunek gadów, nieduży, coś pośredniego między Saltoposuchusem a pradawnymi gadami latającymi. Gatunek ten rozwijał się odrębnie, zaniknął mu ogon, zaczął poruszać się na dwóch nogach, przy kończynach miał błonę. Wyróżniał się wielką inteligencją i dlatego przeżył. To właśnie byli Silinowie. Ludzie jednak nie odnaleźli żadnych ich śladów. Silinowie wyginęli w tym samym czasie, co moi pobratymcy, Lemurowie, wszyscy, oprócz Sigiliona, który wszedł do naszej świątyni, gdzie przechowywaliśmy trzy kamienie. Nie udało mu się ich skraść, ale promienie, które na niego padły, niezwykle wydłużyły mu życie. Czy zyskał przy tym nieśmiertelność, nie wiemy.
Dolg i Villemann pomyśleli o tym, że obaj dotykali niebieskiego szafiru. Może i oni stali się nieśmiertelni?
Chyba nie, do tego potrzeba wszystkich trzech kamieni.
– Sigilion jest więc jaszczurką? – spytał z pozoru obojętnie Móri, ale w jego głosie dało się wyczytać niepokój.
– Czymś pośrednim. Jaszczurką o wzroście i inteligencji człowieka. Obdarzoną przy tym wieloma innymi cechami, których człowiek nie posiada.
– Jakimi?
Cień zawahał się.
– Hmm… w to nie będę się zagłębiać. Ale błędne ogniki opowiadały mi, że Sigilion przez krótki okres swego długiego życia obleciał świat i poznał wszystkie języki, nauczył się bardzo wiele o ludziach i ich słabościach. Stało się to jednak dla niego niebezpieczne, powrócił więc do swej dobrze ukrytej siedziby i tam pozostał. Do czasu aż niebieski kamień ujrzał światło dzienne.
Statek uderzony mocniejszym powiewem nocnego wiatru zakołysał się, ale zaraz odzyskał równowagę. Villemann badawczo przyglądał się duchom ojca. Ostatni raz widział je, kiedy był jeszcze dzieckiem. Teraz starał się jak najlepiej zapamiętać ich wygląd, aby przypadkiem ich nie pomylić z nieznanym Sigilionem.
Byli tam Nauczyciel, Duch Zgasłych Nadziei, Nidhogg i Zwierzę, istoty, których widoku większość ludzi by nie zniosła. Dalej niewidzialna Pustka, której obecność tylko się wyczuwało, wokół i w głębi własnej duszy, dwie piękne panie: Powietrze i Woda, a także przystojny Hraundrangi – Móri. Aż dziwnie się robiło na myśl, że to dziad Villemanna.
No i Cień, nadzwyczaj potężny opiekun Dolga. Właściwie nie należał do gromadki duchów, ale teraz się do nich przyłączył, Dolg bowiem znajdował się tutaj.
– Wspominałeś o innym jeszcze ludzie – zwrócił się Dolg do Cienia. – O plemieniu żyjącym na stepach za krainą Silinów.
– Tak, rozmawiałem o nich z moimi oswobodzonymi krewniakami. Twierdzą, że Madragowie, jak zwie się ten lud, właściwie wyginęli. Ale Sigilion zdołał porwać czterech z nich i trzyma ich w niewoli w swoim zamku. W jaki sposób zdołał przedłużyć im życie, tego nie wiem.
– Jakiego rodzaju to istoty?
– Nie wiem – wolno odparł Cień. – Ale kojarzy mi się z nimi określenie zasłyszane w czasach, kiedy żyłem na ziemi: bawoli lud. Silinowie – jaszczurczy lud. Madragowie – bawoli lud. Nie mam jednak pewności, na ile jest to prawdą.
– Czy możemy uwolnić tych czterech Madragów? – równocześnie spytali Villemann i Dolg.
Cień spojrzał na nich z uśmiechem.
– Jakie to podobne do dzieci Tiril i Móriego! Nie śmiem odpowiadać na to pytanie. Czekają nas teraz ważniejsze sprawy. Zobaczymy później. Jeśli przeżyjemy.
– Ale nie możemy zostawić Taran samej w obliczu podwójnego zagrożenia ze strony Sigiliona i Finkelborga – zaprotestował Móri.
Wtrąciła się piękna pani powietrza:
– Podejmę się zaglądać do niej od czasu do czasu, ale nie będę mogła nic zrobić poza złożeniem wam sprawozdania z tego, co zobaczę.
– Tak, jak ja i Zwierzę byliśmy przy Tiril – powiedział ochrypłym głosem Nidhogg. – Wiesz przecież, Móri, że jesteśmy związani z tobą.
– Wiem. Co więc zrobimy? Niech Dolg i Villemann jadą sami na Islandię, aby wykonać zadanie, a Tiril i ja wrócimy do Norwegii. Wy ze mną.
– To niemożliwe, Móri – tłumaczył Nauczyciel. – I ty, i my musimy być na Islandii. A Cień towarzyszy Dolgowi. Trzeba wierzyć, że anioł stróż Taran poradzi sobie z nowym zadaniem, które zaiste nie będzie łatwe!
Cień przez chwilę stał pogrążony w myślach. Powiedział z wahaniem, jakby słowa rodziły się z napływających myśli:
– Zaczekajcie chwilę…
Czekali, jak ich o to poproszono.
– Sigilion ma pewną wstrętną cechę, o której przed chwilą nie chciałem wspominać. Ale być może zdołamy ją obrócić na naszą korzyść.