Выбрать главу

– Tak? – odezwał się Móri, kiedy cisza zanadto się przedłużała.

Cień popatrzył na nich rozjaśnionymi oczyma:

– On nie potrafi obyć się bez kobiet i działa na nie niemal paraliżująco.

– Uf – westchnął Móri.

– Wydaje mi się jednak, że wiem, co powinniśmy zrobić. W Norwegii mieszka pewien ród, bardzo szczególny ród, posiadający zdolności różniące go od innych ludzi. Toczą oni swą własną walkę z przerażającym przodkiem…

– Ale to ludzie, zwykli, tacy jak my. Nie możemy ich w to wciągać! – zaprotestował Móri.

– Nie, żywych nie! Obecnie żyje aż czworo obdarzonych niezwykłymi zdolnościami, lecz ich nie będziemy angażować. Ale także ich zmarli wciąż istnieją, jako duchy, a wśród nich są dwie nadzwyczaj silne indywidualności. Olśniewająco piękna kobieta, czarownica, i jej wuj, bardzo dobry człowiek, obdarzony magicznymi zdolnościami mogącymi się równać z twoimi, Móri. Chyba poproszę ich o pomoc, zwłaszcza ją. Ona zdoła odciągnąć uwagę Sigiliona od Taran. Ta piękność jest na tyle diaboliczna, aby potraktować naszą prośbę jako wyzwanie, a i zadanie z pewnością jej się spodoba.

Milczeli.

– Co to za rodzina? – spytał w końcu Villemann.

A Cień odpowiedział:

– Nazywają ich Ludzie Lodu.

Rozdział 13

Następny wieczór był ostatnim, jaki spędzali na pokładzie statku. Na horyzoncie dały się już dostrzec szczyty wysokich wulkanów Islandii.

Tiril i Móri stali na dziobie, zapatrzeni na ląd.

– Cudownie tu wrócić – powiedziała Tiril. – Chociaż ogromnie niepokoję się o Taran.

– Dobrze, że ze mną jedziesz – wyznał Móri. – Bardzo się cieszę, że znów zobaczę swój kraj i pokażę go synom.

Tiril zdziwiona odwróciła głowę, podniosła wzrok w górę na maszt.

– Co się stało? – spytał.

– Nie wiem – odpowiedziała. – Pewnie tylko żagiel załopotał.

Móri spojrzał w górę, ale nic nie zauważył.

– Jakby jakiś cień nad nami przeleciał – zadrżała Tiril. – Zejdźmy na dół.

Móri kiwnął głową i rzuciwszy ostatnie spojrzenie na maszt, ruszył za żoną.

Sternik także coś zauważył. Miał wrażenie, jakby zawisła nad nim czarna chmura. Stał na rufie i na maszt z żaglami patrzył z innej perspektywy.

Dostrzegł coś. Z całych sił wytężył wzrok.

Czy czegoś tam nie było? Przy samym maszcie? Wysoko na rei?

Nie, to niemożliwe, chyba ma omamy! Tak szczupłego człowieka nie ma na pokładzie. Ptak? Drapieżne ptaki w pozycji siedzącej potrafią wyglądać na szczupłe i wysokie.

Nie, za duże jak na ptaka.

Unieruchomił ster i zszedł na dół po kapitana. Idąc mruczał pod nosem modlitwę.

Sigilion dość już zobaczył. Zrozumiał, że Dolg ma zbyt mocną ochronę, poczuł to aż do szpiku kości. Na pokładzie znajdowały się niewidzialne istoty, z którymi być może mógłby podjąć walkę, ale nie miał czasu, by to sprawdzić. Nie powinien też tracić sił na starcie.

Eleganckim ruchem wzniósł się z masztu. Dzięki błonom ślizgał się nad wodą w stronę Norwegii, by wrócić do realizacji pierwotnego planu. Tutaj tylko chciał coś sprawdzić.

Tak, cudowny szafir z pewnością znajdował się na pokładzie, ale całkowicie nieosiągalny. Musi zdobyć coś na jego wymianę. Taran…

Kiedy sternik wrócił z szyprem, maszt wyglądał zwyczajnie. Biedny marynarz nasłuchał się pouczeń.

Taran przed wyjazdem do Christiana przez dwa dni nie opuszczała domu, więc ani Sigilion, ani Rasmus Finkelborg nie mogli się do niej zbliżyć.

Rekonesans Sigiliona zakończył się dla niego niemal katastrofą, kiedy bowiem wrócił do Bergen, znów pilnował pustego domu, tym razem przez trzy dni. Widział służących, wchodzących i wychodzących kilkakrotnie w ciągu dnia, starą jędzę, czyli siostrę Erlinga, najwidoczniej właścicielkę tej rudery. Sigilion wszystkie domy mniejsze od zamków uważał za rudery. A przecież siedziba dynastii Müllerów była naprawdę okazała.

Kiedy wreszcie zrozumiał, że ptaszek wyfrunął z klatki, i to nie sam, było już za późno. Sigilion nie miał kogo spytać.

Natomiast Rasmus Finkelborg zdobył wiadomości.

Nie było go na posterunku, kiedy rodzina opuszczała dom, statek do Christiana bowiem odpływał bardzo wcześnie rano, a Rasmus spał, szczerze przekonany, że tak samo czynią wszyscy inni.

Swój błąd jednak odkrył wcześniej niż Sigilion, bo już pierwszego dnia.

Choć sama myśl napawała go obrzydzeniem, musiał jeszcze raz odwiedzić Christine, siostrę Erlinga. Zdawał sobie sprawę, że może zostać nieprzychylnie przyjęty, gdyż opuścił bal tak nagle, bez uprzedzenia, nie mówiąc już o podziękowaniu.

Nie miał ochoty spotykać się z tą damą, niestety innego wyjścia nie miał. Będę musiał wypić to piwo, uznał, jak zwykle nawet myśląc frazesami. Kiedyś w szkole, gdy miał napisać wiersz, użył tylu przysłów, cytatów i wytartych frazesów, że nauczyciel spytał, czy naprawdę nie posiada bodaj odrobiny wyobraźni. Cała grupa wybuchnęła śmiechem, a Rasmus postanowił zabić nauczyciela młodych szlachciców. Finkelborgowi brakowało fantazji, nie potrafił też śmiać się z siebie.

Wziął się jednak w garść i zadzwonił do drzwi domu Müllerów. Wpuszczono go do środka, w hallu spotkał się z Christine.

Rasmus Finkelborg stuknął obcasami, aż echo odbiło się od ścian, a jego zabolały kostki. Zanim Christine słowami zdążyła wyrazić to, co zdradzał już surowy wyraz twarzy, pospiesznie oznajmił:

– Madame, chciałbym serdecznie przeprosić za tak pospieszne opuszczenie balu. Niestety, odezwała się dawna wojenna rana, a kiedy dolegliwości się nasilają, nie jestem miłym towarzystwem. Mam nadzieję, że wybaczy mi pani, choć zachowałem się niewybaczalnie.

Christine już stopniała.

– Ależ, drogi chłopcze! Rana z wojny? Jakież to interesujące! Z której?

Twardy jak kamień brat zakonny nie lubił, kiedy nazywano go “drogim chłopcem”, nie bardzo też potrafił zdecydować, jaką wojnę należałoby wymienić. Ostatnimi czasy w Danii panował spokój.

– Nie chciałbym o tym mówić – mruknął z wyrazem udręki w oczach, a przynajmniej sądził, że udało mu się go przywołać. Tak naprawdę wyraz twarzy Rasmusa można było określić tylko jako kamienny albo jeszcze bardziej kamienny.

Poproszono go do salonu, gdzie musiał konwersować, chociaż siedział jak na szpilkach. Zdołał jednak, udając przy tym w ogóle nie zainteresowanego sprawą, dowiedzieć się, dokąd wybrała się Taran z kompanią.

Ledwie słuchał jakiejś niemądrej relacji z wydarzeń na balu, jakie miały miejsce po jego wyjściu, bo jego myśli pracowały gorączkowo.

W drodze do Christianii? Na statku? Wypłynęli rano? Christine nie miała całkowitej pewności, czy statek rzeczywiście wyruszył. Pewne opóźnienia…

Rasmus Finkelborg wpadł we wściekłość.

Czy miał się w ostatniej chwili rzucić na pokład? Po pierwsze, mogło to wzbudzić podejrzenia. Po drugie…

– Tak, pamiętam burmistrzynię. Nie, jej sukni nie uważam za szczególnie… twarzową, zwłaszcza dla osoby w jej wieku. (Och, zamknij się, babo, muszę pomyśleć!)

Po drugie: Co miał do roboty na statku? Jego zadaniem było pochwycenie Taran jako zakładniczki i wymienienie jej na szafir. Jak dokonać tego na pokładzie? Przetrzymywać ją w kajucie? No i przecież ten statek żeglował do Christiana, a szafir zmierzał na zachód, na Islandię.

Nie, albo będzie musiał czekać, aż wrócą, albo też dostać się do Christiana w inny sposób.

Przekleństwo!

– Tak, pasztet z kurczęcia był rzeczywiście wyborny. Wie pani, kto go przyrządził? Fantastyczne! Takiej żony jak pani życzyłby sobie każdy mężczyzna!