Christine na moment się zmieszała. Przez chwilę całkiem zapomniała, że jest kobietą zamężną, tak zafascynował ją młody hrabia i jego adoracja. Pospiesznie dodała, że umie przygotować wiele specjalnych dań.
Nic mnie to nie obchodzi, pomyślał Rasmus. Usiłował się skupić i dopóki kiwał głową albo mruczał w odpowiednim momencie, wszystko szło dobrze, gdy jednak Christine zadawała jakieś pytanie, sytuacja stawała się kłopotliwa, gdyż tak naprawdę wcale jej nie słuchał.
Wreszcie powziął decyzję. Doszedł do wniosku, że nie stać go teraz na marnowanie czasu. Musiał jechać do Christiana, bo nie wiedział, jak długo Taran tam zabawi.
Na “przypadkowe” pytanie Duńczyka o to, gdzie brat Christine zamierza się zatrzymać w stolicy, nie podejrzewająca podstępu dama chętnie odpowiedziała. Z natury drobiazgowa, wyjaśniła mu ze szczegółami, gdzie mieszka hrabianka Aurora wraz ze swym mężem, właścicielem ziemskim, o którym mówiła “wieśniak August Mikalsen”. “Hrabianka to dawna przyjaciółka mojej szwagierki, księżnej austro – węgierskiej. Mój brat jest teraz baronem”.
Tym także zdołała się pochwalić.
Finkelborg miał szczęście. Jeszcze tego samego dnia wypływał na wschód inny statek. Może uda mu się nawet zdążyć przed nimi?
Za późno się zorientował, że to jednak niemożliwe. Statek wiózł duży ładunek, płynął powoli i zatrzymywał się w wielu portach na długim południowym wybrzeżu Norwegii między Bergen a Christianią.
Kapitan statku chwilami miał ochotę wyrzucić swego duńskiego pasażera za burtę, tak bardzo ten człowiek marudził i wrzeszczał, żądając, aby statek przyspieszył. Starał się nawet przekupić kapitana, aby nie zawijał do portów w Mandal i Arendal, nic mu jednak z tego nie wyszło. Raz nawet zagroził kapitanowi pistoletem, ale człowiek morza był twardy i nie chciał się ugiąć.
W Tvedestrand Finkelborg się poddał. Prychając ze złości zszedł na ląd z postanowieniem, że resztę drogi pokona konno. Nim do tego doszło, o mały włos nie został pobity przez załogę, odmówił bowiem zapłacenia za “wszawą podróż”. Marynarzy było jednak zbyt wielu, uiścił więc należność, ale usta zacisnęły mu się w wąską kreskę i dyszał żądzą zemsty.
Sigilion powrócił do Bergen na czas, by zobaczyć, że Finkelborg opuszcza miasto statkiem.
Pozbyłem się konkurencji, doszedł do wniosku król Silinów, wiedział wszak, że zarozumiały hrabia także pilnuje Taran.
Kiedy jednak upłynęły trzy dni i Sigilion przyznał, że Taran wraz z pozostałą rodziną się nie pojawiła, zaczął przypuszczać, że coś się stało. Kobiety, które tak łatwo padały jego łupem, także przestały krążyć po mieście. Nie miał tu już nic do roboty.
Jedynym jego śladem pozostawał ów jasnowłosy mężczyzna, o zimnych oczach.
Sigilion mógł spróbować wypytać kogoś z pozostałych w domu ludzi, na przykład tę podstarzałą damę, to jednak oznaczało krzyk, zabijanie, zaczęto by go szukać. Nie chciał ściągać na siebie uwagi, to mogło zabrać mu czas.
Lepiej śledzić statek. Nic się nie stanie, jeśli po wydobyciu informacji od jasnowłosego potraktuje go swoimi szponami. Morze kryje zmarłych.
Sigilion opuścił więc Bergen i wyruszył szlakiem, którym, jak widział, popłynął statek konkurenta.
Nie zrozumiał jednak, że szkuta zawijała do rozmaitych portów, i wiele czasu stracił kręcąc się nad pustymi wodami.
Kiedy nareszcie odnalazł właściwy statek, okazało się, że minął on już Tvedestrand, a hrabia Finkelborg co koń wyskoczy ruszył na północ.
O tym Sigilion nie wiedział. Opadł na pokład za plecami sternika. Bezszelestnie jak jaszczurka, którą był w połowie, przesunął się wzdłuż relingu i po schodach w dół.
Świdrującym wzrokiem przyglądał się śpiącym marynarzom. Któremuś być może przyśnił się koszmarny sen o paskudnym, niezwykle gładkim potworze, ale żaden się nie obudził.
Sigilion przeszukał wszystkie kąty.
Wreszcie zdobył pewność: jasnowłosego nie było na statku.
Kiedy wrócił na pokład, miał mniej szczęścia. Kucharz opróżniał właśnie wiadro z odpadkami i na widok Sigiliona uderzył w krzyk.
Kapitan i sternik słuchali przerażonego, jąkającego się z przejęcia człowieka:
– Widziałem coś! Przysięgam, że widziałem, jak coś wpłynęło po schodach i przesunęło się wzdłuż relingu na dziób. Prześlizgnęło się przez reling i zniknęło, tam, dokładnie w tym punkcie.
Przeszli we wskazane miejsce i wyjrzeli przez reling. Cokolwiek to było, nie znajdowało się już na pokładzie ani też na burcie.
– Jak to coś wyglądało? – spytał lekko poirytowany szyper. Gdyby kucharz nie mówił z tak bezwzględną pewnością, nawet by go nie słuchał.
– Duże! Wzrostu człowieka, i przez moment stanęło nawet wyprostowane koło masztu. Wtedy przypominało ludzką istotę. Zaraz jednak zniknęło, jakby przykleiło się do relingu, jakby miało przyssawki albo szpony. Straszniejszej postaci nigdy w życiu nie widziałem!
Dyskutowali przez chwilę o rozmaitych morskich stworach, ale w końcu zrezygnowali. Sternik jednak poprosił, aby tej nocy ktoś mu towarzyszył, bał się zostać na pokładzie sam.
Sigilion rzeczywiście uczepił się burty statku, ale pod wodą. Wciąż w razie potrzeby, wprawdzie nie na długo, mógł posługiwać się odziedziczonymi po przodkach resztkami skrzeli.
Gdy mężczyźni odwrócili się plecami, pozwolił wodzie unosić się w kierunku lądu.
Statek do niczego już nie był mu potrzebny.
Na pewnym strychu w Bergen dozorca ku swemu przerażeniu znalazł zwłoki pięciu zmarłych całkiem niedawno kobiet. Były to ulicznice, które ostatnio zaginęły.
Straszny był to widok. Zostały zgwałcone, ale to być może nie było dla nich pierwszyzną. Później jednak rozdarto je na pół od góry do dołu i po prostu ciśnięto na bok.
Władze przeraziły się nie na żarty. Teraz należało wszcząć poszukiwania wielokrotnego mordercy. Najdziwniejsze, że wszyscy mieszkańcy domu, gdzie dokonano makabrycznego znaleziska, przysięgali, że drzwi wychodzące na ulicę każdej nocy były starannie zamknięte. Tą drogą nikt nie mógł się tam dostać.
Rozdział 14
Aurora oczekiwała gości od wielu dni, niezwykle serdecznie powitała Theresę. Nie było końca okrzykom radości w rodzaju: “Och, to przecież Erling! Jaka szkoda, że nie ma Móriego! I Tiril z chłopcami! I Nera, starego Nera, pomyśleć tylko, że on wciąż żyje!” I z drugiej strony: “Jak dobrze wyglądasz, Auroro, August jeszcze wyprzystojniał, pomyśleć tylko, że na stare lata masz syna, och, przepraszam, ty wiesz, co mam na myśli, śliczny chłopiec, i wnuk, jak ten czas leci!”
Naturalnie opowiadały sobie także o trudnościach i kłopotach, bo i Theresa, i Aurora je przeżywały, ale odsunięto je jakby na drugi plan, przede wszystkim obie przyjaciółki chciały się podzielić wspomnieniami.
Taran i Aurora bardzo dobrze się rozumiały. Starsza już dama wciąż pozostała młoda duchem i rozumiała młodziutką dziewczynę może nawet lepiej niż jej rodzina. Aurora natychmiast dostrzegła w Taran jej niezłomną żądzę przygód oraz niechęć wobec konwenansów i właśnie ona poparła plany młodej panny związane z Morzem Bałtyckim.
Nie zachęcała dziewczyny do wyjazdu, zwłaszcza że miała to być podróż w pewnym sensie na ślepo, bez konkretnego celu. Aurora jednak znała pewnego uczonego w Christiana, który powinien sporo wiedzieć o Bałtyku, jego wybrzeżach, historii, geografii i ewentualnych związanych z nim tajemniczych historiach. Aurora co prawda nie bardzo mogła zrozumieć, jakie tajemnice mogą się kryć w takim niedużym, leniwie pluskającym morzu.
Taran, szczerze mówiąc, także nie bardzo to sobie wyobrażała.
Postanowiła natychmiast pojechać do uczonego w Christiana.