Rozumiał jednak, co się stało: Rasmus Finkelborg dostał się do domu.
Król Silinów uśmiechnął się zimno, pogardliwie. Tego przeciwnika się nie obawiał.
Troje w zamkniętej izbie również usłyszało Finkelborga.
– Co teraz zrobimy? – szepnęła Taran, otwierając szeroko oczy.
– Czekamy – cicho odparł Rafael.
– No tak – pokiwał głową woźnica. – On ma po swojej stronie pistolety.
– A jeśli podpali dom? Wpadliśmy w pułapkę.
– Tego nie zrobi – szeptem zapewnił ją Rafael. – On chce ciebie, w dodatku żywą.
– Dlaczego?
– Nie zrozumiałaś tego jeszcze? Nie widziałaś, co przez chwilę zalśniło na jego piersi?
Taran, jeśli to możliwe, jeszcze szerzej otworzyła oczy.
– Nie zdążyłam, on stał za mną. Chcesz powiedzieć, że… Zakon Świętego Słońca?
– Tak.
– Znów się zaczyna ta zabawa – sapnęła.
– To wcale nie zabawa.
– Dobrze wiem. Ale ja przecież nie mam…
– Ciii, nie tak głośno. Wystarczy, że Dolg ma. Założę się, że rycerze zamierzają wymienić cię na niebieski kamień.
– Rzeczywiście, brzmi to dość prawdopodobnie – odparła Taran po namyśle. – A ta druga istota, ta, która sprawia, że ciarki przechodzą po plecach? Kim on jest i czego chce?
– Nie wiem. Nic mi o nim nie wiadomo, nigdy dotąd go nie widziałem.
– Za to ja, owszem – z ponurą miną przyznała Taran. – Prawie. I nie było to przyjemne spotkanie. Przydałby nam się teraz Uriel.
– Kim jest Uriel? – jeden przez drugiego dopytywali się mężczyźni.
– Mój anioł stróż – odparła roztargniona. – A raczej był już prawie aniołem, pochodzi z drugiego wymiaru powyżej naszego. Otrzymał zadanie pilnowania mnie i wtedy utracił swą świetną pozycję.
– Wcale mnie to nie dziwi – stwierdził Rafael. – Kochana Taran, przestań wygadywać bzdury, musimy coś wymyślić!
– Wcale nie wygaduję bzdur, potrzebuję pomocy Uriela.
– Masz rację – odparł Uriel, tym razem ludzkim głosem, więc usłyszeli go wszyscy troje. – Wybaczcie mi, ale muszę się wam ukazać. Sytuacja jest bardzo poważna.
Mężczyźni cofnęli się o kilka kroków, wstrząśnięci, kiedy stanął przed nimi świetlisty anioł, wprawdzie bez skrzydeł, ale nie ulegało wątpliwości, że pochodzący z wymiaru daleko lepszego od ludzkiego.
– Ach, Urielu! – uradowała się Taran. – Jakiż ty jesteś śliczny!
Woźnica odruchowo rzucił się na kolana przed tym niebiańskim objawieniem. Uriel łagodnym, lecz dostojnym gestem nakazał mu wstać. Rafael nie mógł znaleźć słów. Wiele słyszał o duchach Móriego, ale nigdy ich nie widział, zrozumiał jednak, że ma do czynienia z jeszcze wyżej stojącą istotą. Duch opiekuńczy Taran! Ze wszystkich ludzi jedna z najbardziej szalonych i nieokiełznanych osób miała za opiekuna prawie – anioła!
A może właśnie dlatego?
Posłaniec z wyższego wymiaru wyglądał cudownie, surowy, a jednocześnie łagodny jak letni wieczór, miał długie złote loki, przejrzyste niebieskie oczy, na kształtnych wargach igrał zawstydzony uśmiech. Podoba mu się podziw Taran, doszedł do wniosku Rafael. Ale nie chce się do tego przyznać.
– Czy na ziemi także byłeś taki urodziwy? – chciała wiedzieć Taran.
Uriel się zmieszał.
– Nie… ja…
– No tak, nazywałeś się przecież Gustava – przypomniała cierpko.
– Owszem, ostatnim razem – dodał pospiesznie, tracąc przy tym co nieco ze swego dostojeństwa. – Ale masz rację, przechodząc wyżej, awansując do wyższych wymiarów, pięknieje się.
– Jesteś fantastyczny – oświadczyła zachwycona Taran, ale zaraz przekrzywiła głowę, przyglądając mu się krytycznie. – Powinieneś chyba jednak nosić pasek, nie plątałbyś się i nie potykał o tę nocną koszulinę.
– Ależ, Taran! – oburzył się Rafael.
Taran ciągnęła niewzruszona:
– Uriel może pożyczyć twój, nie podtrzymujesz nim żadnych niewymownych, używasz go tylko do ozdoby.
Prędko zabrała pasek Rafaelowi i przewiązała szatę Uriela.
– Od razu lepiej! – oświadczyła zadowolona. – Szkoda, że nie marny nożyczek, ucięlibyśmy tę koszulę do kolan albo jeszcze wyżej.
– Taran – syknął gniewnie Rafael. – Grozi nam niebezpieczeństwo!
– Oczywiście, przepraszam! Ale Uriel jest taki śliczny.
– Później będziesz go podziwiać, teraz musimy się zastanowić.
Uriel podczas całej tej sceny stał nieruchomo jak sparaliżowany. Oniemiał. W duchu musiał jednak przyznać, że z paskiem było mu o wiele wygodniej.
Taran się zamyśliła.
– Coś mi się śniło dzisiejszej nocy…
– Sny – prychnął Rafael. – Czy musisz opowiadać nam teraz takie głupstwa?
– Wydaje mi się, że ten sen był wyjątkowo ważny. Przyszła do mnie pani powietrza…
Teraz Rafael słuchał z większym zainteresowaniem.
– Przybyła do mnie i powiedziała coś o… o jakimś Sigilionie.
– Sigilion? Co to znaczy?
– Zagrożenie. Wiesz przecież, że w snach pojawiają się dziwne imiona. Imię jest nieistotne, najważniejsze, że chciała mnie ostrzec. “Strzeż się Sigiliona – mówiła. – Nie zbliżaj się do niego, on potrafi cię zwabić wbrew twej woli. Pragnie za twoją sprawą zdobyć niebieski kamień”.
– Podobna sytuacja jak z Finkelborgiem! – wykrzyknął Rafael. – Jesteś więc atakowana z dwóch stron!
– Na to wygląda – żałośnie przyznała Taran. – I oni obaj są w tym domu!
– Bądź spokojna, jestem przy tobie – oświadczył Uriel. – Ale słyszę, że jeden z nich się zbliża. Nie powinien mnie zobaczyć. Pamiętajcie jednak, że tu jestem.
Uriel zniknął. W jednej chwili poczuli się osamotnieni i bezbronni.
Rozdział 16
Hrabia Rasmus Finkelborg skradał się przez dom. Wszędzie unosił się bijący w nozdrza paskudny słodkawy zapach. Nie podobał mu się, oddziaływał nań w jakiś nieprzyjemny sposób.
Miłość w życiu Finkelborga nie odgrywała żadnej roli. Czasami, gdy tego bardzo potrzebował, korzystał z usług sprzedajnej kobiety, ale nie zdarzało się to często. W inny sposób wyładowywał energię. Kariera. Bezwzględne parcie naprzód, to było sednem jego życia.
Wszedł do pomieszczenia będącego niegdyś zapewne izbą paradną. Tutaj zapach stal się jeszcze bardziej wyczuwalny, zdawało się nawet, że powietrze zgęstniało. Zadrżał, poczuł mdłości. Starał się myśleć o czymś innym.
Gdzie oni mogli się ukryć?
Szedł dalej, zostawił cuchnącą izbę za sobą i oddychał z mniejszym trudem. Poprawił napiętą lewą nogawkę spodni. Idąc sprawdzał wszystkie drzwi, otwierał je i zaglądał do kolejnych pomieszczeń.
Nareszcie zamknięta izba. Spróbował zajrzeć do środka przez dziurkę od klucza, ale klucz tkwił w zamku od drugiej strony.
Musieli się tam ukryć.
Oba pistolety miał załadowane. Poświęci jedną kulę.
Precyzyjnie wycelował w zamek; huk wystrzału wstrząsnął całym domem i drzwi stanęły otworem.
Spostrzegł troje ludzi biegnących do innych drzwi w głębi i mocujących się z kluczem.
– Stójcie, inaczej was zastrzelę! – wrzasnął Finkelborg, kierując na nich lufę.
Więcej zauważyć nie zdołał, gdyż coś jak błyskawica ze świstem przemknęło po podłodze, cios trafił go nad uchem, rozorał skórę na głowie, zostawiając długą, bolesną ranę, głęboką do samej czaszki.
Rasmus nigdy nie przypuszczał, że to możliwe, ale zemdlał z bólu.
Ostatnią jego myślą było: Dzięki wam, dobre moce, za znak Świętego Słońca, który mam na piersi. Bez niego rozstałbym się z życiem. Ten cios miał zadać śmierć!
Taran i jej przyjaciele zdołali otworzyć drzwi i wybiegli na jakiś korytarz. W progu jeszcze się odwrócili.