Выбрать главу

– Zamknij się! – wrzasnął Rasmus Finkelborg. Przyciągnął Taran do siebie i przycisnął pistolet do jej pleców.

– Musi pan o coś go opierać? – spytała Taran. – Pięknie! Urielu! – zawołała. – Zrób coś z tym bladookim wariatem!

– Urielu? – zdumieli się obecni.

“Jestem tutaj”, usłyszała Taran głos w swym wnętrzu. “Nie bój się, nie pozwolę, żeby ci zrobił coś złego”.

“Bać się!” odpowiedziała Taran już w myśli. “Jestem wściekła!”

“Fe, co za język!”

“Masz zamiar odgrodzić mnie od pistoletu? Bardzo będziesz musiał się spłaszczyć”.

“Nie, rób to, co on ci każe, zaraz się nim zajmę”.

“Dobrze, posłucham ze względu na innych”.

“No właśnie”.

– Co miałaś na myśli, mówiąc “Urielu”? – dopytywał się Rafael.

– Nie czas teraz na tłumaczenie – mruknęła Taran. – Hrabio Finkelborg, co ma znaczyć takie zachowanie? Skończyło się panu kieszonkowe? Nie, Rafaelu, nie usiłuj odgrywać boha…

Było już jednak za późno. Rafael, bardziej niemądrze niż odważnie, ruszył do ataku i tylko Uriel, który mocno stuknął Finkelborga w plecy, uratował Rafaela od pewnej śmierci. Kula trafiła w bagno.

– Dureń! – syknęła Taran do Rafaela. – Pomyśl, co by było, gdyby on użył tego drugiego pistoletu? Strzelił we mnie? Chodźcie, woźnica także, prędko!

Zanim Finkelborg zdołał podnieść się z ziemi, wszyscy troje kierowali się już w stronę opuszczonej zagrody. Za nimi padł strzał, ale niecelny. Rafael się odwrócił.

– Teraz musi załadować obydwa pistolety. Biegnie za nami, wobec tego Danielle jest bezpieczna. Szybciej, musimy się schować!

Taran nie była wcale taka pewna, czy w zagrodzie będą bezpieczniejsi, dobiegli jednak w każdym razie do otwartych drzwi. Woźnica starannie je zamknął za nimi, zaraz też zajęli się zabezpieczaniem wszystkich pozostałych otworów.

Koń stał spokojnie zaprzęgnięty do powozu na drodze.

– Mam nadzieję, że Danielle nie wystawi głowy – mruknął Rafael.

Dostrzegli Finkelborga na zboczu. Biegnąc usiłował naładować broń.

– Poszukajmy izby bez okien – zaproponował Rafael. – Tam będziemy bezpieczni.

Taran stała nieruchomo. Wyczuła coś w powietrzu.

– Co się stało?

– Ta atmosfera…

– Masz na myśli zapach? Nie, to coś innego. Zgęszczony, skondensowany… Fuj!

– Racja – przyznał woźnica.

Nikt nie chciał tego głośno nazwać. Ale tym, co wyczuwali, była chuć. Erotyzm w takiej formie, że powietrze zdawało się nim nasiąkać.

Taran już kiedyś czuła coś podobnego, Wówczas w lesie, gdy widziała jakąś okropną istotę na poły schowaną za pniem drzewa.

“Urielu, zrób coś!”

Rozdział 15

Sigilion długo szukał.

Obrzydliwy sztywny człowiek o żółtobiałych szczeciniastych włosach jako jedyny mógł zaprowadzić go do Taran. A nie było go na pokładzie statku.

Dużo, bardzo dużo czasu zajęło królowi Silinów wytropienie go.

Wpadł na jego ślad tylko dzięki niezwykle dobrze wykształconemu zmysłowi powonienia.

Przeszkadzał mu koń. To koń dotykał ziemi, a nie ten człowiek, którego nazywano Finkelborg. W mleczne mgliste noce Sigilion czołgał się po drogach, węsząc posuwał się naprzód. Czasami ścigany przezeń człowiek zsiadał z konia, wtedy wyraźnie wyczuwał jego ślady, szczególnie wówczas, gdy człowiek “znaczył terytorium” przy drzewie. Wtedy Sigilion także to robił, w większym stopniu był bowiem zwierzęciem, niż chciał się do tego przyznać.

Potem znów podejmował pościg.

Niezwykły zapach, jaki wydzielał, nie zawsze dał się wyczuć, tylko wtedy, kiedy w pobliżu znajdowała się kobieta. Wszystkie jego zmysły ogarniało wówczas pożądanie. Kobiety z Karakorum zostawały jego niewolnicami, nie mogły się oprzeć jego zmysłowości, erotycznej sile przyciągania. Pięć kobiet, które wykorzystał w Bergen, okazało się inne. Prędko się ich pozbył. Sprawiały wrażenie, że brakuje im czegoś: uczucia. Ich miłość była mechaniczna. Kobiety w Karakorum były dla niego gotowe na wszystko, ubóstwiały go. Wtedy wystarczała mu tylko jedna naraz, wykorzystywał ją, dopóki go pociągała, mniej więcej dwadzieścia, może trzydzieści lat. Potem sprowadzał nową. To one powinny go kochać, on sam nie odczuwał nic poza czystą żądzą.

Sporo czasu upłynęło od momentu, kiedy posiadł kobietę. Ostatnio w Bergen. Potem zabrakło mu czasu.

Wprawdzie Taran miała mu posłużyć jako zakładniczka, ale była przecież taka powabna…

Tego dnia odnalazł Finkelborga. Duńczyk zaczaił się, czekał na coś. Sigilion przeczuwał, że wypatruje Taran.

Król Silinów, wywodzący się z dawno minionej epoki, zapomniany, bez kraju i poddanych, dla Rasmusa Finkelborga nie żywił nic poza pogardą. Człowiek przydawał mu się, dopóki mógł go prowadzić do Taran. Potem…

Jaszczur zajął miejsce na dachu starego domu, skąd miał widok na kępę drzew, za którą ukrył się Finkelborg.

Nadjechał powóz.

Finkelborg wyskoczył na drogę i zatrzymał ekwipaż, Sigilion widział, że grozi. Ściągnął woźnicę z kozła. Potem wysiadło jeszcze dwoje ludzi.

Taran!

Sigilion czekał.

Głos dziewczyny odbijał się od skały. Kłóciła się z rym białowłosym durniem, sprawiającym wrażenie, że chce ją zabić?

Nie można do tego dopuścić.

Sigilion poznał już broń strzelecką. Prędko uczył się wszystkiego, co nowe.

Rozległ się wystrzał, ale Taran się nie przewróciła. Przeciwnie, to Finkelborg upadł na twarz.

Taran, młody chłopak i woźnica ruszyli biegiem w stronę domu.

Prosto w objęcia Sigiliona.

Doskonale!

Uśmiechnął się zimno, jak jaszczur, którym w połowie był.

Finkelborg nadciągał za nimi. Nie ma się czym przejmować.

Dobiegli już na górę. Weszli do domu…

Byli wewnątrz.

Sigilion przechylił się przez krawędź komina i przewodem kominowym, jak zwykle głową w dół, bo tak było mu najłatwiej, wślizgnął się do środka. W kominie nie zalegała sadza, dawno go już nie używano, a niewielka ilość, jaka pozostała, przekształciła się w zbitą substancję.

Wślizgnął się do wnętrza przez otwór w palenisku. Usłyszał głosy ludzi i znalazł kryjówkę.

Kobieta…

Sigilion nie potrafił stłumić swoich żądz, chociaż wobec Taran miał przecież inne zamiary. Ale… mógł skorzystać z okazji.

W oczekiwaniu na następne posunięcie Finkelborga ludzie się zabarykadowali.

Potem jednak zapadła cisza.

Sigilion nie wiedział, że wyczuli jego zapach. Sądził, że nikt nie może go odkryć.

Gdyby tylko Taran i ci dwaj mężczyźni się rozdzielili! Pragnął zostać z nią sam, wtedy prędzej by mu uległa.

Wiele dni i nocy upłynęło od czasu, kiedy Dolg wyruszył na Islandię, zabierając kamień. Sigilion postanowił porwać Taran i korzystać z jej kobiecości do chwili, kiedy cudowny szafir znów znajdzie się na norweskiej ziemi.

Wtedy wymieni bezwartościową już dla niego dziewczynę na kamień.

Nikt go wówczas nie powstrzyma, bo dla nich Taran była cenna.

Nie będą wiedzieć, że wykorzysta ją do ostatka, wysączy z niej ostatnią kroplę życia.

Z izby, w której znajdowali się ludzie, nie dochodził żaden odgłos. Sigilion czekał. Potrafił czekać. Nic innego wszak nie robił przez tysiące lat, przytomny albo pogrążony w letargu.

Z drugiej części domu dobiegł dźwięk, jakby otwierano jakąś pokrywę. Sigilion nie znał współczesnych domów na tyle dobrze, by zorientować się, że dźwięk dochodził z kuchni. Ktoś otworzył właz do piwnicy.