Nie pozostawało mu nic innego, jak się wycofać i z powrotem przez komin opuścić dom. Wszystko to było niepojęte, przecież widział tam jedynie dwóch zwyczajnych mężczyzn! I nagle pojawił się jeszcze jeden, towarzyszył Taran, która wszak miała należeć do niego, do Sigiliona.
Tak blisko zwycięstwa i taka klęska!
Głupi kardynał twierdził, że Dolg ma potężnych opiekunów i co do tego się nie mylił. Podsunął Sigilionowi pomysł pojmania Taran jako zakładniczki, bo ona jest bezbronna.
Kłamstwo!
Gdyby wcześniej nie zabił kardynała, uczyniłby to teraz, mszcząc się za wprowadzenie w błąd. Sigilion nie przywykł, by żyjący obecnie ludzie stawiali mu jakikolwiek opór. Kiedyś natrafił na silniejszych, wywodzili się z wymarłego już plemienia Lemurów, a zetknął się z nimi wówczas, gdy usiłował skraść im trzy bezcenne kamienie. Później jednak nikt nie mógł się mierzyć z Sigilionem, jedynowładczym królem Silinów.
Nietrudno być jedynowładcą, kiedy pozostało się jedynym żyjącym przedstawicielem własnego plemienia.
Okrążył powóz, ale ekwipaż przestał już go interesować.
Właśnie wtedy spostrzegł dziewczynę, biegnącą w szalonym pędzie przez las.
Przybliżył się, zaczął się jej przyglądać.
Delikatnie zbudowana, nieduża i bardzo ładna w dość szczególny sposób, inna niż Taran. Przypominała raczej porcelanową kruchość drobnych kobiet z Karakorum, chociaż one miały ciemniejszą skórę i szersze twarze. Ta tutaj… Niczym leśny kwiat. Czysta, nietknięta, ale wzbudzająca wielkie pożądanie.
Sigilion nie miał pojęcia, że Danielle byłaby równie dobrą zakładniczką jak Taran, a może nawet lepszą, gdyż nikt nie mógł sobie wyobrazić, że byłaby zdolna poradzić sobie sama w trudnej sytuacji. Taran nigdy nie traciła głowy, Danielle u wszystkich budziła współczucie, wzruszała swoją bezbronnością. W ciele Sigiliona znów zapłonęły żądze. Widział w niej tylko kobietę, którą może zdobyć i wykorzystać. Nie wiedział nawet, kim jest, nie zdawał sobie sprawy, że jest tak blisko spokrewniona z Dolgiem i całą tą rodziną.
Powoli, z rosnącym napięciem, zniżył lot.
Danielle jako pierwsza ujrzała Sigiliona w całej okazałości.
Rozdział 17
Dom nagie stał się taki pusty, taki… swobodny.
– Nie ma go już tutaj – powiedziała Taran.
Rafael odetchnął głęboko.
– Tak, dzięki Bogu.
– Co zrobimy z tym Finkelborgiem? Nie możemy go chyba tak zostawić?
– To prawda – przyznał niechętnie Rafael. – Musimy go zabrać ze sobą. A co z Danielle?
Woźnica wyjrzał przez okno.
– Przy wozie jest spokojnie. Ale… Nie, nic takiego.
– Co zamierzałeś powiedzieć?
– Spostrzegłem tylko, jak jakiś wielki drapieżny ptak znika wśród świerków. Zauważyłem jedynie krawędź skrzydła czy czegoś podobnego i zniknął mi z oczu. Koń stoi spokojnie, a dziewczyny nigdzie nie widać.
– Rozumiem. To dobrze, zatem Danielle rozsądnie została na swoim miejscu.
Ich kroki zadudniły w całym domu, kiedy wyruszyli na poszukiwanie Rasmusa Finkelborga.
Leżał dokładnie w tym samym miejscu, gdzie upadł. Ostrożnie podeszli bliżej.
– Ojej – jęknęła Taran. – To nie wygląda dobrze.
– Rzeczywiście obrzydliwe – mruknął Rafael. – Dziwne, że on jeszcze żyje.
– Żyje – potwierdził parobek. – Oddycha.
– Ale cóż za rana! – dziwiła się Taran. – Co z nim zrobimy? Rafaelu, czy poświęcisz swój śnieżnobiały szal?
– Jeśli jest dostatecznie długi. Możesz postarać się o trochę wody? – zwrócił się do woźnicy.
Potężnie zbudowany parobek pośpiesznie się oddalił, nie bez ulgi. Nie mógł już patrzeć na kawał skóry oderwany od głowy tak, że widać było białą kość czaszki, a nawet rysę na niej.
– Co to za potwór? – dziwił się mrucząc pod nosem. – Żaden człowiek nie mógłby dokonać czegoś podobnego!
Odruchowo rozejrzał się dokoła, ale dom zdawał się oswobodzony od wszelkich niesamowitych istot, sprawiał wrażenie spokojnego.
Kiedy wrócił z czerpakiem pełnym wody, ranny właśnie się ocknął i jęczał cicho.
– Proszę leżeć spokojnie – Taran rozkoszowała się surowością w swoim głosie. – Kto uderzył pana z taką siłą?
Otworzył oczy, mrugnął kilkakrotnie.
– Umieram…
– Niestety nie – odpowiedziała Taran. – A my jesteśmy tacy mili i sympatyczni, że zajmiemy się panem, chociaż wcale pan na to nie zasłużył. A więc kto pana tak urządził?
Wyglądało na to, że Finkelborgowi przejaśnia się w głowie.
– Nie wiem. Nie zdążyłem zauważyć.
– To znaczy, że ja najlepiej widziałam tego podrzutka, a także nie potrafię stwierdzić, co to było. Wyglądało na ludzką, a zarazem nieludzką istotę.
– Zadziwiających ma pani przyjaciół, panno Taran.
– To doprawdy nie był mój przyjaciel. Uriel przypuszcza, że istota o żelaznych szponach przybyła tu w tej samej sprawie, co pan, hrabio Finkelborg.
– Niby jaka to sprawa? – wyrwało się Rasmusowi.
Taran, jak można się było spodziewać, oznajmiła triumfalnym, a zarazem oskarżycielskim tonem:
– Wziąć mnie jako zakładniczkę i wymienić na niebieski kamień. – Zakończyła jadowicie słodko: – Prawda, hrabio?
A więc wiedzą! Wiedzą, dlaczego tu jestem! Rzeczywiście narzekania braci zakonnych, że ci ludzie zawsze wyprzedzają ich o kilka kroków, okazały się nie przesadzone!
Nie zadał sobie nawet trudu, by zapytać: Jaki niebieski kamień? Poza tym kiedy zaczęli czyścić ranę, ból stał się nie do zniesienia i Rasmus znów o mały włos nie zemdlał. Przywołał całe swe pruskie wychowanie, by nie stracić przytomności. A tak w ogóle, kim był Uriel, o którym ona wspominała?
– Doskonale, panie Finkelborg – odezwała się nieznośna pannica. – Przybędzie panu jeszcze jedna blizna, choć w trochę niepraktycznym miejscu, na samym środku głowy. Męczące będzie zdejmowanie peruki za każdym razem, kiedy zechce się pan nią pochwalić.
– Nie noszę peruki – odpowiedział krótko, urażony.
Rafael się martwił:
– Tę ranę powinno się zaszyć. Ale jak my to zrobimy tutaj, na pustkowiu?
Finkelborg zadrżał na myśl o szyciu.
– Musimy go zabrać do domu ciotki Aurory – stwierdził Rafael.
– I tak za późno, żeby dzisiaj jechać do Christiana – zgodziła się Taran. – Zresztą ten uczony wcale na nas nie czeka.
– To prawda, w ogóle nie wie, że przyjedziemy. Lepiej będzie zawrócić.
Woźnica podzielał ich zdanie.
Wspólnymi siłami postawili Rasmusa Finkelborga na nogi. Głowę miał obandażowaną starannie, chociaż może trochę niezgrabnie.
– Cha, cha! – zaśmiała się Taran. – Wygląda pan, jakby był pan na niezłej popijawie i czapka za mocno się panu przekrzywiła. Nie, nie, proszę się nie obrażać. Nie wolno dotykać naszego wspaniałego bandaża. Idziemy, będziemy pana podpierać, żeby pan bezpiecznie dotarł do powozu.
Bezsilny Finkelborg usłuchał poleceń. Ciężko zawisł między ramionami mężczyzn. Taran szła przodem zachęcając go okrzykami, a w każdym słowie kryla się wymyślna zjadliwość. Rasmus nienawidził tej dziewczyny. Żaden człowiek na ziemi nie okazywał mu takiego braku szacunku jak ona. Zawsze przecież podziwiano go za jego twardość i surowość.
Dostanie za swoje! Na znak Świętego Słońca, jeszcze dostanie za swoje!
Danielle zatrzymała się w lesie.
Nie wiedziała już, jak długo biegnie. Jak mogła pozwolić, by do tego stopnia owładnął nią strach? Uciekła od przyjaciół, którzy być może potrzebowali jej pomocy.