Выбрать главу

– Co się stało? – zdziwił się woźnica. – Ten człowiek leży na podłodze.

– Krwawi – stwierdził Rafael.

– Czy to ty, Urielu? – dopytywała się Taran.

– Och, oczywiście, że nie – rozległa się tuż obok odpowiedź. – Ja tak nie postępuję. Biegnijmy dalej!

Ton jego głosu wskazywał, że gdzieś w pobliżu czai się niebezpieczeństwo. Ruszyli na oślep przez korytarz.

– Bardzo praktyczne, kiedy wrogowie wybijają się nawzajem – mruknęła Taran.

Na końcu korytarza zauważyli dwoje drzwi. Usłyszeli za plecami nagły świst i wpadli w panikę. Wszyscy troje, krzycząc ze strachu, chcieli jak najprędzej znaleźć bezpieczne miejsce. W korytarzu było ciemno i pewnie dlatego popełnili fatalny błąd. W pośpiechu ruszyli do różnych drzwi. Dopiero znalazłszy się w jakiejś sypialni Taran odkryła, że jest sama. Usłyszała głos Rafaela:

– Taran, jesteśmy w sieni! Wyjdź!

Ale co mogła zrobić? Czuła raczej niż widziała, że droga przez drzwi jest zagrodzona. Nie była jednak tak zupełnie sama, jak się jej wydawało. To, co blokowało drzwi… żyło?

Okna zasłaniały okiennice, w pomieszczeniu panowała niemal całkowita ciemność.

– Urielu – szepnęła. – Jesteś tutaj? Boję się.

“Jestem”. Tym razem odpowiedź rozległa się w jej głowie.

– Dziękuję!

Dostrzegła jakiś ruch. Coś weszło do izby, ohydny smród jeszcze się wzmógł, pulsował w jej nerwach i żyłach, sprawiał, że oddychała z trudem.

“Miecz”, usłyszała w swoim wnętrzu. “Czy dostanę miecz?”

W powietrzu zagrzmiało i w tej samej chwili, gdy ukazał się Uriel, nie wiadomo skąd pojawił się jaśniejący miecz. Uriel zacisnął dłoń na rękojeści. Bijące od brzeszczotu światło stało się za jasne dla oczu Taran, przykryła powieki dłońmi, wcześniej zaś zdążyła tylko zauważyć przy drzwiach niebieskozieloną istotę wzrostu człowieka. Ona także zasłaniała oczy przed Urielem i ciskającym błyskawice mieczem. Zanim Taran zdążyła się zorientować, co to za istota, stworzenie parskając i prychając wyślizgnęło się z izby. Odeszło.

Taran działała odruchowo. W przerażeniu szukała pociechy u Uriela, otoczyła go ramionami, ukryła twarz w białej szacie, pachnącej wiatrem i kwiatami rumianku.

Uriel przyjaźnie, lecz zdecydowanie odsunął ją od siebie.

– Już dobrze, Taran. Proszę cię, nie rób więcej podobnych gestów.

– Przepraszam – mruknęła poprawiając włosy. – Kim on był?

O dziwo, wszyscy uważali niezwykłą istotę za stworzenie rodzaju męskiego, a przecież nie mieli okazji dokładnie się jej przyjrzeć.

– Nie wiem, Taran. Wiem jedynie, że nie był dobry.

– O, z całą pewnością! Wiesz, Urielu, wydaje mi się, że u jego ramion widziałam coś w rodzaju skrzydeł.

– Ja także, widać je było na tle ściany, kiedy padło na niego światło miecza. Miał kilka ostro zakończonych wyrostków.

– A gdzie się podział miecz? – spytała zdziwiona.

– Został zabrany z powrotem, kiedy niebezpieczeństwo minęło.

Taran nie skomentowała tego. Wiedziała, że nie wszystko musi rozumieć.

– Taran? – rozległo się wołanie z hallu. – Gdzie jesteś?

– To Rafael – powiedziała do Uriela. – Pójdziemy do nich?

– Tak, zniknę teraz, ale wciąż tu będę.

– Cudownie – uścisnęła go za rękę. – Tak pięknie wyglądałeś z mieczem! Jak archanioł, pałający gniewem wymierzonym przeciwko złu!

Odwzajemnił jej uścisk i zniknął.

Pani powietrza wróciła do swych towarzyszy u wybrzeży Islandii. Przekazała im wieści:

– Próbowałam we śnie ostrzec Taran przed Sigilionem. Chyba mnie zrozumiała.

– Gdzie ona teraz jest? – spytał Nauczyciel.

– Opuściłam ją we śnie, w domu. W pobliżu nie było żadnego niebezpieczeństwa, nie wyczułam ani Finkelborga, ani Sigiliona.

Cień rzekł po chwili zastanowienia:

– Nie obawiam się tego brata zakonnego, natomiast Sigilion jest ze wszech miar groźny. Swą niezwykłą siłą przyciągania, jaką oddziałuje na kobiety, może sprowadzić nieszczęście na tak żądną przygód dziewczynę, jaką jest Taran.

Pokiwali głowami.

Omylili się jednak. Wcale nie Taran została narażona na atak obezwładniającej zmysłowości, lecz inna, której nikt nie brał pod uwagę.

Młodziutka Danielle drżała, leżąc na podłodze powozu. Jak długo to trwa! Dlaczego nie wracają?

Ostrożnie podniosła głowę. Widziała, że pobiegli w stronę tej dużej pustej zagrody. Słyszała także dochodzące stamtąd krzyki, ale nikogo nie było widać.

Czy powinna ich szukać?

Nie, nie miała odwagi.

Słyszała jeden strzał, przy powozie, ale nikogo chyba nie trafił. Potem padł jeszcze jeden z głębi domu. Ktoś krzyczał.

To Finkelborg strzelił w zamek, a krzyczała Taran, kiedy nie udawało im się otworzyć następnych drzwi, ale tego Danielle nie wiedziała.

Tak bardzo, bardzo się bała. Usiłowała zdusić szloch. Nie była w stanie dłużej siedzieć w powozie. Danielle nic nie wiedziała o Sigilionie, bała się natomiast okropnego człowieka grożącego pistoletem. Gdyby wrócił tutaj, natychmiast by ją znalazł.

Nie zastanawiając się dłużej, wyskoczyła z powozu i pobiegła w przeciwnym kierunku, do lasu, żeby się schować. Stamtąd mogła mieć widok na drogę i na dom.

Kiedy kuliła się za krzakami, spostrzegła bijące z budynku ostre, przypominające błyskawicę światło. Co to mogło być?

Miała wrażenie, że serce ściska się jej z bólu. Dolg, Dolg, dlaczego cię tu teraz nie ma?

Potrzebuję cię, pragnę wiedzieć, że jesteś blisko, wsunąć rękę w twoją dużą, silną dłoń, dającą poczucie bezpieczeństwa. Kiedy bierzesz mnie za rękę, wiem, że się o mnie troszczysz.

Gdybyś tylko zechciał mnie zauważyć, przestał traktować jak młodszą siostrę. Mam siedemnaście lat, Dolgu, i płonę! Pragnę być przy tobie, patrzeć, jak w twoich oczach pojawia się miłość, jak uśmiechasz się z czułością, inaczej, całkiem inaczej niż dotychczas.

Ale tak się nie dzieje, twój uśmiech jest ciepły, lecz przelotny, i nie kryje się w nim nic więcej.

W opuszczonym domu zapanowała teraz cisza. Myśli Danielle powędrowały dalej, jakby za wszelką cenę starała się oderwać od groźnej sytuacji, w jakiej się znalazła.

Zmarszczyła delikatnie zarysowane brwi. Słowa Taran…?

“Powinien cię teraz zobaczyć Villemann! Nigdy nie wyglądałaś tak uroczo jak dzisiaj!”

Villemann? A co on ma z tym wspólnego?

Przecież to jej starszy brat. Zawsze miły, zawsze ma w zanadrzu tysiąc szalonych pomysłów, jak Taran. Są tak do siebie podobni, sercem i duszą. Być może właśnie dlatego Danielle nie dostrzegła, że Villemann wyrósł na bardzo przystojnego dziewiętnastolatka.

Villemann? Próbowała go sobie wyobrazić, nie bardzo bowiem pojmowała, o co mogło chodzić Taran, ze wstydem jednak musiała przyznać, że nie potrafi przywołać w pamięci twarzy Villemanna.

Widziała tylko Dolga.

O, Dolg, drogi, najdroższy Dolg! Tak nieodparcie pociągający swą tajemniczością i skupieniem wewnętrznym. Od momentu kiedy po raz pierwszy ujrzała przypominającego raczej elfa niż ludzkie dziecko chłopca, uwielbiała go. Pokochała miłością beznadziejną, pełną goryczy.

Gdyby tylko zechciał ją zauważyć. Budzi się w niej kobieta…

Pojawiła się jeszcze jedna błyskawica, ostrzejsza, jakby cały dom od środka rozjaśniło oślepiające światło. Danielle wpadła w panikę, poderwała się i z głośnym jękiem pobiegła głębiej w las.

Sigilion czuł się upokorzony, zhańbiony w swej królewskiej dumie. Przestraszył się także, nie rozumiał bowiem zjawiska, jakie zaszło we wnętrzu zagrody. Pioruny i błyskawice znał dobrze, zetknął się także z ogniskami, lecz to było czymś zupełnie innym. Okropne światło, a jakiś człowiek wyciągnął ku niemu przypominający miecz przedmiot, nie widział tego wyraźnie, bowiem światło go oślepiło.